Po raz trzeci z rzędu na Łazienkowskiej (wliczając spotkania z Wisłą i Ruchem), piłkarze warszawskiej Legii rozpoczęli mecz, gdy słupek rtęci wskazywał minus jeden stopień Celsjusza. I po raz trzeci zabrali całą pulę, czyli trzy bezcenne punkty. Jeśli jest jakakolwiek zależność między temperaturą powietrza, a wynikami podopiecznych Dragomira Okuki, stołeczni gracze nie powinni mieć nic naprzeciw, by zima tej wiosny potrwała jeszcze z miesiąc. Co na ten temat sądzi Polonia? Naprawdę trudno dociec...
Na stadionie Legii powiało nie tylko śniegiem (ten padał niemal przez cały mecz), ale i wielką techniką. Ponad trybunami od strony "Torwaru" zamontowano telebim i już na godzinę przed rozpoczęciem meczu raczono zziębniętą publiczność bramkami zdobytymi przez legionistów w poprzednich meczach. Pomysł okazał się przedni, doprawdy było co podziwiać. Bramek Polonii - ze zrozumiałych względów - nie pokazywano. Czy był to swoisty chwyt psychologiczny? Trudno dociec. W każdym razie odniósł skutek.
Lokalna sława
Derby kierują się własnymi prawami. W takich spotkaniach nie jest ważne miejsce w tabeli ani aspiracje. Nieistotne jest kto walczy o tytuł, a kto rozpaczliwie broni się przed spadkiem. Tu wszystko może się zdarzyć, skazany na pożarcie może wygrać z teoretycznie silniejszym. W piątek niespodzianki nie było. Legioniści - choć wcale nie rozegrali nadzwyczajnych zawodów - nie pozostawili rywalowi najmniejszych złudzeń. Zwyciężyli 3-0 i był to najniższy wymiar kary, jaki mógł spotkać podopiecznych Wernera Liczki. Gdyby Czereszewski i "spółka" lepiej wyregulowali celowniki klęska "Czarnych Koszul" byłaby o wiele dotkliwsza. Skończyło się na trzech bramkach i obie drużyny winny być zadowolone. Legia ze zwycięstwa, zaś Polonia z faktu, że nie została ostatecznie pogrążona.
Gromki Hadaj
Przez kilka lat spikerem przy Łazienkowskiej był Wojciech Hadaj, niewielkiej postury mężczyzna, odznaczający się niewątpliwymi walorami głosowymi. Od pewnego czasu jakby usunął się nieco w cień i został zastąpiony innym specjalistą. W piątkowy wieczór doszło jednak do pewnego kompromisu. Kierownictwo Legii zawarło z "zapowiadaczem" swego rodzaju pakt. Pan Wojciech dostał swoje piętnaście minut, tyle, że przed meczem. Nie zmarnował szansy, choć nie silił się na specjalne oryginalności. Kilkadziesiąt razy zadał to same pytanie. - Kto wygra mecz? Wątpliwości nie było najmniejszych, zaś stadion po prostu oszalał. Nie ma co mówić - w piątek publiczność była dwunastym, a może nawet trzynastym zawodnikiem swojej drużyny. My wyrażaliśmy jedynie obawy o stan strun głosowych gromkiego Wojciecha. Okazało się na szczęście, że były one płonne. Sympatyczny spiker nie dostał nawet chrypki. Co klasa to klasa.
Wiwaty i bąbelki
Po meczu szaleństwo kibicom udzieliło się w pełni rozradowanym legionistom, ich szatnia przypominała gorejący wulkan. Okrzyki biły w niskie sklepienia, a szampan lał się strumieniami. Mogliśmy to obserwować dzięki wyjątkowo tego dnia przychylnemu kierownictwu legionistów. Szczególnie rozradowany był Cezary Kucharski. - Cieszymy się ogromnie, ale dalecy jesteśmy od wyciągania ostatecznych wniosków. Najważniejsze, że właśnie w takim meczu nie pozostawiliśmy najmniejszych wątpliwości kto był lepszy.
Propaganda
O zwycięstwie decydują czasami elementy luźno tylko związane ze sportem. Trzeba przyznać, że fani legionistów umieli zadbać o popularność ulubionej drużyny. Własnym przemysłem wyłożyli pieniądze, wydrukowali i rozlepili w mieście sześć tysięcy plakatów zapraszających na ten wielki mecz. Opłaciło się, ich bohaterowie nie zawiedli, sława pozostała przy Legii. Teraz, aż do jesiennego rewanżu to ona "robi za panów". I tak już zostanie. Aż do jesieni. Przynajmniej do jesieni...