Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Felieton

Dwie zadymy

poniedziałek, 22 kwietnia 2002 19:25
Genezyp Kapen

Legijnie


Za chwilę mecz sezonu, który wcale nie musi okazać się meczem sezonu, jeśli wygramy dwa pozostałe mecze. Zatem meczem sezonu będzie tylko wtedy, jeśli co najmniej zremisujemy, zapewniając sobie mistrzostwo. Przyznam, że od pamiętnego meczu z Widzewem w 1996 Legia nie była w sytuacji, kiedy 3 punkty dzieliły ją od tronu. Jeden mecz, trzy punkty i lata klęsk oraz oczekiwań zostaną wynagrodzone. Co ważniejsze, muszą to być akurat te trzy punkty. Jednak to Wisła musi bezwzględnie wygrać. I to jest szansa Legii i pewna dla niej niedogodność, gdyż bardzo trudno gra się z rywalem, który gra desperacko, bo nie ma nic do stracenia, ale zarazem taki rywal nie dba o obronę. Zważywszy jednak, że krakowianie grają lepiej w ataku, niedobrze stałoby się, gdyby Legia przeświadczona o przymusie ciążącym nad wiślakami, zapragnęła utrzymać wynik wyjściowy. Szansą jest uderzenie na linie obronne rywala i odcięcie pomocników od podań obrońców. Remis nas urządza, ale nie uszczęśliwia. Od lat brakuje mi w Legii nastawiania, że to wprawdzie rywal trudny i boisko obce, ale jedziemy zdecydowanie im dokopać. Nie dlatego, że punkty, że tabela, że układ gier, tylko dal zwykłej satysfakcji i naszego zawzięcia. Może tym razem wreszcie stanie się coś, dla czego warto być kibicem.

Jest jeszcze aspekt prestiżowo-statystyczny. Raczej nie możemy pozwolić sobie na wysoką porażkę, gdyż nadszarpnęłaby bardzo poważnie reputację i spowodowała bardzo nerwową i niepewną końcówkę sezonu. Popsułaby i tak niekorzystny bilans spotkań. Spowodowałaby złe samopoczucie przed prawdopodobnym meczem z tą samą Wisłą w Pucharze Ligi. Tej kwestii nie zamierzam ciągnąć, w środę się okaże. Nie będę też opiniował weekendowych spotkań. Wisła w nowych jupiterach wypadła rewelacyjnie, Legia w deszczu chaotycznie, choć obie drużyny wygrały.


Obiekcje


Głowy kibiców zaprząta jeszcze jeden temat – stadion z prawdziwego zdarzenia. Zanim okaże się, czy w ogóle ktoś w Polsce potrafi takie cacko wybudować - bez zacieków, pęknięć, krzywych schodów, zapadających się jupiterów itp. już wszczęto żarliwe debaty, czyj to ma być stadion, kto z kim ma promować budowę, a kto grać. Polskie piekiełko w najczystszej postaci objawia się zawsze, kiedy trzeba coś zrobić w aspekcie szerszym niż sprzedaż marchwi na straganie bazarowym oraz gdy chodzi o coś bardziej skomplikowanego niż zapakowanie tej marchwi do torebki plastikowej. Tak wiec CWKS trwa w konflikcie z PolMotem, władze miasta borykają z przekazaniem terenu pod zakup, a klub z Agencją Mienia Wojskowego wiele lat. Kibice Legii wyganiają zawczasu Polonię, żeby czasem na tym nowym stadionie nie zagrała. Szczegółowe opinie na ten temat wyłożyłem kilka w porywach do kilkunastu felietonów temu. Teraz pragnę zauważyć jedynie, iż stadionu tego w ogóle jeszcze nie ma. Ani projektu, ani makiety, pieniędzy ani nawet nie ma ostatecznej zgody co do tego, gdzie, kiedy jak i czy w ogóle się pojawi. Na razie faktem są jedynie spory futurystyczne, co będzie gdy będzie. Spory u podłoża których leżą pieniądze, jestem w stanie zrozumieć. Jesteśmy społeczeństwem pazernym, wygłodniałym, mamy menedżerów, którzy dla paru złotych powyrywaliby sobie najwrażliwsze narządy. Nie pojmuję tylko sporu wyznaniowego - dotyczącego kibiców. Ich postawa wynika z szeregu błędnych zapatrywań na świat:


1. że będzie to stadion klubowy wyłącznie Legii

2. że stadion będzie ich własnością.

3. że pieniądze na budowę będą pochodziły od bliżej nieokreślonych sponsorów, zaś przeznaczone będą z myślą o Legii.

4. Bez względu na wszystko chcą, by Legia miała pierwsza w Polsce stadion na poziomie europejskim.


Odpowiadam:

Ad. 1. Całe przedsięwzięcia pt. stadion narodowy – jest efektem akcji miejskiej na rzecz stadionu w ogóle. Określenie „narodowy” jest pretekstem do rozpoczęcia inwestycji w czasie tak trudnym jak obecnie. Jego wielofunkcyjność ma ułatwić decyzję pozwalające pozyskać sponsorów. Oni też na coś liczą w zamian, czyż nie?

Ad.2.i 3. stadion miejski jest własnością miasta, narodowy – narodu, czyją prawnie będzie ten – nie mam pewności, ale na pewno nie znalazłby tylu chętnych do inwestowania pieniędzy, gdyby chodziło wyłącznie o mecze Legii.

Ad. 4. Pośpiech jest wskazany przy chwytaniu drobnych owadów. Obiekt prekursorski na pewno będzie miał dziesiątki usterek i niedogodności, których nie da się przewidzieć. Szczególnie, że nasze firmy budowlane nie potrafią wybudować równo bloku, a co dopiero mówić o stadionie.

Dlatego sprzyjam idei budowania najpierw w Krakowie. Tam też jest niezły ubaw, bo władze miasta mają wyłożyć tylko trochę grosza – wszystko inne ma Telefonika w jednej garści Cupiała i też nic z tego nie chce wyjść. Ostatnio był projekt budowy stadionu dla krasnoludków, tzn. mieszczącego ledwie 15 tys. kibiców – za to bez udziału miasta. Mały ale własny mógłbym rzec. Nikt wiślakom nie dokwateruje Cracovii, ale nie wszyscy wiślacy obejrzą mecz. Co kto woli.


Dylematy kibica


Tyle dygresji o Krakowie. W kwestii inwestycji w Warszawie podzielam przekonanie, że nowy stadion oznaczający nową jakość kibicowania niezupełnie spełni oczekiwania naszych kibiców. Szczególnie tych, którzy najgłośniej dziś protestują przed wpuszczeniem kibiców Polonii. Otóż samo pojęcie słowa „kibic” ma nieco inne znaczenie w wymiarze europejskim, a takim przymiotnikiem ma być określany nasz nowy stadion. Otóż obiekty tej kategorii komfortem przypominają teatry i wzorem zwyczajów zachodnich chodzą nań ludzie różnego autoramentu, kondycji i statusu. Znane aktorki, dziadkowie z wnukami, młodzieńcy w szalikach, dziewczęta z dobrych domów. Standard oglądania jest zróżnicowany, ale nie spada poniżej pewnej dość wysokiej normy. Dla nas oznacza jednak szereg niedogodności.
Pierwsza niedogodność – na krzesełkach się nie stoi, tylko siedzi, druga – nie wypada tam spluwać nie tylko siarczyście, ale także ukradkiem, trzecia – miejsca są numerowane, więc trudno utworzyć tzw. Młyn, czwarta – za jedną niewinną awanturkę lub zwykłe wbiegnięcie na boisko grozi kara dożywotniego zakazu wstępu. Piąta – przychodzi dużo pikników, z którymi trzeba się integrować, a nie patrzeć na nich z góry.

Nie piszę tego, by komukolwiek dopiec, ale by uzmysłowić co poniektórym, ze nowy stadion w naszych warunkach albo sensu nie ma, albo tym sensom będzie musiał nadać nowe znaczenie. Liczba np. 40 tys. widzów jest osiągalna tylko przy udziale publiczności niedzielnej, czyli złożonej z wnuków, dziadków, urzędników, kierowców, prezydentów, królowych itp. nie zaś owianych mołojecką sławą ekip blokowo-podwórkowo-chuligańskich względnie remizowo-chuligańskich. Tak jest wszędzie lub prawie wszędzie w Europie Zachodniej.


Czyja Legia, czyli Legia to kto?


Zatem trzeba się liczyć z tym, że zaczną na owiany kultem stadion Legii przychodzić kibice piłkarscy, a nie klubowi. Może się zdarzyć, że ta sama osoba będzie czerpała przyjemność z oglądania meczów zarówno Legii jak i Polonii, a chciałaby tę przyjemność konsumować w miłej atmosferze europejskiej, a nie wśród drutów, zasieków, policjantów w hełmach i z pałami oraz fruwających krzesełek. Oglądałem na Legii mecz gwiazd estrady i ekranu Polska – Włochy bodajże i przyznam, ze nawet bez licznego udziału hardcore’owych brygad doping był całkiem niezły, a frekwencja rekordowa. Dlaczego ci ludzie niezwykli chadzać na mecze ligowe? Nie chodzi tylko o gwiazdy estrady i ekranu, wszak małoletnie niewiasty można zainteresować gwiazdami futbolu także. Chodzi tylko o to, że tychże gwiazd nie mamy, podobnie jak emocji piłkarskich na przyzwoitym poziomie, a nikt nie chce się nudzić za własne pieniądze. Chodzi o to, że hardcore’owe atrakcje brygadowych nie są dostatecznie atrakcyjne dla pikników. A bez pikników jest żałość a nie frekwencja mili Państwo. Dlatego atmosfera konfliktu, nienawiści odstrasza jeszcze bardziej ludzi od futbolu.

Moje zapatrywania futurystyczne są nad wyraz życzliwe ludziom i temu krajowi. Wynikają w dużej mierze z obserwacji poczynionych w warszawskim metrze – mimo upływu lat schludnym i w miarę czystym. Nie można jednak wykluczyć wariantu, jaki przerabialiśmy w Warszawie na meczu Polska-Anglia , kiedy to w kilka chwil wyrwano z trudem i za ciężkie pieniądze wmontowane krzesełka. Jeśli wraz z powstaniem obiektu nie powstanie prawo, nowy stadion narodowy, duma stolicy zmieni się jeśli nie przy drugiej, to przy trzeciej okazji w pobojowisko.


Kadrowo


Daleki jestem od przyłączania się do chóru wieszających psy na naszej kadrze za ostatnie wyniki. Sparingi rządzą się własnymi prawami i nikt nie powinien być rozliczany za rezultat cyfrowy. W takich meczach próbuje się wariantów, rozwiązań, zgrywa, ćwiczy, bada formę. Futbol to sprawa piękna i wredna, prosta i skomplikowana zarazem. Opinia publiczna zazwyczaj nie potrafi dostrzec jakości gry. Ocenia grę w sposób prosty, a nawet prostacki – po wyniku. Jak przegrywają – źle, jak wygrywają - dobrze. A to skompromitowana etyka Kalego. Żeby jednak traktować sprawy fachowo trzeba umieć widzieć więcej niż to, co potwierdza tablica świetlna. A wielu pismaków nie tylko, nie umie, nie tylko nie widzi, ale wręcz unika takiego patrzenia, bo niewygodne, ryzykowne i śliskie, a często niepopularne. Głosy medialnej krytyki po porażkach z Japonią i Rumunią także w znacznej mierze sprowadzają się do „jak wygrywać- dobrze, jak przegrywać źle”. Rezultat służy im za ostateczny argument. Ci sami mistrzowie pióra będą wygłaszać peany jak pokonamy Koreę.
I tu leży pies pogrzebany, bo to nie echo porażek powinno mieć tak piorunujący wydźwięk, ale sama gra. Wszak można założyć porażki w próbnych grach, dla celu wyższego. Każdy trener szkolący młodzików powinien wiedzieć, że można przegrać i 0:5, osiągając jakieś sukcesy szkoleniowe właściwe dla danego etapu pracy. Pal diabli wyniki.

Czy możemy w przypadku polskiej reprezentacji mówić o efektach innego typu? Jeśli Państwo negują, zapytam inaczej: Kiedy ostatnio byliśmy zachwyceni grą naszej reprezentacji? Zanim podadzą Państwo przykłady, proszę się uważnie zastanowić, czy wymieniane jako sukcesy mecze nie satysfakcjonowały Państwa przede wszystkim za sprawą korzystnego rezultatu? Czy można było w nich znaleźć grę, która pozwala z optymizmem patrzeć na pojedynki z największymi? Nawet w najbardziej spektakularnych meczach przeciwko Norwegii wygraliśmy konsekwencją, uporem i Olisadebe, a nie przewagą na boisku. Tę mieliśmy tylko w drugiej fazie meczu chorzowskiego, ale to za sprawą szczęśliwej kontry, po której Kryszałowicz w karkołomny sposób trafił do bramki w okresie, kiedy przeważała Norwegia.



Siła stagnacji


Jako zaciekły i stały krytyk talentu ekipy Engela pozwolę sobie wykorzystać obecną falę powszechnej nieprzychylności do zauważenia kilku umykających faktów. Sprawa pierwsza: Nasz selekcjoner wycisnął 100 proc. możliwości z graczy, których miał i... ma nadal. Znaczy tych samych ma. Osiągnął maksymalne rezultaty i ekipa ta nie jest w stanie niczego już osiągnąć, bo składa się z wypalonych graczy o bardzo przeciętnych umiejętnościach. Zawsze tak było, tyle że teraz nie mają już zapału, bo ten wypalił się w dniu awansu. Zastępców też nie bardzo widać, wiec spokojnie, proszę Państwa. Engel miał przy tym dużo szczęścia. Jaki z tego wniosek? Smutny proszę Państwa, ta drużyna zdobyła więcej, niż zasługiwała i to kiedykolwiek. Sprawa druga: Przeciętni nasi piłkarze uwierzyli, że są gwiazdami światowego formatu. Media uczyniły z awansu sukces na miarę tryumfu ostatecznego.

Przypomnę tylko, że od pół roku wszyscy trąbią o fenomenie silnej kadry, słabych klubów, o tym, że to reprezentacja wyznacza teraz trendy i klubami nie ma się co przejmować. Każdą porażkę Legii czy Wisły rekompensowano nam przypomnieniem, że reprezentacja pozwoli nam powetować sobie wszystkie niepowodzenia. W PZPN na własne uszy usłyszałem, że sukces jest nam potrzebny do zapoczątkowania prawdziwego rozwoju. Nadmuchano balon, w który wpompowano nie tylko nadzieje i oczekiwania, ale przede wszystkim zachwyty, satysfakcję i butę narodową. Szpakowski lał szampan na Górskiego, piał z zachwytu na wizji, nasi wspaniali chłopcy tańczyli kankana, we wszystkich kolorowych pisemkach sportowych kadrowicze nie schodzili z naklejek, rozkładówek, a i łamów. A przypomnę, że kadra składa się z zaledwie dwóch czy trzech piłkarzy grających kluczowe role w zachodnich klubach. Gwiazdor Hajto grzeję ławę w Schalke 04, a poza wzrostem, chamskimi chwytami i ordynarnymi faulami niczym się nie wyróżnia. Iwan? Po perypetiach z peryferiami ligi tureckiej załapał się na skraj ławy w Austrii Wiedeń. Czy nikt nie widzi, że od lat ten facet tylko biegać potrafi – a i to niezbyt zgrabnie? Para kluczowych rozgrywających Świerczewski-Bąk ma najwyżej szanse zostać najbardziej brutalnym duetem wśród rozgrywających. Kryszałowicz też ma kłopoty z bardzo średnim klubie niemieckim. Karwan został wyceniony przez Legię zaledwie na milion dolarów i przechodzi do Herthy, mimo zapowiedzi o bardzo klasowym klubie zachodnim. Koźmiński – ponoć nasz najlepszy rozgrywający załapał się do drużyny z Serie B. Ludzska drogie, przecież chłodna kalkulacja umiejętności jak i pozycji naszych graczy kadrowych uzmysławia, że liczymy na prawdziwy cud w Korei.

Słyszę rozważania o zaangażowaniu w grę. Rzecz prawdziwa i istotna, nawet aż za bardzo istotna, jeśli zauważyć, że to jedyny element piłkarski, którym dorównujemy najlepszym. Tyle, że najlepsi i bez zaangażowania potrafią wygrywać łatwe mecze, a my bez zaangażowania nie potrafimy ich nawet rozsądnie przegrać. Bo porażki są poniesione w sposób określany blamażem. Są auta, które nawet stojąc w korku prezentują się dostojnie. Rozklekotana Syrenka nawet na autostradzie Kraków – Wrocław będzie wyglądała żałośnie. Zastanawiam się jak nasi psychicznie wytrzymają świadomość gry na stadionach nowoczesnych jak statki kosmiczne na oczach futbolowego świata – prawdziwego świata, gdzie gra się w prawdziwy futbol! W dodatku przeciw piłkarzom, których roczne zarobki przewyższają wartość całej naszej kadry brutto. Czy Arkadiusz Bąk, który nie przebił się w Birmingham - ponoć ze względów mentalnych - będzie na tyle mentalnie mocny, aby rywalizować o środkową strefę boiska z graczami, którzy brylują w najlepszych ligach Europy i świata klasy Figo?


Fart fartowi nie dorówna



Kilkanaście meczów reprezentacji jak i wyniki losowań grup do MŚ jak i Mistrzostw Europy spowodowały, że Jerzy Engel uchodzi za człowieka fartownego. W sumie każdy człek parający się sportem powinien mieć fart. Bez tego nie zaistnieliby ani Boniek, ani Dudek, ani Kazimierz Górski. Tyle, że polski futbol, jak wiele innych krajowych wytworów charakteryzuje się osobliwą przewrotnością. Fart i niefart mogą być tożsame. Otóż prawdopodobne, że jesteśmy świadkami sytuacji, w której szczęściarz selekcjoner pada ofiarą własnego fartu. Otóż wygrał eliminacje i został wsadzony na bardzo wysokiego konia, który ma wziąć udział w najważniejszym wyścigu świata. I co ma zrobić? Przyznać się, że strzemiona sparciały i od zawsze wisiały nierówno, że koń jest wprawdzie duży, ale to zaledwie odszykowana na pierwszy rzut oka chabeta?

Facet padł ofiarą własnego szczęścia, bo gdyby przegrał te eliminacje, właśnie debatowalibyśmy o wieloletnim kryzysie naszego futbolu, tęsknie spoglądając na najlepsze ekipy klubowe i narodowe i każdy miałby świadomość, że to nie wina kierowcy, tylko samochodu przedpotopowego, który dane mu było prowadzić. Wskazywalibyśmy odwieczne bolączki i wady naszego futbolu. Pukali w głowę, po cholerę pakował się do takiego auta. On tymczasem dojechał do mety i to przed wszystkimi, tyle że za linią pierwszego etapu samochód mu się rozleciał. Można powiedzieć że to wciąż fart – tyle, że w znaczeniu angielskim.


Dumania pesymisty


Dzięki Engelowi na pół roku prawie o nich zapomnieliśmy. Pojawiły się śmiałe projekty budowy stadionów, plany marketingowe, nawet jakieś pieniądze w centrali. Przez przypadek, a i dzięki fartowi Engela znaleźliśmy się najłatwiejszej grupie na MŚ. Sam zastanawiam się, co może zrobić czy powiedzieć trener po takich jak ostatnie występach kadry. Skoro udało się przejść przez tyle spotkań bez zdekonspirowania, że to wszystko fikcja, półśrodki i rozwiązania tymczasowe, to czy jest sens samemu to teraz demaskować? Przecież każdy przeciętnie utrzymujący kontakt z rzeczywistością kibic wie, kim gramy i jak. Powinien mieć też świadomość, że furmanka na autostradzie może dorównać szybkością innych uczestnikom ruchu, ale tylko do pewnego momentu. Czy wszystkim zrobiłoby się lżej, gdyby coach Jerzy Anioł powiedział: „Jestem za słabym trenerem, żeby zrobić z tych gamoniów team mistrzowski?” Na pewno ustałyby ataki mediów. Ja podziwiam anielski spokój Engela, odporność psychiczną i wiarę, jeśli to wiara a nie dobra mina do złej gry. PZPN płaci, Anioł trenuje.

Naprawdę to sami są sobie winni ci, którzy dali się ponieść fali zbiorowego entuzjazmu narodowo-piłkarskiego. Skoro wierzycie w to, co wam mówią, a nie w to, co widzicie, przeżywajcie rozgoryczenia, wasz wybór. Lubicie sobie krzyczeć na cześć potęgi własnej, to teraz topcie żale. Ja na Rumunii świetnie się bawiłem, bo nasi grali kabaret a nie futbol.
A co będzie dalej? Pozostaje selekcjonerowi nacisnąć dżokejkę na oczy, zaciąć konia palcatem i poczynić rozpoznanie bojem. Czy nasza Korea będzie naszą Samosierrą czy Maciejowicami, przekonamy się wkrótce. Wszak będziemy uprawiać naszą ulubioną, narodową formę walki – z przeważającymi siłami wroga.


Epilog


Nie odmówię sobie przyjemności zawyrokowania, że tylko cud lub niesłychany, a więc Engelowy, fart może ocalić nasz awans do 1/8. I nie dlatego, że przegraliśmy i z Japonią i z Rumunią, ale dlatego, że nie umiemy grać w nowoczesną piłkę nożną. Jan Tomaszewski wspominał podczas transmisji w TVP2 o szkolnych błędach naszych graczy. I to dobre określenia, gdyż nasi gracze wykazują braki typowe dla juniorów typu: przyjęcie piłki, strzał w światło bramki itp. To tak, jakby ucznia mającego kłopoty z tabliczką mnożenia, za to znakomicie odejmującego, wystawić na olimpiadę matematyczną. I niech Pan selekcjoner nie powołuje się na „znakomite” mecze z eliminacji, bo powiadam, bardziej inni je przegrali niż my wygraliśmy, a znakomite to były najwyżej wyniki, ale dylematu relatywnych ocen nie podejmuję się powtórnie rozstrzygać. Mnie boli, ze gramy brzydką, nieefektowną, a ostatnio i nieefektywną piłkę, którą źle się ogląda. Dlatego nie pozyskamy sympatii zbyt wielu tzw. neutralnych kibiców w Korei. I dobrze nam tak.






domino200:

100 % TRAFNOŚCI !!!!!!!


Dobrze Poinformowany:

"(...) Karwan został wyceniony przez Legie zaledwie na milion dolarów i
przechodzi do Herthy, mimo zapowiedzi o bardzo klasowym klubie zachodnim.
(...)"

Z punktu widzenia rzetelności wykonywanego przez siebie zajęcia (dziennikarstwa?) wypadało by sprawdzić informacje u źródeł. Po pierwsze to nie Legia wyceniła Karwana na 1 mln zielonych ale sam zawodnik zawarł w swoim kontrakcie klauzulę o sumie odstępnego w wys. 800 tys dolarów. Znając bujną wyobraźnię działaczy Legii w dyktowaniu cen za swoich zawodników Karwan po prostu zabezpieczył się przed tym co spotkało Czereszewskiego (Venezia) i Mięciela (Metz, Panatinaikos). Co do zapowiedzi o przejściu do klasowego klubu to czy takim klubem nie jest na przykład Celta Vigo lub Tottenham? Warto byłoby zapytać pana Zarajczyka dlaczego Bartek trafił do Niemiec a nie do Hiszpanii czy też Anglii. Tydzień temu wysłałem Ci troche informacji jak potraktowano Karwana na Łazienkowskiej i na Rajców (i jak traktuje się go nadal) ale najwidoczniej potraktowałeś to jako fantastykę. Trudno, mogłeś być pierwszym który poznałby prawdę i upublicznił ją a tak, jak zwykle wszystkiego będziemy musieli do wiedzieć się już niedługo z "GW".

ps. Czy uważasz, że kontuzja Karwana nie pozwala mu wystąpić do końca sezonu?
Tak uważają dziełacze Legii ale juz sam zawodnik i dr Machowski - nie.


mast:

Jak czytam tego pana(ią) to mnie jasna holera trafia. Wydaje mi sie że on(a)
czerpie satysfakcje z denerwowania prawdziwego kibica na dobre i na złe.
Kibica który potrafi docenić i cieszyć sie z tego co ma. A nie narzekac i
smucic na temat tego czego nie mamy. Ale to przecież takie polskie :(


Paweł Roguski:

no ładnie się to czyta (jak zwykle) tylko mam jedną wątpliwość. Otóż w
pewnym momencie odniosłem wrażenie, że autor pisze o tańcach na lodzie a
nie o piłce nożnej, bowiem większe znaczenie ma dla niego wrażenie
artystyczne niż wynik.

O farcie Engela też słów kilka - twierdzę, że nasz grupa na MŚ wcale nie
jest tak akolorowa dla trenera jak by się zdawało. Gdy wyjdziemy z niej to
wporzo (złośliwcy będą długo jeszcze pisać o słabości rywali) jeśli jednak
polegniemy mit Engela runie i drugi po Wójcikowym balon pęknie z wielkim
hukiem.


xxxFANxxx:

Zastanów się czy to jest odpowiednie miejsce, żeby przedstawiać swoje wypociny. To jest strona LEGII i nie chcę tu czytać takich pierdół "Zważywszy jednak, że krakowianie grają lepiej w ataku", jakie "lepiej". Ty chyba oglądzsz mecze LEGII siedząc na trybunie na
Muranowie. Albo się opamiętaj, albo SPADAJ.


pawelm:

Rzeczywiscie moze człowieka trafić holera po przeczytaniu tego felietonu. Szczegolnie jesli chodzi o watek reprezętacji, ale dlatego, że jest tak mocno autentyczny (porównanie naszej reprezetacji do chabety moim zdaniem strzał w 10). Pozdrawiam piszącego.


Michał:

Swietny artykuł, aż się zdziwiłem.



Tomek:

Czlowieku jesli kazdy by tak myslal jak Ty to Panstwo Polskie nie istnialo by juz od paru setek lat. Gdzie odrobina nadzieji i wiary, ze moze jednak Bialo - Czerwoni nie dadza sie tak latwo pozrec jak to sugerujesz?
Przeciez pilka to tylko wazna rzecz, ale z tych najmniej waznych, a Ty odbierasz wszystkim radosc i entuzjazm z gry. Dlaczego mamy nie wygrac ? Pieknie piszesz i ze znastwem tematu, ale tak jakos bez serca i pasji, a przeciez to jest istota futbolu. To komu mamy kibicowac - Chinom ? Daj luz stary i nie kracz tak strasznie bo az sie niedobrze robi. Kto wygra mecz - POLSKA !!!!


Polonista:

Jako fan Polonii i warszawiak zgadzam się całkowicie. Co do reprezentacji :
może nie odpadniemy, choć charakterystyki zawodników bardzo trafne. Może
tylko za nisko cenisz Karwana i zapomniałeś o Olim. Oni mają szczęście do
strzelania bramek, a brutalna defensywa, jeśli jej nie wykartkują, w
połączeniu z Dudkiem może dać nam chwile radości





Skomentuj felieton wysyłając maila na adres: legia@futbol.pl

Podaj ten news dalej: