Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Zabieram walizeczkę

sobota, 18 maja 2002 13:44
Jerzy Engelźródło: Przegląd Sportowy

- Przed panem i piłkarzami już "mecz pożegnania" z polskimi kibicami przez wyjazdem na światowe finały.

Jerzy Engel: Specjalnie ten mecz rozegramy w takim terminie i w Warszawie. Traktujemy go jako oficjalne pożegnanie z kibicami przed wyjazdem z kraju. Szansę pokazania się publiczności otrzymają, bez wyjątku, wszyscy piłkarze zdolni do gry. Zdajemy sobie doskonale sprawę, że każdy z zawodników będzie daleko uciekał z nogami i będzie dmuchał na zimne, żeby nie daj Boże nic mu się nie stało. To jednak nie oznacza byśmy nie myśleli o uzyskaniu korzystnego rezultatu.


- Dwie kolejne przegrane nie tylko znacznie ostudziły wręcz euforyczne nastroje, ale wprowadziły pewną atmosferę niepewności, nerwowości, niewiary i zniechęcenia.

- Ale do tego doszło przede wszystkim w mediach. Odbyłem mnóstwo spotkań z kibicami - nie tylko bezpośrednich, ale i internetowych. Okazuje się, że kibice doskonale zdają sobie sprawę z sytuacji. Oceniają, że nie tylko nie jesteśmy faworytami zbliżających się finałów, lecz także nie jesteśmy faworytami w grupie.


- Czy najprzeróżniejsze dyskusje i spekulacje na temat powołań wpłynęły na atmosferę pracy przed wyjazdem na finały?

- Coś takiego zawsze w pewnym stopniu oddziaływuje na zawodników. Zupełnie niepotrzebnie wciągnięto się piłkarzy w różnego rodzaju rozważania. Oni sami niepotrzebnie dali się w to wciągnąć! Ale był to okres, w którym wypowiadali się prywatnie. W momencie, kiedy reprezentacja spotkała się na zgrupowaniu w Niemczech, praktycznie nie poruszano tam żadnych personalnych tematów. Był tylko jeden - jak w Korei wyjść z grupy.


- Nie brakuje opinii, że podczas tegorocznej wiosny nie mieliśmy zbyt wielu wymagających sparingpartnerów, ale i tak nie potrafiliśmy wyjść zwycięsko ze wszystkich konfrontacji.

- I bardzo dobrze. Gdybyśmy, nie daj Boże, ograli Japonię i Rumunię, to wyobrażam sobie, co by się działo dzisiaj - zarówno na łamach prasy jak i wśród kibiców. Natomiast przebieg i wyniki tych meczów ostudziły nieco nastroje. Bardziej wyraziście zaczęto zdawać sobie sprawę jak będzie trudno na boiskach Korei i Japonii.


- Srebrnego jubileuszu, czyli 25. meczu (z Rumunią) rozgrywanego przez naszą reprezentację pod pańskim kierunkiem nie udało się uczcić sukcesem.

- Nie przywiązujemy specjalnej wagi do jakichkolwiek statystyk. A jeśli już, to wolałbym, żeby nasze trzydzieste spotkanie zostało rozegrane po eliminacjach jeszcze w Azji.


- Tego pytania, podczas naszych tradycyjnych rozmów nie może zabraknąć. Z pewnością nie zapomni pan o zabraniu na finały wszystkich swoich słynnych już talizmanów?

- Nie zapomnę i byłoby trudno w tej chwili z jakiegokolwiek zrezygnować. Przecież wszystkie były dawane od serca, z określoną intencją. Oczywiście, nie zabraknie płaszczyka, szczególnego elementu mojej garderoby. Jest tak popularny, że kiedy oddałem go do czyszczenia w pralni to pytano z troską - jeżeli płaszczyk ukradną, to co my bez niego zdziałamy w tej Korei? Talizmany zabiorę w specjalnej walizeczce.


- Niedawno oświadczył pan, że jeżeli dojdziemy do finału, to da się pan ogolić na łyso.

- Zgadza się. Z tego się nie wycofuję. Z największą chęcią poddałbym się takiemu zabiegowi. Natomiast płaszczyk być może zostanie wystawiony na licytację, a uzyskane pieniądze przeznaczone na jakiś szlachetny cel.


- Od momentu podjęcia pracy z reprezentacją Polski niezmiennie pan powtarza, że drużyna wychodzi na boisko z nastawieniem, by odnieść sukces. Ale ostatnio, nawet najwierniejsi kibice...

- Nie rozumiem, o co chodzi w tym... ostatnio. Bo każdy patrzy przez pryzmat Japonii i Rumunii. Ale nikt jakoś nie wspomina o spotkaniu z Irlandią, na które drużyna wyszła, strzeliła cztery bramki, wykąpała się i odjechała. Musimy rozumieć, że tak naprawdę zespół można ocenić na podstawie poważnych meczów o punkty. Gdybyśmy wygrali z Japonią i Rumunią, a przegrali wszystkie spotkania na Mundialu - to co by się liczyło? Na razie dzisiaj odpowiedź na to pytanie pozostaje otwarta.


- Jest takie powiedzenie, upowszechnione swego czasu przez Cesara Luisa Menottiego, że każdego selekcjonera czekają albo pomnik, albo szubienica.

- W Argentynie tak, ale na pewno nie w krajach o znacznie spokojniejszych nastrojach. Jest jeszcze inne powiedzenie trenera futbolu amerykańskiego - że lepsza jest śmierć od porażki. Ponieważ śmierć kończy wszystko, a z porażką trzeba umieć żyć. Argentyna była wtedy faworytem numer jeden, natomiast my, po szesnastu latach jedziemy na finały w roli futbolowego kopciuszka. Jednak wierzę, iż możemy z tych mistrzostw przywieźć bardzo dobry wynik...


Rozmawiał Maciej Polkowski

Podaj ten news dalej: