-Jaki to był sezon dla koszykarzy Legii?
Jacek Gembal: Sądzę, że udany. Biorąc pod uwagę realia, w jakich przyszło nam działać, szczególnie nie najweselszą sytuację finansową klubu, to udało się nam skompletować całkiem przyzwoity zespół, który - co bardzo ważne - konsekwentnie czynił postępy. Przed sezonem założyliśmy sobie, że naszym celem minimum będzie utrzymanie w lidze, marzyliśmy jednocześnie o awansie do czołowej ósemki. To marzenie udało się zrealizować, w dodatku w play-offach nie sprawiliśmy zawodu, przegrywając po zaciętej walce z jakby nie patrzeć wicemistrzem kraju. W zasadzie tylko w drugim meczu z sopocianami zagraliśmy słabo, mecze numer 1 i 5 przegraliśmy nieznacznie, po dramatycznych końcówkach.
- To znaczy, że mogło być lepiej? W meczu decydującym o awansie do strefy medalowej prowadziliście już przecież nawet dziewięcioma punktami...
- Z pewnością nie my byliśmy faworytem. Można gdybać, co by było, gdybyśmy mieli nieco więcej szczęścia w końcówkach tych dwóch nieznacznie przegranych spotkań, ale prawda jest taka, że na dzień dzisiejszy potencjał Prokomu, przynajmniej na papierze, jest zdecydowanie większy. Dla rozgrywek play-off charakterystyczne są jednak niespodzianki. Byliśmy bardzo bliscy sprawienia takiej właśnie niespodzianki, ale to nieco zaciemniłoby obraz całego sezonu.
- Czyli dobrze, że Legia przegrała, bo to Prokom z przebiegu całego sezonu bardziej zasługiwał na awans?
- To nie tak. Oczywiście chcieliśmy wygrać, robiliśmy wszystko, by tak się stało, ale niestety troszeczkę jeszcze zabrakło.
- Czego przede wszystkim?
- Trzech tygodni na udoskonalenie pewnych rzeczy. Zawiedziony jednak nie jestem. Zespół pokazał się z bardzo dobrej strony.
- Z meczów o miejsca 5-8 też jest Pan zadowolony?
- Zupełnie nie przykładałem do nich wagi, bo uważam, że takie mecze w ogóle nie powinny się odbywać. I ze względów sportowych, i finansowych, i psychologicznych. Drużyny, które odpadają w ćwierćfinale, są przegrane i bardzo trudno zmobilizować je do gry o nic. Zresztą na całym świecie w ogóle się takich spotkań nie rozgrywa. Polska jest wyjątkiem. Niestety.
- Były w tym sezonie mecze, po których czuł Pan jakiś niedosyt?
- W sezonie, gdy rozgrywa się tyle spotkań, nie można tego uniknąć. Szczególnie w początkowej fazie graliśmy bardzo nierówno, dobre mecze przeplatając zdecydowanie gorszymi. Wynikało to z tego, że dopiero budowaliśmy całkowicie nowy zespół. Ci ludzie musieli się poznać, wzajemnie do siebie przekonać, przyswoić sobie nowe zagrania taktyczne, przyzwyczaić do nowego dla niektórych reżimu treningowego. Bywa, że ten proces trwa nieco krócej, bywa, że o wiele dłużej. Zawsze wymaga jednak czasu.
- To pytanie nie było bezzasadne. Często w trakcie spotkań reagował Pan bowiem bardzo żywiołowo, wyglądało na to, że ma Pan wiele uwag pod adresem podopiecznych, że jest Pan z ich gry niezadowolony...
- Trudno, żeby w trakcie meczu trener siedział spokojnie i udawał, że nic go nie obchodzi.
- Jednak w polskiej lidze tylko reakcje Urlepa, może Gajicia mogą być do Pańskich porównywalne...
- Wszystko zależy od osobowości. Ja tak reagowałem zawsze i raczej się już w tej materii nie zmienię. Zdaję sobie jednak sprawę, że podczas meczu wiele rzucanych na gorąco uwag w ogóle do zawodników nie dociera. Dlatego też biorąc czas staram się im przekazać jedną, najwyżej dwie. Przekazując im pięć czy sześć miałbym pewność, że żadnej nie zapamiętają. Bywają jednak sytuacje, gdy zawodnicy nie wykonują na boisku rzeczy, na które kładliśmy ogromny nacisk podczas treningów. I wtedy człowieka... cholera bierze.
- Często dochodziło do scysji między Panem i Andrzejem Sinielnikowem. Wynikały one tylko z ferworu walki czy traktowane były bardziej poważnie?
- Znam Andrzeja nie od dziś. Pracowałem z nim już w Białymstoku. Jest to człowiek o bardzo skomplikowanej osobowości, nie jest łatwo do niego dotrzeć. Wydaje mi się, że metoda postępowania, którą wobec niego stosuję, jest jednak skuteczna, bo w końcówce sezonu pokazał, że jest naprawdę wartościowym zawodnikiem, o bardzo dużych umiejętnościach. Jest jednak tylko człowiekiem i czasami reaguje w sposób, który mi nie odpowiada. Wtedy muszę przywoływać go do porządku.
- Zaskoczył Pana fakt, że Dariusz Szczubiał powołał go do reprezentacji?
- Absolutnie. Doskonale Andrzeja poznałem, wiem, co potrafi i na co go stać. Jest to jeśli nawet nie najlepiej, to jeden z najlepiej wyszkolonych technicznie zawodników w naszej lidze. Posiada umiejętności niezbędne koszykarzowi występującemu na pozycji rozgrywającego. Potrafi organizować grę, bardzo dobrze podaje, dużo widzi na boisku, nie gra egoistycznie. Poza tym jeszcze przez co najmniej kilka lat będzie mógł grać na najwyższym poziomie. Ostatnie badania USG wykazały, że ma kolana 17-latka. W dodatku prowadzi niespotykanie sportowy tryb życia.
- Skąd w takim razie tak długa jego wegetacja na zapleczu ekstraklasy?
- Żałuję, że tak się stało, szczególnie, że na newralgicznej pozycji, na której on występuje, nie mamy w Polsce zbyt wielu klasowych zawodników. Na taki stan rzeczy nałożyło się kilka spraw. Duży wpływ miała kwestia obywatelstwa, wprawdzie Polakiem jest już od kilku lat, ale żeby występować jako Polak, musiał odcierpieć jeszcze karencję. A zawsze preferowano ściąganie na tę pozycję zawodników z USA. Gdy kilka lat temu przechodziłem z Białegostoku do Włocławka, to koniecznie chciałem go ze sobą zabrać, na przeszkodzie stanął jednak wówczas jego wieloletni kontrakt. Mówiło się o nim jako o zawodniku nierównym, krążyły też na jego temat różne inne niepochlebne opinie. Żeby coś w sporcie osiągnąć, to trzeba być jednak człowiekiem przebojowym, takim - nazwijmy to w cudzysłowie - bandytą, czy nawet chamem. Ja lubię z takimi ludźmi pracować. Grzeczny, przytakujący każdemu gracz nigdy nie będzie w stanie wspiąć się na wyżyny, w decydującym momencie meczu zabraknie mu determinacji, by zmotywować się do największego wysiłku. Andrzej to potrafi.
- Takim „bandytą" czy „chamem" jest też Wojciech Majchrzak, któremu powierzył Pan funkcję kapitana?
- Wojtek jest bodaj najbardziej lubianą osobą w drużynie, z nikim nie jest skonfliktowany, a jednocześnie jest to chłopak, który swoją postawą na boisku, a także poza nim potrafił wypracować sobie autorytet. Przy tym, co równie ważne, potrafi rozmawiać z kierownictwem.
- Często musiał w tym roku z tej umiejętności korzystać?
- Cóż, pojawiały się problemy dotyczące spraw organizacyjno-finansowych.
- Mediacje Majchrzaka pozwoliły je rozwiązać?
- Czasami tak, czasami nie.
- Można wywnioskować, że zarówno Majchrzak, jak i Sinielnikow to zawodnicy, którzy w tym sezonie Pana oczarowali. Kto jeszcze zasłużył na pochwałę, a czyja postawa nieco Pana rozczarowała?
- Nie widzę zawodników, którzy całkowicie by mnie rozczarowali. Wszystkim zdarzały się mecze lepsze i gorsze, ale w zespole, który dopiero jest w trakcie budowy, trudno utrzymać przez cały czas równą, wysoli formę. Żałuję tylko, że tak długo kontuzjowany był Robert Żuk. Miałem nadzieję wykorzystywać go zdecydowanie częściej, on tymczasem prawie cały sezon spędził na leczeniu rozmaitych kontuzji. Jak nie dokuczała mu kostka, to ścięgno Achillesa, jak nie ścięgno, to bark. I tak w kółko. Może w kolejnym sezonie problemy zdrowotne w końcu go opuszczą.
- Żuk nie grał, bo leczył kontuzję, ale w kadrze zespole było jeszcze kilku młodych zawodników, którzy prawie w ogóle nie pojawiali się na parkiecie...
- Nie dzielę zawodników na starych i młodych, tylko na dobrych, średnich i słabych. I nie ma znaczenia, czy dany gracz ma lat 19 czy 30. Jeśli jest dobry, to gra, jeśli nie, to siedzi na ławce. Bo gramy, żeby wygrywać. Piotrek Paprocki dostał szansę w meczach o miejsca 5-8 i chyba otworzyło mu to oczy na to, jak wiele mu jeszcze brakuje. Wysoko przegrane mecze z Pruszkowem to w dużej mierze jego „zasługa". Jest jednak bardzo pracowity i wszystko przed nim. Nasz zespół jest zresztą jednym z młodszych. Tylko Andrzej Sinielnikow przekroczył trzydziestkę. Nie wiek ma jednak znaczenie, a to, co ci gracze już osiągnęli. A nie osiągnęli praktycznie nic. I pod tym względem wszyscy są młodzi, wszyscy dopiero stoją przed szansą.
- Przed sezonem pozbyto się jednak z klubu jednego z czołowych graczy młodego pokolenia, Kamila Sulimy, wypożyczając go do I-ligowego (de facto II liga) AZS-u Lublin...
- To była moja decyzja. W Legii mieliśmy dwóch lepszych zawodników na jego pozycję, Kamilowi pozostawałoby, o ile w ogóle łapałby się do meczowej dziesiątki, granie „ogonów'. A w jego wieku zdecydowanie lepiej jest grać po 30 minut w I lidze, niż po trzy minuty w ekstraklasie. W dalszym ciągu ma sporo braków w grze defensywnej. Do Lublina pojechał po naukę, rozegrał cały sezon i teraz zobaczymy, czego się nauczył.
- Wspominał Pan o znakomitym stanie kolan Sinielnikowa, dotychczas wszyscy rozwodzili się natomiast nad niezwykłą jak wiek formą Wojciecha Królika. Od połowy sezonu ulubieniec publiczności na parkiecie pojawiał się już jednak coraz rzadziej, aż w końcu stracił nawet miejsce w meczowej dziesiątce. To koniec jego gry w Legii?
- Przez długi czas mieliśmy problemy z grą obronną, a defensywa nie jest najmocniejszą stroną Wojtka. W dodatku w końcówce sezonu trochę chorował, prezentował nieco słabszą dyspozycję. Wydaje mi się, że powoli będzie już kończył grę. On jest zawodnikiem z innej epoki, ma pewne nawyki, a koszykówka trochę się w ostatnich latach zmieniła. Przy swoich możliwościach fizycznych i coraz wyższych składach rywali ma już mocno ograniczone pole manewru. Williams nie jest wprawdzie od niego wiele wyższy, ale skacze o kilkadziesiąt centymetrów wyżej.
- Szykujecie dla niego jakieś nowe zajęcie? Ze swoim niemałym doświadczeniem mógłby być jeszcze w klubie pomocny...
- Powiem szczerze, że nie mam pojęcia. Wydaje mi się, że klub powinien go jakoś zagospodarować, ale nie wiem, jak będą wyglądały możliwości finansowe. Jak zasiądziemy z kierownictwem do rozmów o całokształcie drużyny, to ten temat na pewno jednak powróci.
- Jaka przyszłość rysuje się przed koszykarzami Legii?
- Trudno powiedzieć, bo na razie... nie jest jeszcze rozliczony miniony sezon. Gdyby się to nie udało, to ciężko będzie zakontraktować kogokolwiek na kolejny sezon. Wszyscy pójdą tam, gdzie za swoją grę dostaną wynagrodzenie, bo koszykówka to ich zawód. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Chodzą wprawdzie słuchy o nowych sponsorach, o tym, że budżet na następny 3 sezon jest już zapięty, ale sami zainteresowani jeszcze tego nie odczuli.
- Kiedy odczują?
- Wszystko miało być załatwione do końca maja, z powodu jakichś opóźnień ten termin został jednak przesunięty na drugą połowę czerwca. Daliśmy kierownictwu jeszcze jedną szansę. Na początku lipca każdy chciałby już jednak odpocząć spokojny o to, gdzie spędzi kolejny rok. Szczególnie, że w okolicach 20 lipca trzeba byłoby już wrócić do pracy i rozpocząć przygotowania do nowego sezonu.
- Większość klubów nie będzie czekać do końca czerwca, by rozpocząć negocjacje z potencjalnymi nowymi zawodnikami. Nie boi się Pan, że gdy wszystkie sprawy finansowe zostaną wreszcie w Legii uregulowane, to ten rynek będzie już bardzo ubogi?
- Jeśli zostanę w Legii, to nie będę chciał dokonywać tu żadnej rewolucji kadrowej. Przeprowadzilibyśmy tylko drobne retusze.
- A jak ocenia Pan szanse na swoje pozostanie w Legii?
- Wstępnie dogadaliśmy się już w tej sprawie z działaczami. Nie chciałbym odchodzić, bo przez ostatni rok zbudowaliśmy tu fajny zespół, ale dzieła jeszcze nie skończyliśmy. A ja miałem na razie pecha, cały czas coś zaczynałem i zaczynałem, ale z różnych powodów nie miałem okazji nigdy tego dokończyć.
- Gdyby w Warszawie udało się dokończyć to dzieło, to na co możemy liczyć?
- W sporcie trudno jest cokolwiek planować. Ja planuję jednak podnieść poprzeczkę. Ostatnio celem minimum było utrzymanie, teraz takim celem powinien być awans do play-offów. W tym roku chciałbym też powalczyć o wejście do strefy medalowej. A generalnie wszyscy grają przecież o mistrzostwo Polski. Finansowo nie mamy oczywiście jak rywalizować z drużynami pokroju Śląska, Prokomu czy Anwilu, nie zamierzamy przebijać się z nimi pod względem wysokości kontraktów, bo na to nas nie stać. Ale już w tym roku udowodniliśmy, że nie zawsze pieniądze wygrywają.
- Zakładając, że wszystko uda się uregulować i zostanie Pan w Warszawie- ilu nowych zawodników pojawiłoby się na Bemowie?
- Potrzebujemy dwóch, może trzech nowych graczy. Dwóch już znalazłem, wszystkie sprawy zostały dogadane i jeśli tylko uda się pomyślnie rozliczyć poprzedni sezon, to w lipcu dołączą oni do drużyny. Nie chciałbym jednak zdradzać nazwisk, bo ktoś inny mógłby się nimi zainteresować. Zdradzę tylko, że mówimy o Polakach.
- To zdradźmy, na jakich pozycjach mieliby występować...
- Potrzebujemy rozgrywającego, o dużych walorach defensywnych, ale i ofensywnych. Miałby być dobrym zmiennikiem dla Sinielnikowa, co nie znaczy, że grałby „ogony", bo Andrzej wcale nie musi występować po 30 minut. Potrzebujemy też dobrego strzelca na pozycję numer "3", który również byłby przy tym niezłym defensorem. Bo największe rezerwy tej drużyny tkwią właśnie w grze obronnej.
- W zasadzie regułą w polskiej lidze jest coroczna wymiana graczy ze Stanów. Marcus Williams i Le Shell Wilson też opuszczą Legię?
- Na dzień dzisiejszy nie widzę takiej potrzeby. Do Wilsona można było mieć wprawdzie na początku jakieś pretensje, ale on przyjechał po prostu zupełnie nieprzygotowany. Po kilku tygodniach odzyskał formę i nagle okazało się, że jest to świetny zawodnik. W dodatku jak na jego wymagania finansowe. Może i McNaull byłby od niego lepszy, ale nas nie stać na zaoferowanie mu kilka razy wyższego kontraktu, niż ma Wilson.
Rozmawiał Krzysztof Mocek