- Ilu wywiadów udzielił Pan w swojej karierze?
Wojciech Królik: Nigdy tego nie liczyłem. Ale było ich bardzo, bardzo dużo. Nieważne, gdzie grałem - w Warszawie, Przemyślu, Szczecinie czy nawet Cieszynie... Moją osobą zawsze było dość duże zainteresowanie. To bardzo przyjemne.
- Jakie pytanie najczęściej Panu zadawano?
- Było ich tak wiele... Jak przygotowuję się do meczu albo jak to możliwe, że moja kariera trwa tak długo. Ostatnio, to znaczy od kilku lat, najczęściej jestem pytany o to, kiedy moja kariera wreszcie dobiegnie końca. Przy tym wywiadzie mogę zdradzić, że właśnie definitywnie zakończyłem karierę zawodniczą.
- Dlaczego?
- Na pewno nie ze względu na zdrowie albo wydolność. Nadal mógłbym prezentować się bardzo dobrze. To znaczy nie dwa albo trzy razy lepiej od młodszych zawodników, ale mógłbym chyba nadal rywalizować na równi z nimi. Wciąż jestem wytrzymały. Może już nie tak szybki i nie tak skoczny, ale to nigdy nie było moją najsilniejszą stroną. Po prostu kiedyś trzeba powiedzieć sobie dość. Nie widzę już dla siebie szans grania w Warszawie, a nie po to tu wróciłem trzy lata temu, żeby znowu ją opuszczać. Główny powód to wiek.
- W jaki sposób stał się Pan koszykarzem?
- Byłem wytrwały w tym, żeby trenować i grać w koszykówkę. Aby mnie przyjęli, musiałem bowiem aż trzy razy przychodzić na Polonię. Znalazłem ogłoszenie w gazecie i zgłosiłem się. Wtedy zainteresowanie tą dyscypliną sportu było dość duże i na pierwszy trening przyszło ze 30 chłopaków. Po godzinnym sprawdzianie, kiedy każdy miał szansę zagrać około 10 min, trudno było się wykazać. Ja byłem dość niskim zawodnikiem i zawsze przepadałem. To trwało przez trzy lata. Teraz z trenerem Markiem Jabłońskim ze śmiechem wspominamy tamte czasy, bo to właśnie on co roku mówił mi, żebym przyszedł za rok, jak podrosnę.
Wreszcie zostałem przyjęty po znajomości. Okazało się, że moja mama pracuje razem z żoną pracującego wtedy także w Polonii trenera Andrzeja Nowaka. Kiedy on mnie za czwartym razem przyprowadził na trening, wreszcie mogłem zostać. I po roku trenowania z juniorami trafiłem do pierwszego składu.
- Spodziewał się Pan wtedy, że Pana kariera potrwa ponad 20 lat?
- Nie. Na pewno nie. Wiedziałem, że większość zawodników nie tylko z Polonii w wieku 30 lat już myśli o zakończeniu kariery. W późniejszym czasie ta średnia poszła trochę do góry. Na początku więc miałem plany, że o ile nie będą mnie prześladowały kontuzje, to dogram do trzydziestki. Czas pokazał, że może być inaczej. W wieku 31 lat zadebiutowałem w kadrze, pojechałem na mistrzostwa Europy. Mając 34 lata, zostałem królem strzelców polskiej ligi, a grali już w niej wtedy Amerykanie. Można powiedzieć, że dopiero w tym wieku zaczęły się transfery do innych klubów, bo po sezonie - kiedy średnio zdobywałem niemal 29 punktów w meczu (1993/94 w Polonii) - po raz pierwszy opuściłem Warszawę.
- Czuł się Pan kiedyś zmęczony?
- Zawsze pod koniec sezonu czułem zmęczenie psychiczne, bo przecież mecze się przeżywa. Koszykówkę zawsze kochałem i nigdy nie odczuwałem zmęczenia fizycznego. W okresie wakacji nie mogłem doczekać się obozów przygotowawczych i początku sezonu. Nawet teraz nie jestem zmęczony koszykówką. Jeszcze niejednego młodego koszykarza mógłbym na boisku "zajechać" .
- Co zmieniło się w koszykówce przez tyle lat?
- Gra teraz jest znacznie szybsza. Pojawili się cudzoziemcy, którzy podnieśli poziom rywalizacji. Teraz, żeby zagrać w lidze, należy być znacznie lepiej przygotowanym fizycznie, być silniejszym, szybszym i bardziej skocznym. Szczególnie w klubach, w których są sponsorzy i pieniądze o miejsce w składzie jest bardzo ciężko. Kiedyś to była zupełnie inna koszykówka. Polegała na doświadczeniu, szczególnie na taktyce. Ale teraz tego trochę brakuje.
- Najważniejsza zmiana to chyba jednak pojawienie się dużych pieniędzy?
- Ja zawsze powtarzam, że urodziłem się zbyt wcześnie, aby dorobić się na koszykówce. Pierwsze poważne pieniądze w tym zawodzie zarobiłem w wieku 35 lat, kiedy grałem w Przemyślu. Teraz w klubach naprawdę można się dorobić. Wcześniej koszykarze byli w klubach zatrudnieni na państwowych etatach. W Legii grali ci, którzy mieli odsłużyć wojsko. Pieniądze były całkiem normalne, tak jak w innych normalnych zawodach. Zarabialiśmy tak jak nasi rodzice. Jedyna różnica polegała na tym, że ci, którzy nie grali w koszykówkę, nie mogli czerpać ze swojej pracy takiej przyjemności i nie mieli okazji wyjeżdżać za granicę tak często jak koszykarze. Można było poznać ciekawych ludzi, zwiedzić Polskę, Europę, a nawet Amerykę i Afrykę. To była znacznie przyjemniejsza praca niż inne, choć tak samo opłacana.
- Czy kiedy pieniądze były mniejsze, to w zespołach panowała inna atmosfera?
- Kiedyś na pewno nie dało się zauważyć żadnej zawiści. Każdy zarabiał tyle samo. O żadnych premiach za mecze nikt nie myślał. Jedyną premią, jaką mogę się pochwalić z lat 80., jest zegarek. W klubach, w których grałem, mimo różnic płacowych nikt do nikogo nie miał pretensji. Zawsze atmosfera była bardzo przyjazna. Ale czasem słyszę różne plotki z innych klubów. Szczególnie tych, w których Polacy są faktycznie lepsi od obcokrajowców, a zarabiają mniej i mniej grają.
- Co najbardziej zapadło Panu w pamięć z tylu lat spędzonych w koszykówce?
- Na mistrzostwach Europy w Rzymie w 1991 roku figurowałem w składzie kadry narodowej, ale miałem być tylko zmiennikiem. Z trudem mieściłem się w dziesiątce zawodników. Dzień przed pierwszym meczem ustalony był już skład, a tu nagle o godz. 23 przyszedł do mnie drugi trener Andrzej Nowak i powiedział, żebym szykował się psychicznie, bo w pierwszym meczu z Bułgarią wychodzę w pierwszej piątce. Taki był mój debiut i później przez kolejnych kilka lat nie opuszczałem tej pierwszej piątki.
- Dlaczego debiut w kadrze był tak późny?
- O to trzeba by się spytać trenerów kadry. Kiedyś panował taki pogląd, że ponieważ trenerzy są z okręgu wrocławskiego, to nie widzą w swoim zespole warszawiaków. Nawet sam świętej pamięci Marek Sobczyński mówił, że możliwość zaistnienia w kadrze zawdzięcza przenosinom do Wisły Kraków. Dziwiłem się bardzo swojemu powołaniu przed mistrzostwami Europy. Tym bardziej że kilka lat wcześniej byłem może nawet w wyższej formie niż na początku lat 90.
- W Rzymie reprezentacja Polski zajęła siódme miejsce. To był sukces?
- Jeśli spojrzeć na to przez pryzmat wyników osiąganych teraz, to spory. Ale wówczas niedosyt był ogromny. Graliśmy z Hiszpanią o wejście do półfinału i prowadziliśmy niemal przez cały mecz po to, żeby przegrać w samej końcówce. Ale daj Boże, aby obecnie kadra zajmowała siódme miejsce i walczyła jak równy z równym z Hiszpanią.
- Dlaczego teraz to niemożliwe?
- Brakuje klasycznego rozgrywającego. Andrzej Pluta jest typowym rzucającym obrońcą. Paweł Szcześniak zmarnował kilka lat, ponieważ w mocnych klubach siedział na ławce rezerwowych. Za szybko zrezygnowano z Roberta Kościuka... I nie ma takiego rozgrywającego jakim np. kiedyś był Dariusz Szczubiał. Maciej Zieliński i Adam Wójcik mają już ponad 30 lat i zapewne niedługo skończą karierę reprezentacyjną, a młodzieży w ekstraklasie nie widać.
Poza tym im więcej gra w Polsce cudzoziemców, tym słabiej gra kadra. Spójrzmy na Romana Prawicę, który miał rewelacyjny początek sezonu, w kadrze był graczem pierwszej piątki. A kiedy w Anwilu zmienił się trener, jedyny Polak w składzie niemal nie grał. Inny podstawowy zawodnik kadry Dominik Tomczyk też jest rezerwowym. Reprezentanci muszą grać. Same treningi nie wystarczą.
- Po raz pierwszy do klubu z innego miasta wyjechał Pan dopiero w 1994 r. Za to aż do Przemyśla.
- Kiedy byłem młodszy, miałem propozycje z innych klubów, ale nie chciałem wyjeżdżać z Warszawy. Związałem się z Polonią, miałem tutaj rodzinę. W 1994 r. Polonia po barażach utrzymała się w ekstraklasie, zostałem wtedy królem strzelców ligi i dostałem propozycję z Przemyśla. Tamtejsza Polonia była wówczas beniaminkiem, ale budowała silny zespół mający walczyć o medal, którego jeszcze przez tyle lat grania nie miałem w dorobku. Drugim powodem były sprawy finansowe. Wiedziałem, że kariera zbliża się do końca. Chciałem coś wreszcie mieć z koszykówki, ustawić się.
- I faktycznie w Przemyślu wywalczył Pan medal mistrzostw Polski. Srebrny, jedyny w karierze. Czy biorąc to pod uwagę, była to udana kariera?
- Na pewno znacznie bardziej udana indywidualnie niż zespołowo. Faktycznie medal zdobyłem tylko jeden, ale znam zawodników, którzy mają kilka medali, w tym złote, a ich wkład był bardzo niewielki. Czy można być wówczas zadowolonym? Ja mam satysfakcję, bo grałem wówczas długo i w wywalczeniu tego medalu mam duży udział. Żałuję tylko, że nie udało mi się go wywalczyć z klubem, w którym się wychowałem. Ale wierzę, że teraz warszawska Polonia przy tak dobrej organizacji nadrobi lata, kiedy nie stała na podium mistrzostw Polski. Będę z tego bardzo się cieszył.
- Kibicuje Pan wciąż Polonii?
- Tak. Nieważne, gdzie grałem, zawsze byłem sercem z tym zespołem. Pochodzę z Konwiktorskiej. Ale kibicuję też Legii. Chciałbym, aby oba te zespoły były w czołówce.
- W 1998 r. trafił Pan do trzecioligowego Piasta Cieszyn.
- Po rocznym pobycie w Szczecinie miałem możliwość pozostania tam. Ale moja żona wówczas grała w Rybniku i podpisywała kolejny kontrakt na dwa lata. Ze względu na rodzinę, małe dziecko, myślałem wtedy o zakończeniu kariery. Ale szczęście znowu się uśmiechnęło. W dniu, kiedy przyjechałem do Rybnika, spotkałem kolegę, który grał w koszykówkę w Cieszynie. Chciał, żebym pomógł w awansie do drugiej ligi. Miałem blisko, więc zgodziłem się. Po roku doszliśmy z żoną do wniosku, że czas wracać do Warszawy. Ona miała jeszcze przez rok ważny kontrakt w Rybniku, a ja miałem tu wszystko przygotować na powrót rodziny.
- I znowu zagrał Pan w Legii...
- Pierwsze kroki skierowałem oczywiście do Polonii, ale już wówczas decydujący głos mieli chyba prezesi Warbudu. Być może wystraszyli się, że jestem już zbyt stary. W Legii trenerem był Marek Jabłoński i po rozmowie z nim trafiłem do jego zespołu.
- Czy po tylu latach gry realny jest domek z ogrodem będący podobno Pańskim marzeniem?
- Szczerze mówiąc, to chyba nie. Za pieniądze zarobione wcześniej stać mnie było na kupno mieszkania, samochodu, inwestowałem w życie rodzinne. Ale ostatnio mam poważne kłopoty z wyegzekwowaniem należnych mi pieniędzy. Liczę tylko na to, że prezes Legii Włodzimierz Całka wywiąże się z danego słowa i spłaci należności. Jeśli tak się stanie, to spokojnie będę mógł myśleć o przyszłości, bo są to jak dla mnie pieniądze całkiem duże.
- Co Pan będzie teraz robił?
- Zawsze marzyłem o pozostaniu przy koszykówce. Dlatego też w Katowicach skończyłem studia trenerskie. Ale na razie nie mam żadnej propozycji. Nie zaproponowano mi żadnej posady w Legii. Zresztą, nie wiadomo, jaka będzie przyszłość tego klubu, bo sytuacja finansowa jest w nim tragiczna. Obecnie marzy mi się szkółka koszykarska dla dzieci w wieku od siedmiu lat. Być może ruszy od września.
- A nie chciałby Pan pracować z seniorami?
- Bardzo chętnie. Jeśli tylko nadarzy się taka okazja, skorzystam z niej.
- Pod koniec poprzedniego sezonu w Legii został Pan grającym asystentem trenera. Ale wyniki zespołu nie były imponujące...
- Pierwszy trener nagle zrezygnował. Zawodnicy byli wypaleni, nie mogliśmy w tak krótkim czasie niczego poprawić. Jedynym celem było utrzymanie w lidze. I to się udało. Jako asystent trenera pracowałem także w zespole żeńskim w Rybniku.
- Co poza koszykówką Pana interesuje?
- Niewiele było czasu na pielęgnowanie innych zainteresowań. Starczało go jeszcze tylko na życie rodzinne.
- Lubi Pan przezwisko "Zając"?
- Tak. Nigdy mi to nie przeszkadzało. Był taki czas, że kiedy ktoś krzyknął za mną Wojtek, to nie odwracałem się, bo nie byłem do takiego nazywania przyzwyczajony. Od szkolnych lat. Teraz może już rzadziej tak na mnie wołają, bo coraz więcej wokół mnie młodszych koszykarzy, którzy chyba przez szacunek mówią po imieniu.
Rozmawiał Tomasz Kułakowski