Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Felieton

Wspomnienie o Władysławie Grotyńskim

sobota, 6 lipca 2002 14:03
Wiktor Bołbaźródło: Nasza Legia

Trudno jest pisać w czasie przeszłym o koledze, z którym jeszcze nie tak dawno żywo dyskutowałem o naszych wspólnych pasjach - piłce nożnej i Legii. Chociaż ja byłem i jestem tylko zwykłym kibicem, a on był legendarnym bramkarzem, jednym z najwybitniejszych w historii naszego klubu.


Nie wiem, czy coś w tym jest, czy to po prostu zwykły przypadek, ale Władek wychodząc tego feralnego dnia z domu, zostawił na stole wizytówkę z moim telefonem, czego na ogół nigdy nie czynił. Przyznaję, że podczas naszych spotkań - które często były okazją do wypicia czegoś mocniejszego, niekiedy w ilościach niezbyt umiarkowanych - Władek zawsze twierdził, że jestem dziennikarzem mającym na niego wyłączność. Być może kierowało nim jakieś przeczucie i chciał, bym jako jeden z pierwszych dowiedział się o tym, że odszedł od nas...


Silny, wyrośnięty


Okrągłą, sympatyczną twarz Władka znali wszyscy. Pomimo że jedynym majątkiem, jaki posiadał, pozostawała jego legenda i kilka pożółkłych, postrzępionych zdjęć, to w lokalach na trasie Dom Chłopa, hotel Warszawa i Okrąglak śp. Władysława Komara schlebiano mu na każdym kroku, stawiając kieliszek wódki lub kufel piwa. Prowadząc z nim wielogodzinne rozmowy, poznałem sylwetkę dobrego sportowca, który, jak sam stwierdził, nigdy w pełni nie wykorzystał swojego talentu. Nie przeszkadzało mu to jednak na stałe zapisać się w kronikach futbolu.


Zaczynał od boksu. W wieku 12 lat zgłosił się na "pierwszy krok". Silny, wyrośnięty, dawał sobie radę w gronie starszych partnerów. Niestety, na uprawianie tego sportu nie pozwalali rodzice. Dlatego zaczął trenować hokej. Za krążkiem uganiał się na tyle dobrze, że w barwach Legii zdobył tytuł wicemistrza Polski juniorów. Kolejną sportową fascynacją Władka był rzut dyskiem. Podczas jednej z naszych rozmów wspominał: "Kiedy byłem z ojcem na Stadionie Dziesięciolecia na meczu Polska - USA, niezwykłe wrażenie zrobił na mnie Piątkowski, zwany Białym Aniołem. Do tego stopnia się nim zachwyciłem, że postanowiłem trenować rzut dyskiem. Mając 16 lat, byłem już najlepszy w Polsce. Może i miałem szansę zostać następcą Piątkowskiego, ale raczej tylko na krajowym podwórku. By zostać mistrzem światowego formatu, brakowało mi kilku centymetrów wzrostu".


Loża w Szanghaju


W tym czasie jednak jego ojciec, wielki miłośnik piłki, zadecydował o tym, że Władek zostanie piłkarzem. Koledzy ze szkoły namówili go na grę w Mazurze Karczew. I tak trafił do trzecioligowego klubu, w którym z miejsca stał się podstawowym zawodnikiem. W Mazurze grał trzy lata. W jednej z edycji Pucharu Polski wyeliminowali naszpikowany kadrowiczami chorzowski Ruch, a Władek w pięciu kolejnych meczach nie puścił żadnej bramki. Ten wyczyn to była jego przepustka do pierwszoligowego, legijnego świata.


Na Łazienkowskiej najpierw poznał się ze starszymi bramkarzami, potem z celą aresztu wojskowego. Władek zawsze chciał być numerem jeden, także poza boiskiem. Nie znosił sprzeciwu. Dlatego jak podskoczył mu w kasynie klubowym jeden z zapaśników, prawym sierpowym wynegocjował posłuszeństwo. A że odbywał wówczas służbę wojskową, bójka ta miała epilog w areszcie.


Legia tamtych czasów to jedna z najlepszych jedenastek w Europie. To była przede wszystkim drużyna Warszawy i okolic. Tacy zawodnicy jak Gmoch, Zygmunt, Trzaskowski, Stachurski, Żmijewski i Grotyński tworzyli jej charakter. Z tym że najważniejszy był Grotyński. Lubił rządzić. Uważał, że "chamstwo musi znać mores" w polu karnym, na którym panował jak król. Jak żaden z polskich bramkarzy miał opanowaną grę na przedpolu. Zawsze twierdził, że tej sztuki nauczył się dzięki Henrykowi Grzybowskiemu, obrońcy Legii, który narzekając na kontuzje pachwin, wysyłał go w bój z napastnikami, a sam asekurował opuszczoną przez Władka bramkę.


Chciał być najważniejszy nie tylko na boisku. Nie mógł chodzić po ulicach Warszawy niezauważany. Dlatego jako jedyny mieszkaniec stolicy sprawił sobie wystrzałową amerykańską limuzynę, forda mustanga. W socjalizmie, gdzie z założenia wszyscy musieli być równi, taka ekstrawagancja nie mogła ujść uwadze ówczesnych władz ludowych. Władek wychodząc przed szereg, wprawiał w rozpacz towarzyszy i organa władzy. A mając pieniądze na prowadzenie wykwintnego życia, nie zamierzał z niego rezygnować. Miał opinię człowieka niesfornego i jako pierwszy sportowiec był bywalcem nocnych lokali oraz przyjaźnił się z artystami. Był pupilem najpiękniejszych kobiet. W Szanghaju miał swoją lożę, a Chińczyk tylko patrzył, czy już jest pan Władek. Jak przychodził Pod Gwiazdy, znana aktorka Hanka Bielicka mówiła mu: "Władziu, żebym była młodsza, od razu bym cię złapała...". Jego bankiety z Bohdanem Łazuką znane były w całej Warszawie, krążyły o nich legendy.


Ryk odrzutowca


Na swoje nieszczęście Władek często widywany był także w środowisku warszawskich cinkciarzy, o czym odpowiednim czynnikom donosili usłużni obywatele. W jednej z rozmów wyznał mi, że: "Ludzie, którzy wtedy pisali na niego donosy, nadal pracują w piłce". To, że Władkiem zaczęły interesować się służby bezpieczeństwa, niczego dobrego dla niego wróżyć nie mogło. Jednak on, nadal grając wszystkim na nosie, został pierwszym bramkarzem reprezentacji Polski. To on bronił w pierwszym meczu reprezentacji Kazimierza Górskiego w Lozannie i z nim właśnie trener wiązał ogromne nadzieje na obsadę bramki w drużynie, która potem była groźna dla najlepszych na świecie. Niestety, Grotyńskiemu w tym czasie władza ludowa wraz z niektórymi dziennikarzami szykowała pokazowy proces. Dziś można go śmiało uznać za ofiarę prześladowań. Ktoś komuś chciał coś udowodnić. Trafiło na Władka, jego 220 dolarów i do niebotycznych rozmiarów rozdmuchaną aferę przemytniczą przy okazji półfinałowego meczu Pucharu Europy z Feyenoordem Rotterdam. W ten oto prosty sposób, wtrącając go za kraty, zwichnięto człowiekowi karierę i dalsze życie.


Grotyński był charakterny, a w więzieniu pozostał sobą. Należał do krnąbrnych więźniów, grypsował. Dlatego zaliczył dwukrotnie represyjne więzienie w Strzelcach Opolskich. A o jego transporcie do Mielęcina było głośno. Chcąc go zmiękczyć, wymyślano dla niego różne szykany. Opowiadał mi kiedyś o sposobie z muchą. W maleńkiej celi zamykano człowieka z mięsną muchą. Jej brzęczenie w zupełnych ciemnościach przypominało ryk odrzutowca. W tym warunkach człowiek padał, tracił poczucie rzeczywistości.


Władek, wróć


Gdy wyszedł na wolność, zamknięto przed nim bramy stadionu przy Łazienkowskiej. Na szczęście Władek nie stracił kontaktu ze sportem i w roli "strażaka" uratował przed spadkiem drużynę Zagłębia Sosnowiec. Z łezką w oku wspominał swój powrót na stadion Legii. "20 tys. ludzi śpiewało mi >Sto lat< i >Władek, wróć<. Nie mogłem wrócić, ale to były piękne chwile" - opowiadał.


Władek nigdy nie zapomniał o kolegach z Sosnowca. Pojawiając się na Memoriale Włodzimierza Mazura, z wielką fantazją wykupił sto biletów po tysiąc złotych. To był jeszcze Władek światowy, znający życie. Później wiodło mu się gorzej. Pozostał bez środków do życia. Ale kiedy z nim rozmawiałem, na jego zmienionej przez lata intensywnego życia twarzy nie było widać żalu. Chociaż był człowiekiem przegranym.


Odszedł od nas 28 czerwca 2002 roku. Teraz zaczęło się jego życie w legendzie. Tworzyli ją i tworzą ci, którzy go znali - przyjaciele, kibice Legii i dziennikarze.


Władysław Grotyński


Urodził się 16 października 1945 r. w Arciszewie koło Płocka. Bramkarz - 183 cm, 86 kg. Pseudonim "Śruba". Wychowanek Mazura Karczew. W Legii w latach 1964-71 rozegrał 149 meczów. Dwukrotny mistrz Polski (1969 i '70), zdobywca Pucharu Polski (1966). Rozegrał cztery spotkania w reprezentacji Polski. W 1970 r. ustanowił nowy ligowy rekord gry bez straty gola - 759 minut - który należał poprzednio do bramkarza z Sosnowca Aleksandra Dziurowicza. Zmarł 28 czerwca. Miał 67 lat.


Pogrzeb Grotyńskiego


Uroczystości żałobne poświęcone Władysławowi Grotyńskiemu odbędą się we wtorek 9 lipca o godz. 12 w kościółku w Starej Miłośnie.

Podaj ten news dalej: