- Po trzech golach puszczonych w Grodzisku, denerwował się Pan przed meczem z Amiką?
Radostin Stanew: Tak. Czułem się niezręcznie, sytuacja nie była za ciekawa. W meczu z Groclinem popełniłem błąd, przeze mnie straciliśmy bramkę. Błędów nie popełniają jednak tylko ci, co siedzą na ławce rezerwowych i trybunach. Piłkarzom się zdarza. Ale ja wiedziałem, że we Wronkach nie mogę pozwolić sobie na moment słabości.
- Jak Pan oceni swój występ?
- Pozytywnie. Przy bramce nie miałem żadnym szans. Dżikija strzelał z bliska, jeden z kolegów go nie upilnował. Uderzenie było mocne, piłka jeszcze odbiła się od mokrej trawy i wpadła do bramki. Później miałem chyba jeszcze dwa groźne strzały. Poza tym nie napracowałem się wiele. Powinniśmy to spotkanie wygrać.
- W środę mecz w Barcelonie.
- Mamy szansę przejść do historii. Szukamy optymalnej formy i dziś było już lepiej niż w meczu z Vardarem. Wiem, że jeden zawodnik Barcelony jest więcej wart niż cała Legia, ale co zrobić? Nie chcemy, żeby powtórzyła się sytuacja z ubiegłego roku, z Valencii. Ja wtedy akurat podpisałem kontrakt z Legią, mecz oglądałem w telewizji. Nie wyglądało to dobrze, mam nadzieję, że teraz będzie lepiej, że nie stracimy sześciu goli.
- Ile, w dotychczasowej karierze, bramek puścił Pan najwięcej w jednym meczu?
- Pięć. Oj, ale wstydu się najadłem. To były derby Sofii Lewski - CSKA w 1998 roku. 50 tysięcy na trybunach, najważniejsze wydarzenie dla kibiców w stolicy Bułgarii. Ja w bramce Lewskiego i... aż pięć puszczonych bramek. Zapamiętam na całe życie. Mam nadzieję, że takich wspomnień nie będę miał z Barcelony.
Rozmawiał Robert Błoński