Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Felieton

Fanatycy ognia

poniedziałek, 28 października 2002 12:00
Genezyp Kapen

Wygraliśmy prestiżowy i tak tęsknie wyczekiwany mecz z Widzewem. Jeśli dobrze pamiętam, historyczny stan rywalizacji w meczach ligowych z łodzianami został wyrównany. Stanko Svitlica pokazał, że jest napastnikiem z prawdziwego zdarzenia, Legia, że jest na prostej do obrony tytułu... Tylko czy kogoś to jeszcze obchodzi?


Wiadomo, że w naszym futbolu nie chodzi o trofea i wyniki, tylko o flagi. A flagi mogą być różne. Kolorowe lub z napisami. Na drzewcach, płotowe lub sektorowe. Za pomocą takiej flagi można ogłosić coś światu – np. „Fuck Polska” albo wpisać cytacik z Marksa. Można ogłosić swoje przywiązanie do idei ludobójstwa, antysemityzmu, rasizmu albo do klubu piłkarskiego. Flagę można ukraść, zrabować lub podrzeć albo spalić. Można ją też rozwinąć nad głowami. W średniowieczu na przykład utrata flagi tzw. chorągwi wiązała się z hańbą. Zdobycie chorągwi ze sławą. Pod takim Grunwaldem na przykład Krzyżacy zdobyli wielką chorągiew króla polskiego Władysława z białym orłem i tak się upoili spływająca na nich sławą, że... przegrali bitwę i stracili większość swoich flag. W średniowieczu chorągiew była to sprawa pierwszorzędna. Szczególnie da pewnych uprzywilejowanych kręgów. Średnia długość życia natomiast była znacznie krótsza niż obecnie.


Może trudno w to uwierzyć, ale od tamtego czasu w wielu miejscach na świecie znaczenie flagi straciło na wartości. Są jednak i takie miejsca, w których średniowiecze trzyma się nad wyraz dobrze. Z tą drobną modyfikacją, że o flagi nie walczą już osobnicy pokroju szlachetnych rycerzy zakutych w zbroje, tylko raczej tacy pokroju chłopów pańszczyźnianych, wyposażonych w zakute łby. Raczej niepiśmienni lub słabo piśmienni, o czym być może będzie można się przekonać w komentarzach. Za to dobrze umięśnieni. Wszak ciężka praca mięśni czyni wolnym.


Wolnoć Tomku w swoim domku


Piewcy tradycji średniowiecznej wbili w swoje głowy różne zasady egzystencji stadionowej. Jako hańbę traktują obecność obcych zakutych łbów biegających po terenie ICH stadionu. Aż dziw, że tolerują obecność na ICH boisku piłkarzy przyjezdnej drużyny. Wszak to dyshonor nie do zniesienia. Panowie, przez 90 co najmniej minut obcy zasuwają po waszej trawie. A wy za tym płotem na to pozwalacie? Może czas zacząć bronić trawy w sposób bardziej aktywny? Płótno, trawa... „bo nieważne czyje co je, ważne to je, co je moje”.

Tu należałoby rozważyć zakres znaczeniowy słowa obrona. Mam wrażenie, że jej definicja dość się ostatnio rozszerzyła. Nie wiem, czy Państwo zdajecie sobie sprawę, że podstawowym elementem defensywnym podczas np. obrony flag jest rozwalanie reklam na stadionie, dekonstrukcja parkanu grubo po zasadniczej akcji defensywnej, a na boisku obijanie fotoreporterów oraz zabawa w berka z Policją. Ten ostatni element przerabiano ostatnio także w sejmie, więc tu dziwię się jakby mniej... Podpowiem, że pełnowartościowa obrona – jak prawi Sienkiewicz - powinna mieć element zagwożdżenia jakiejś wrogiej armaty. Można np. spróbować zagwoździć trąbę lub bęben przyjezdnym.


Intelekt stróża


Żeby można było bawić się w obronę, ktoś najpierw musi zaatakować. Najlepiej wróg. Gdy wróg nie kwapi się z atakiem, trzeba go sprowokować. Jak dowodzi powyższy wywód, skutecznym wabikiem na wroga jest flaga. Zdobyczna jakaś lub jakaś z cytacikiem... Sprowokowany wróg musi przedrzeć się przez kordon ochrony i dwa kordony Policji, co okazuje się dziecinnie proste, zważywszy, że w wyżej wymienionych służą faceci o wyobraźni kubka do kawy. Zanim owi funkcjonariusze zorientują się, po co w ogóle tkwią w tym dziwnym miejscu wypełnionym hałaśliwym i rozbieganym tłumem, dotrze do nich, kogo mają łapać i czy w ogóle łapać, oraz w jaki sposób... mijają wieki. Nie wiedzą zresztą po co łapać, bo co można zrobić ze złapanymi? Tego nikt im nie powiedział. Stoją zatem w kupie i powietrze zabierają.

Jak dowódca stróżów ma wyobraźnię kubka do kawy, ale bez ucha, to przynajmniej wyda rozkaz postrzelania gumowymi pociskami do tłumu. Na meczu Legia-Widzew dowódcy mieścili się w standardach kubków i do strzelania nie doszło. Doszło do scen komicznych, kiedy to dwie kompanie stróżów nie tylko nie mogły czemukolwiek zapobiec zawczasu, ale i później nijak nie mogły załatać dwóch dziur w płocie. Kiedy w najlepiej strzeżonym miejscu w mieście dochodziło do seryjnych przejawów łamania prawa, kradzieży, rozbojów, aktów wandalizmu i samosądów, służbom wydawało się, że to pewnie film kręcą. Zapewne ze względu na obecność kamer TV. Aresztowały armię chuliganów w liczbie bodaj trzech osób, które zaraz wypuszczą z braku dowodów, ze względu na niską szkodliwość społeczną itp.


Gość w dom, Bóg w dom

Teraz czas na tradycyjne debaty pt. Czy nam zamkną stadion? Pewnie tak, bo Polacy mają zamiłowanie do przedsiębrania najgłupszych z możliwych i najmniej skutecznych metod prewencyjnych. Który to już raz ten stadion zamykają? I efekty każdego zamknięcia są za każdym razem takie same. Czyli do następnego razu. Wszak otwierają go dla wszystkich, bez wyjątku, gdzieżby tam kogoś złapać ukarać i nie wpuścić. Zgodnie z konsekwencją filozofii Wydziału Dyscypliny PZPN, należałoby zamknąć wszystkie stadiony, bo nie są w stanie odeprzeć ataku hordy zamaskowanych imbecyli z zacięciem ślusarskim, ligę w ogóle, bo zrzesza niezdolne do powstrzymania dziczy kluby, a potem sam związek, bo niby kogo ma wiązać? Bo bez wyjątku nic w tym kraju nie działa. Nie można liczyć na sprawne działanie Policji i służb porządkowych, choćby stacjonowały na stadionie w sile batalionu. Psu na budę okazuje się monitoring, skoro taśmy nagraniowe nie nadają się nawet jako materiał poglądowy dla adeptów łódzkiej Filmówki. Aresztowania kogokolwiek podczas awantury graniczy z zamachem na wolności konstytucyjne, łamanie prawa jest jedyną odpowiedzią na łamanie prawa.

Skoro twierdzimy, że na rozwiązania brytyjskie nie mamy pieniędzy, ogłaszamy światu własną pełną bezradność. A jest to mit parszywy jedynie, bo monitoring już założony i nie kosztuje, są i Policja i więzienia, na które jeszcze, mam wrażenie, nas stać. Jedynie egzekwowanie zakazu stadionowego jest mało realne, bo nie mamy ani jednego prawdziwego stadionu i ani jednej skomputeryzowanej międzyklubowej bazy danych zakutych łbów. Co nie znaczy, że nie można zatrzymać rozrabiaczy na gorącym uczynku i że nie można wlepić im kar za dokonane zniszczenia. Najłatwiej jednak ogłosić, że brakuje nam kilkudziesięciu milionów funtów, żeby w ogóle spróbować coś zrobić, a bez kasy to nam się nie chce. Najlepiej wychodzi zamykanie stadionów. Prosta kłóda, paru zomowców i po sprawie. Proponuję zamknąć jeszcze kilka tysięcy osiedli, kilkaset ulic w każdym mieście, a żeby nie rozdrabniać się z inicjatywami, na które zawsze będzie brakowało pieniędzy, problemami, które pozostają od lat nie-do-rozwiązania, proponuję zamknąć ten kraj wraz z nieudacznikami, którzy udają, że nim rządzą. Tak oto kilka tysięcy osiedlowych głupków w skali miast pierwszoligowych jest w stanie sparaliżować każde masowe przedsięwzięcie.


Liga wali się i liga pali się


Margaret Thatcher, premier Wielkiej Brytanii w latach osiemdziesiątych, wobec analogicznych wydarzeń na stadionach angielskich dała proste ultimatum: albo problem chuligaństwa zniknie w ciągu trzech miesięcy ze stadionów, albo likwiduję ligę. Ligę, która istniała od ponad stu lat i w tradycji brytyjskiej była zawsze. I problem zniknął! U nas nie ma ani takich tradycji, ani takich pieniędzy, ani niestety nikogo na miarę Margaret Thatcher. I długo nie będzie. A liga ledwie zipie, bo jak dotychczas większość firm, które w nią inwestowały pieniążki - umoczyły. W ostatnich dniach przestał istnieć klub Hutnik Kraków – zbankrutował ponoć. I wytworzył się znakomity klimat, by był to początek serii. Powtórzę kwestię z poprzedniego felietonu: gdzie wtedy okryci mołojecką sławą fighterzy flagowi powieszą swoje płótna, za które tak bez opamiętania kochają walczyć?

Podaj ten news dalej: