Kibice Widzewa zapłacili za pociąg, który miał ich dowieźć do Warszawy. Niby
nic dziwnego, skoro tego samego wyczynu dokonują codziennie setki ich
ziomków wsiadając rano w "Telimenę". Za pociąg zapłacili, a jakże, ich
druhowie z... Warszawy. Kiedy nastał czas odjazdu a na peronie tzw.
fabryki pojawiło się 1,5 tysiąca fanów, zaskoczone PKP rozpoczęło
poszukiwania składu, który gdzieś wcześniej był, ale się zawieruszył.
Szczęściem się odnalazł. Nie przypominał co prawda "Telimeny", ba, trudno go
było nazwać pociągiem osobowym, był dziwnie krótki i ogólnie nie sprawiał
wrażenia, że gdzieś kiedyś w życiu dojechał, ale przynajmniej dawał nadzieję
(miał dwa rzędy kół i podłogę!). Po chwili rzeczywiście ruszył, czym mile
zaskoczył podróżnych. Za chwilę szacunek zamienił się w podziw, bo okazało
się, że ambitna ciuchcia wyznaczyła sobie zadanie zwiedzenia jak największej
ilości miast po drodze, w tym Zgierza, który zwykle nie bywa na trasie
przejazdu do Warszawy. "Cóż, jej wola" - rzekli podróżni modląc się, żeby
drzwi jak najdłużej pozostały zamknięte, bo w przeciwnym wypadku połowa
fanów zamiast w stolicy, znalazłaby się na grzybkach w podłowickich lasach.
Drzwi niestety otworzyły się w Skierniewicach, co wywołało popłoch na tyle
duży, że zirytowana ciuchcia ruszyła nie pytając o zdanie podróżnych. Część
z nich miała kłopoty z powrotem na pokład, w związku z czym ciuchcię zmuszono do postoju. Błąd. Ciuchcia stanęła, owszem, ale ruszyć nie chciała.
Zaparła się i już. "Jestem tak zbudowana, że dowolna ilość ludzi może za mną
biec" - pomyślała ciuchcia. "Kibic Legii" - pomyśleli o niej fani.
Zapamiętajmy to, bo wkrótce to ją uczynią jedną z odpowiedzialnych za
dramat, który nastąpi.
Pociąg dojechał w sam raz, kiedy zaczynał się mecz. Na trybunach Żylety
kibice Legii prezentowali właśnie swój napis "Witamy w piekle", co jeszcze
bardziej zdenerwowało Widzewiaków. Skąd wiedzieli, skoro przebywali w tym
czasie w pociągu? Ano... wiedzieli. I bardzo im się to nie spodobało, bo to
naród pobożny i w piątki poszczący. Ich gniew wzrósł jeszcze bardziej, kiedy
okazało się, że Warszawa ma to do siebie, że bezpośrednio z dworca wychodzi
się nie na stadion, ale na... ulicę. W Łodzi na przykład Kaliska jest
oświetlana przez jupitery ŁKS-u, a Niciarka przez maszty Widzewa. Tak jest
sprawiedliwie, a w dodatku oszczędniej. Sprawdziło się więc, że Warszawka
jest bogatsza, skoro może sobie pozwolić, żeby stadion stał dwa kilometry od
torów. Te dwa kilometry fani pokonali na tyle sprawnie, że w przerwie
przywitali się z legijnymi kaczkami znad kanałku. A że zwyczaje w Polsce są
takie, że żeby wejść na sektor gości, trzeba na to zasłużyć, a przynajmniej
swoje odstać, szybko się z kaczkami zaprzyjaźnili. To one doniosły po
pierwsze, że Legia prowadzi, a po drugie i ważniejsze - że na płocie Żylety
pojawił się złowrogi napis. Tego było już za wiele, więc kiedy tylko
pierwsze zastępy fanów przedarły się przez szpaler Policji, natychmiast
przystąpiły do remontu płotu od strony boiska. Godzi się nadmienić, że chęć
wejścia kibiców Widzewa na trybunę wywołała spore zdziwienie nie tylko
Policji (co jeszcze można zrozumieć), ale i ochrony, która myślała dotąd, że
mecz ogląda się zza nasypu. "Na nasypie, czy za nasypem - i tak tyle samo
widać" - zbagatelizował problem funkcjonariusz, ale w końcu uległ i Widzewiaków wpuścił. Szybko, sprawnie, ostatni załapał się nawet na
dwadzieścia minut meczu.
Jako że mecz trwa minut dziewięćdziesiąt, część fanów postanowiła go na
swoje potrzeby przedłużyć. Nie po to tłukli się ciuchcią - złośliwą suką
przez Zgierz i Łowicz, nie po to mało nie powpadali w gości do kaczek, nie
po to wreszcie śmiały się do nich flagi Sochaczewa z trybun Żylety, żeby tak
zaraz ruszać d... i wracać. Co to, to nie! Nie tym bardziej, że przecież
mieli plan. Trochę pomachali balonami, poszpanowali flagami (część z nich
tak spodobała się ochronie, że wzięła je sobie na pamiątkę), aż w końcu
wyjęli race i fru przed siebie. Zrobiło się pusto na tyle, że można było
rozegrać bieg na sto metrów przynajmniej. Do biegu, gotowi, start! Co dalej?
Pandemonium. Część pobiegła w lewo, część w prawo, część wróciła gracko,
część na czworakach, kilku ruchem węża. Zrobili to tak ekspresyjnie, że po
chwili na opustoszałym boisku gospodarze rozpoczęli maraton. Nie, nie trwał
2.40, bo już w piętnastej minucie piłkarze powiedzieli, że to oni tu
biegają, więc won na trybuny. "Ta polewaczka też? A ci pancerni?" - zapytali
zazdrośni fani, ale na trybuny wrócili.
Wówczas do pracy przystąpili mędrcy. "Legia zostanie ukarana." - powiedział
najważniejszy. "To przeca oni zaczęli!" - krzyknęła Legia. "Wcale nie, to
ciuchcia i kaczki!" - odpowiedział Widzew, który wrócił już w domowe
pielesze. "Zamykamy stadiony! Obydwa!" - stwierdzili mędrcy. "To nic nie
da!" - zagrzmiał zgodny chór. "Wiemy, ale coś musimy zrobić!" - wrzasnęli
mędrcy. "Napiszcie list do Pana Boga!" - poradził ktoś rozsądny. "To
ciuchcia i kaczki!" - dodał Widzew. "No dobrze, a ta ciuchcia, ochrona,
piekło, arbeit, maraton?" - zapytał chór. "A k..., dajcie wy nam święty
spokój, przecież zamknęliśmy stadiony, co jeszcze możemy zrobić?" -
odpowiedzieli mędrcy i poszli na obiad. Nagle wrócili: "Nie jedziecie do
Poznania, ot co!"
Felieton
Przypowieść o ciuchci
wtorek, 29 października 2002 02:38
marmar