Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Gdyby nie Kubicki...

czwartek, 14 listopada 2002 15:23
Paweł Woźniakźródło: Przegląd Sportowy

Od tamtych wydarzeń upłynęło pięć lat. Jesienią 1997 roku młodziutki piłkarz Zagłębia Lubin - Paweł Woźniak - został pobity w klubowej szatni przez kolegę z drużyny - Radosława Kałużnego. Najpierw sprawa nabrała rozgłosu na Dolnym Śląsku, po kilku tygodniach, gdy Paweł przeniósł się do stołecznej Legii, wiedział o niej cały kraj. Młodzian zdecydował się mówić. Udzielił naszej gazecie długiego wywiadu, w którym przedstawił szczegóły konfliktu z reprezentantem Polski. Złamał zasadę milczenia, która mówi, że z piłkarskiej szatni (jak z więziennej celi) nie może wyjść żadna informacja. Wyszła - i to nie jedna. Kałużny wpadł w poważne tarapaty. Tylko dlatego, że przeprosił Pawła, Wydział Dyscypliny PZPN wymierzył Kałużnemu karę dyskwalifikacji w zawieszeniu, a Paweł zrezygnował z wysłania skargi do prokuratury, choć dysponował stosowną obdukcją lekarską.

Przedpołudnie, Dworzec Główny we Wrocławiu. Do spacerującego przy kasach wysłannika naszej gazety podchodzi młody człowiek: - Dzień dobry. Jestem Paweł Woźniak - uśmiecha się. Ma nadal chłopięcą twarz, ale jest wyższy niż przed pięciu laty, no i zdecydowanie bardziej masywny. Idziemy w stronę Rynku Głównego, jest ciepło, a Wrocław zalany słońcem. Paweł opowiada: - Teraz jestem piłkarzem Śląska Wrocław i jest mi wspaniale, przecież to mój region. Jeszcze żeby klub płacił, byłoby jak w niebie - marzy głośno. Siadamy w ogródku jednej z licznych kawiarń w Rynku.


- Jak wspominasz wydarzenia sprzed pięciu lat?

Paweł Woźniak: To był koszmar, ale gdybym dziś został podobnie potraktowany przez kogoś, jak wtedy przez Kałużnego, postąpiłbym identycznie.


- To znaczy?

- Nie uciekałbym, nie prosił o litość.


- A... kapowałbyś?

- Do dziś twierdzę, że jeśli coś bardzo złego dzieje się w szatni, jeśli komuś czyni się autentyczną krzywdę, to zasada milczenia nie obowiązuje. To nie jest kapowanie.


- Co to znaczy autentyczna krzywda?

- To wtedy, gdy zagrożone jest zdrowie i życie.


- A było?

- Zdrowie - na pewno. Poza tym przecież wtedy Kałużny zaatakował również moich rodziców, a to się nie działo w piłkarskiej szatni.


- Potem przeniosłeś się do Legii.

- Sprawa z Kałużnym przyspieszyła ten transfer. I nie muszę chyba mówić, jak wtedy byłem szczęśliwy, że znalazłem się w Legii. Po pierwsze - otwierała się przede mną szansa wspaniałej kariery, po drugie - uwolniłem się od mojego prześladowcy i po trzecie - Legia dała wtedy za mnie około 300 tysięcy złotych, co mnie bardzo podniosło na duchu.


- Kapuś w Legii...

- Jaki kapuś?! Nikt mnie tak na Łazienkowskiej nie potraktował, wprost przeciwnie. Gdy w u was ukazał się wywiad ze mną dotyczący tej sprawy, koledzy przyznawali mi rację. Również warszawska publiczność wzięła moją stronę, skandując podczas meczu moje nazwisko, co mnie strasznie ucieszyło. Kiedy przyszedłem na Łazienkowską, znałem tylko Jacka Kazimierskiego, który prowadził bramkarzy w kadrze olimpijskiej, ale szybko się wkomponowałem.


- Idylla trwała krótko.

- Tak, bowiem Legia postanowiła ściągnąć na Łazienkowską... Kałużnego.


- Co wtedy czułeś?

- Nadrabiałem miną, ale czułem się nieswojo. Wiedziałem, że w Legii on już nie będzie numerem jeden, lecz ja byłem jeszcze niżej.


- I podobno mocno iskrzyło na linii "starszyzna" Legii - Woźniak.

- Trochę iskrzyło. Szczególnie po mojej kontuzji. Już miałem wrócić do gry, gdy dwóch ze starszyzny (Grzegorz Szamotulski i Piotr Mosór - przyp. red.) poszli poskarżyć się na mnie prezesom.


- Na co się skarżyli?

- Że jestem... niepokorny.


- Co to oznacza?

- Że nie słucham starszyzny.


- Czy tak rzeczywiście było?

- Zależy z kim. Na przykład zawsze słuchałem Jacka Zielińskiego i Romana Koseckiego, bowiem to dojrzali, rozsądni i bardzo przyjaźni ludzie.


- A kto nie był dojrzały, rozsądny i przyjazny?

- Na to pytanie nie odpowiem. Za to dodam, że moje odsunięcie od pierwszej drużyny odbiło się wtedy również na Tomku Jarzębowskim, ponieważ był moim kumplem.


- I to wszystko była w stanie załatwić klubowa starszyzna?

- Mogła, bowiem miała bardzo silnego poplecznika.


- Kogo?

- ... Trenera drugiej drużyny, Dariusza Kubickiego, który z pełną premedytacją blokował mi miejsce w rezerwach.


- Dlaczego?

- Bo trzymał ze starszyzną. Doktor Machowski i kierownik pierwszej drużyny, Ireneusz Zawadzki obiecali, że pomogą mi po kontuzji powrócić do pierwszego składu. I dotrzymaliby słowa, gdyby nie pan Kubicki. On nie dał mi pograć w rezerwach, a tylko tą drogą mogłem powrócić. "Jechaliśmy" ze sobą strasznie. To był konflikt!


- Daliście sobie po razie?

- No aż tak to nie, ale męskie słowa były na porządku dziennym. I wtedy nadeszła propozycja z Austrii. Zainteresował się mną drugoligowy klub austriacki, SV Pasching. Decyzja mogła być jedna - jadę! Kiedy na Łazienkowskiej pakowałem swoje torby, podszedł do mnie... trener Kubicki, wyciągnął do mnie rękę, uścisnął dłoń i rzekł: - "Zgoda między nami. Jesteś porządnym zawodnikiem, bo przed nikim nie pękasz". Tak więc w Legii nie zrobiłem kariery - przyszła kontuzja, roczna przerwa, a potem konflikty. Przyznam, że nie o wszystkich tu wspomniałem. Najkrócej mówiąc - gdybym był pokorny, zostałbym w Legii. Ale nie martwiłem się - Austria stała przede mną otworem! Jednak jej nie podbiłem. Przeniosłem się do Płocka, do Orlenu.


- Czy mówi ci coś nazwisko Woroniecki?

- Oczywiście. To mój kolega z Orlenu, miałem z nim w Płocku niezłą bójkę!


- Co się wydarzyło?

- Graliśmy ligowy mecz z Górnikiem Łęczna, prowadziliśmy 1:0, było dobrze. W pewnej chwili któryś z kolegów wybił piłkę z autu do mnie, łęcznianin kopnął mnie w nogę i piłka mi odskoczyła. Krzyknąłem: "Faul"! A Woroniecki na to: "Jaki tam faul, k... a? Zap...laj!". No to mu stosownie odpowiedziałem, a on mi grozi: "Zaraz ci wp...olę", a ja, że czekam na to, bo też mu mam chęć dołożyć i obaj, jak koguty, walnęliśmy się głowami.


- Tylko tyle?

- Dokończyliśmy w przerwie w szatni. W pewnej chwili trzymała mnie cała drużyna i trener, bo się poważnie zdenerwowałem. A potem poszliśmy z Woronieckim... na piwo i do dziś jesteśmy kolegami. Ten incydent nas zbliżył.


- Ale dla innych miał poważne konsekwencje.

- Zgadza się. Mecz z Łęczną ostatecznie przegraliśmy 1:2 i nowy prezes klubu, Krzysztof Dmoszyński stwierdził, że główną przyczyną tej porażki był brak dyscypliny wśród zawodników, że trenerzy Wojno i Kubot nad nami nie panują i że tak być nie może. W rzeczywistości prezes Dmoszyński już wcześniej chciał się pozbyć z klubu nie swoich ludzi i wprowadzić "swojaka" - Broniszewskiego. Mój incydent z Woronieckim dał mu do tego znakomity pretekst. Przecież w szesnastu meczach pod ręką Wojny, przegraliśmy tylko raz, właśnie z Łęczną. To zwolnienie trenerom się nie należało. Prezes Dmoszyński zagrał perfidnie.


- Ale przyznasz, że to nie jest normalne, gdy dwóch piłkarzy z jednej drużyny daje sobie podczas meczu po razie?

- Oczywiście, ale gdyby prezesem był ktoś inny, nie doszłoby do takiej rewolucji. Zostalibyśmy z Woronieckim ukarani finansowo i tyle. Zresztą, jasna sprawa, i ta dolegliwość nas nie ominęła. Dostaliśmy po pięć tysięcy i dwa miesiące zawieszenia. Bardzo chciałem grać w Orlenie, ale tak mi się tam sprawy pokręciły, że musiałem Płock opuścić. Wie coś na ten temat mój największy przyjaciel z Legii, Bartosz Karwan. Po aferze z Woronieckim spotkał się kiedyś z prezesem Dmoszyńskim i zapytał, dlaczego nie gram w pierwszej drużynie i marnuję się w rezerwach. Prezes skoczył na niego i krzyczał, żeby dał spokój. Na to Bartek, że powinny liczyć się tylko umiejętności, a prezes, że ja już swoją szansę powrotu do pierwszej drużyny dostałem. Dodam, że było to... 30 minut w meczu z Polarem Wrocław. Śmiech na sali, nic więcej.


- Miałeś zaklepane miejsce w Ceramice Opoczno, a wylądowałeś w Śląsku. Dlaczego?

- Długo zastanawiałem się - Ceramika czy Śląsk? Trener Łaski chciał mnie w Opocznie i mocno mnie przekonywał, ale któregoś dnia zadzwonił do niego znajomy i powiedział, że jestem taki i owaki i żeby mnie nie brał.


- A jaki jesteś?

- Na pewno nie taki i owaki. We wszystkich klubach starałem się być ostrożny. Uważałem na siebie, na swoje zachowanie, ponieważ już w dzieciństwie zaliczyłem sporo bójek w piaskownicach o grabki i w ogóle lubiłem rządzić. Już dawno nie jestem dzieckiem, ale pozostała mi jedna cecha - jeśli ktoś ma wobec mnie złe zamiary, ja nie chowam głowy w piasek i staję, jak na mężczyznę przystało.


- Autoreklama.

- Tak? To przedstawię opinię kogoś innego. Bartek Karwan przekazał mi, że menedżer Jarosław Kołakowski powiedział o mnie, że jestem za inteligentny, za dużo widzę, a w dodatku za często głośno to oceniam i gadam o tym. I że te cechy mogą mi w życiu bardzo zaszkodzić.


- I szkodzą?

- Jak widać, mój życiorys nie jest banalny.


- W Śląsku też?

- Tu jestem już w innej sytuacji. Należę do starszyzny drużyny, mam 24 mecze w pierwszej lidze. Wraz z Rafałem Naskrętem, Piotrem Jawnym, Tomaszem Gruszką i Markiem Kowalczykiem staramy się trzymać za wszystkie sznurki, ale w pozytywnym znaczeniu. Szatnia rządzi się swoimi prawami.


- A jeśli jakiś młody będzie niepokorny i dojdzie do zagrożenia jego zdrowia lub życia?

- Przy nas nie dojdzie, dobrze rządzimy.


- Załóżmy teoretycznie. Wyjdzie to z szatni? Będziesz miał odwagę złamać zmowę milczenia?

- Będę miał odwagę.


Rozmawiał Dariusz Stolarczyk

Podaj ten news dalej: