Czekali w zeszłym sezonie, czekali w czasie przygotowań do obecnego, czekali do 20 listopada. Kto ma tyle cierpliwości? Koszykarze Legii, którzy jak prawdziwi amatorzy, grają za darmo. - Czekamy jeszcze do końca tygodnia - mówi jeden z nich, Wojciech Żurawski. - Potem ta drużyna przestanie istnieć.
O kłopotach koszykarskiej sekcji Legii pisaliśmy już wielokrotnie. Trener Jacek Gembal na każdej pomeczowej konferencji prasowej podkreślał wspaniałą postawę zawodników, którzy, choć rachunki za utrzymanie zaczynały się niebezpiecznie piętrzyć, grali zupełnie przyzwoicie. Kłopoty miały się skończyć 20 listopada, gdy pierwszą ratę kontraktu mieli wpłacić sponsorzy. Pieniędzy jednak nikt nie widział, na ten temat, podobnie jak w czeskiej komedii, "nikt nic nie wie", tylko że tutaj nikomu nie jest do śmiechu.
Umowę ze sponsorami podpisywał poprzedni prezes koszykarskiej sekcji Legii, Włodzimierz Całka. Prezesem jednak już nie jest - po wyborach samorządowych zamienił zapuszczone pomieszczenia w hali przy ul. Obrońców Tobruku na pokój w ratuszu gminy Bemowo. Nowym prezesem został znany z działalności w piłce nożnej, Andrzej Szymański, ale do dzisiaj trudno powiedzieć coś o jego poczynaniach. W klubie nie można go zastać, zawodnicy też nie mogą się z nim skontaktować. - Z różnych źródeł dowiadujemy się, że prezes próbuje znaleźć pieniądze - opowiada jeden z najlepszych zawodników Legii, Wojciech Żurawski. - Byliśmy w środę u dyrektora klubu CWKS Legia, generała Lecha Święcickiego. Obiecał, że postara się nam pomóc.
Lech Święcicki przyznaje, że sytuacja w sekcji jest dramatyczna. Klub, który poza koszykarzami opiekuje się jeszcze 13 sekcjami, nie ma funduszy na utrzymanie kosztownej drużyny. - Nasze sekcje otrzymały dużą autonomię, która jak widać, nie zawsze jest dobra dla klubu - komentuje Święcicki. - Na razie nie potrafię panu powiedzieć, co się zdarzy. Z zawodnikami spotkam się znów w czwartek rano. Nie dopuszczam jednak do siebie myśli, że dojdzie do najgorszego wariantu, czyli rozwiązania mającej wspaniałe tradycje drużyny.
Jeśli jednak pieniądze się nie pojawią, trudno wyobrazić sobie inny scenariusz. Rozpuszczenie koszykarzy na cztery wiatry i przystąpienie do rozgrywek z zespołem złożonym z juniorów, ewentualnie wzmocnionych kilkoma przeciętnymi i tanimi zawodnikami z Litwy czy Białorusi, który szybko pożegnałby się z ekstraklasą, to też żadne rozwiązanie.
Koszykarzom pozostały tylko resztki nadziei. Codziennie rano zbierają się w hali, ale o poważnym trenowaniu nie może być mowy. - Każdy robi to, co mu serce dyktuje - mówi Żurawski. - Jeden trochę porzuca, inny potrenuje na siłowni.
Trenerzy Legii też pojawiają się na tych niby-treningach. Ich sytuacja również jest nie do pozazdroszczenia. - Zaufaliśmy trenerom, gdyby nie Jacek Gembal i Robert Chabelski, Legia w ogóle nie przystąpiłaby do rozgrywek - przyznaje Żurawski. - Teraz okazało się, że karmili nas bajkami, ale oni też zaufali komuś, kto to bezczelnie wykorzystał.
Zawodnicy wykazali nie tylko wielkie zaufanie, ale wręcz przywiązanie do drużyny. Wielu z nich miało propozycje przejścia do konkurencji, odmawiali, licząc, że pieniądze w końcu się znajdą. Teraz najbardziej zdesperowani, mający największe długi, na gwałt poszukują pracodawców w pierwszej lidze. Szanse na angaż w PLK są znikome, kluby ekstraklasy, które miały ochotę na podpisanie umów z kilkoma legionistami (spekulowano o przejściu Łukasza Kwiatkowskiego i Żurawskiego do Pruszkowa, Andriej Sinielnikow miał trafić do Noteci, Wojciechem Majchrzakiem zainteresowany jest podobno Gipsar Stal Ostrów), kończą kompletowanie składów, bo skończyła się trzytygodniowa przerwa na mecze reprezentacji. - My wciąż chcemy tu grać - deklaruje Żurawski. - Ale czy chce tego ktoś jeszcze?
Barwy Legii to czerwień, zieleń, biel i czerń. Na fladze koszykarzy został tylko ten ostatni kolor.