- Ma pan 27 lat i grał już w dziewięciu klubach. Czyja to wina, że nigdzie nie może zagrzać pan miejsca?
Mariusz Piekarski: Moja. Nie lubię monotonii. Roczek, dwa gdzieś posiedzę i od razu wypad. Lubię, jak się coś dzieje.
- Zmienia pan jednak kluby na coraz gorsze. Przecież grał pan już nawet w słynnym Flamengo Rio de Janeiro, razem z Romario.
- To było dawno. Starzeję się.
- Finansowo też spuszcza pan z tonu?
- Tu akurat trzymam fason.
- Wystarczy panu do końca życia?
- Pewnie. Mam dom, samochody, rodzinę. W przyszłości będę menedżerem piłkarskim.
- Zna się pan na tym?
- Przecież mój transfer z Brazylii do Bastii sam przeprowadziłem, bo nikt nie znał portugalskiego. I jeszcze jaką cenę za siebie wytargowałem! Dwa miliony dolców. Nigdy wcześniej, ani później za nikogo tyle nie dali.
- W Legii było już gorzej.
- Dostawałem jakieś frytki. Musiałem dokładać z tego, co zarobiłem we Francji. Z pensji właściwie starczało mi tylko na opłatę za mieszkanie.
- To chyba nie tajemnica, że żyje pan jednak szeroko.
- Bo lubię życie. Jestem zamożny. Jak wchodzę do sklepu, to nie patrzę, ile kosztują jajka. Nie mam zamiaru jeździć dużym Fiatem żeby wszyscy mnie lubili. Dlaczego mam się wstydzić? Przecież ja nie ukradłem tych pieniędzy, tylko je zarobiłem. Kiedy grałem w Polonii Gdańsk, czasami jednego dnia przepuszczałem kasę i zdarzało się, że później nie miałem co jeść. Ale wtedy też nie narzekałem.
- W Legii zaczęto mówić, że jest pan leniem.
- (śmiech) Chyba śpiochem. Przecież zaspałem, kiedy miałem podpisać kontrakt. Ale poczekali na mnie. Nie jestem leniem. Mnie rajcuje gra w piłkę. Poważnie. Zresztą nie umiem nic innego.
- Nie wstyd panu, że największy talent polskiego futbolu przegrał rywalizację w Legii z młodym Jugosłowianinem Vukoviciem?
- Byłem zły na siebie. I do tej pory nie uważam, że przegrałem rywalizację. Trener Okuka postawił na swojego rodaka. Choć muszę przyznać, że Vuko później grał bardzo dobrze. W Legii prześladował mnie też pech. Ciągle coś mnie bolało, strzelało, strzykało. Poza tym głupio zrobiłem, że podczas okresu przygotowawczego pojechałem do Chin na rekonesans.
- Zanosiło się, że przynajmniej na Cyprze będzie pan gwiazdą.
- Miałem wejście smoka. W pucharowym meczu strzeliłem gola. Awansowaliśmy z Anorthosis po raz pierwszy w historii do drugiej rundy Pucharu UEFA, eliminując Iraklis Saloniki. W meczu z Luksemburczykami jakiś listonosz wszedł mi korkami na nogę i trzy miesiące grałem na zastrzykach. Męczyłem się, ale grałem. Lekarze, zamiast mnie leczyć, ciągle podłączali do... prądu. To jakieś średniowiecze. Właściwie wszystko szło jednak dobrze, ale nagle zaczął mieszać Edek.
- Trener Edward Lorens?
- Właśnie. Działacze Anorthosis przed jego zatrudnieniem zapytali mnie: "Mario, czy to jest dobry trener?". "Bardzo dobry" - odparłem. Razem z Radkiem Michalskim, Wojtkiem Kowalczykiem i Sławomirem Majakiem wystawiliśmy mu świetne referencje. Liczyliśmy, że rodak będzie się zachowywał jak człowiek.
- No i co?
- Pomyliliśmy się haniebnie. Okazał się koniem trojańskim. Edek zaczął nas po kolei wyrzucać. Najpierw "Kowala", później "Majakisa", na końcu mnie. Na miejsce Polaków ściąga teraz Gruzinów. Nie wiem, może ma jakieś gruzińskie korzenie.
- A może zwyczajnie uważał, że się nie nadajecie do jego drużyny?
- To byłbym w stanie zrozumieć. Mógł przyjść i powiedzieć. Ale nie zrobił tego. Trener piłki nożnej męskiej powinien mieć jaja. A jak ich nie ma, może zająć się futbolem kobiecym. Edek nie ma jaj. Ale na początku usprawiedliwiałem go. Wiadomo, człowiek pierwszy raz za granicą (śmiech).
- Lorens twierdzi, że nie maczał palców w waszych zwolnieniach.
- Bredzi. Nikt nie zwalnia zawodników bez konsultacji z trenerem.
- Co panu powiedział przed wyrzuceniem?
- Spotkałem go przed domem i chwilę pogadaliśmy. Mówił, że nic nie wie i jedzie do klubu wyjaśnić sprawę. No i więcej go nie widziałem. Kurczę, facet powinien być jednak facetem.
- A może czymś mu podpadliście?
- Nie, człowiek ma po prostu taki charakter. Jak ulał pasuje do tych opowieści, że za granicą Polak Polakowi wilkiem. Kiedy się patrzy, jak pomagają sobie Jugole w Legii... Henryk Kasperczak w Bastii zachowywał się bardzo przyzwoicie, choć zawiodłem go.
- Chciałby pan znów popracować u Kasperczaka?
- Nie w Wiśle. Tam nie ma dobrej atmosfery. Stadion kiepski. Jak grać w Polsce, to tylko w Legii.
- Chce pan grać w kadrze?
- Teraz jeszcze nie, może za pół roku, jak stanę na nogi. W meczu z Łotwą wyraźnie jednak brakowało takiego zawodnika jak ja, który mógłby coś pokręcić w środku pola, zagrać do przodu, z głową. Nie chcę jechać z chłopakami, bo to moi koledzy. Ale gorszy bym nie był. Mam wizję składu reprezentacji: Dudek, Hajto, Bąk, Ratajczyk, Koźmiński, Karwan, Świerczewski, Kałużny, Piekarski (ale w formie), Kosowski i Olisadebe. No i jedziemy z nimi (śmiech).
- Z kim?
- Nie wiem, ze Szwedami, Węgrami.
- Wierzy pan jeszcze, że zrobi karierę?
- Karierę to miał Boniek, my mamy przygody z piłką.
- Zawsze pan tak dużo mówi?
- Taki mam styl. Bo ja jestem "Biały Diego", pochodzę z Białegostoku. Lubię się pośmiać. Śmiech to zdrowie. Czytam te wywiady ze mną i śmieję się z tego, co nagadałem.
Rozmawiali Cezary Kowalski i Mateusz Borek