- Czy Pana wyjazd do Chin jest przesądzony?
Mariusz Piekarski: Tak. Mój menedżer dopiął wszystko na ostatni guzik i w najbliższym czasie z Wojtkiem Kowalczykiem wylatujemy do Szanghaju.
- Jak nazywa się klub?
- Szczerze powiem, nie wiem, jadę w ciemno.
- Jest Pan zadowolony z kontraktu?
- 275 tys. USD rocznie jest teraz niezwykle trudno zarobić w Europie. Już dawno obrałem kierunek na Wschód i trzymam się go.
- Nie miał Pan ciekawszych propozycji?
- Nawet jeszcze w czwartek zapraszano mnie do Korei. Niestety, zbyt późno. Klamka zapadła. Będę grał w Chinach.
- Dlaczego wyrzucono Pana z Anorthosisu? Ponoć balował Pan z Wojtkiem Kowalczykiem?
- Nie, po prostu był tam zwariowany prezes. Trener dołożył swoją cegiełkę. Ale nie rozpaczam z tego powodu. Anorthosis Famagusta to klub półprofesjonalny, grają w nim piłkarze, którzy pracują w innych firmach.
- Może przyczyną była Pańska kontuzja?
- Pecha miałem już w pierwszym meczu. W ostatnich minutach rywal złośliwie kopnął mnie w nogę. Miałem problemy ze stawem skokowym, a grałem tylko dzięki aplikowanym zastrzykom. Całe szczęście, że nie zerwałem więzadeł, bo to mi groziło.
- Jaka idea będzie przyświecać Pańskim występom w Szanghaju?
- Najważniejsze to grać, zarabiać i unikać kontuzji. Mam nadzieję, że pech mnie w końcu opuści.
- Co Pan robi w Warszawie?
- Trenuję z Markiem Citko. Wspólnie biegamy, chodzimy na siłownię i kopiemy piłkę w hali. Potrzebne jest to zarówno mnie, jak i Markowi, który mam nadzieję znajdzie nowy klub.
- Do kiedy ma Pan zamiar grać w Chinach?
- Powiem krótko: w październiku chcę wrócić do Legii.
Rozmawiał Maciej Rowiński