W Warszawie nie ma miejsca dla drużyn na wysokim poziomie. Do takiego wniosku zmuszają przynajmniej wydarzenia ostatnich lat. W stolicy 40-milionowego kraju padają jedna sekcja po drugiej. Kto w najbliższym czasie podzieli los koszykarek Polonii oraz siatkarzy i koszykarzy Legii? Czy można temu zapobiec?
Agonia sekcji koszykarzy Legii to najświeższy przypadek. Nie jest jednak wyjątkiem. Potwierdza regułę. Śmierć drużyny, mimo wielu miesięcy i kilkudziesięciu prób reanimacji, stała się faktem. Na razie śmierć kliniczna - de facto zespół nadal istnieje, ale może nie przystąpić do najbliższego, zaplanowanego na środę meczu ligowego. Nic nie wskazuje, aby pacjent miał się przebudzić.
Tajemnica burmistrza...
Niemal zawsze, gdy firma ogłasza bankructwo - niezależnie od tego, czy jest to klub sportowy, czy też spółka zajmująca się skupem puszek po piwie - winni są ludzie, którzy nią zarządzali. Zazwyczaj okazują się niewystarczająco kreatywni. Brakuje im pomysłu na rozwój firmy. Inni nie potrafią radzić sobie z kryzysem, co właściwie sprowadza się również do braku nowatorskich pomysłów. Zdarzają się też przypadki beztroskich menedżerów, którzy osiągając z firmą pewien stopień opłacalności jej bytu, pełni optymizmu zjadają własny ogon, wydając pieniądze na zbędne, często prywatne cele.
Wieść gminna niesie, że ten ostatni przypadek mógł zapoczątkować upadek koszykarzy Legii. Są w niej jednak same niewiadome. W telegraficznym skrócie informacja, której niestety nie udało się nam potwierdzić, mówi, że Włodzimierz Całka, będący we wrześniu ubiegłego roku prezesem sekcji koszykarskiej Legii, pieniędzmi, które zasiliły konto klubowe, uzupełnił braki w gminnej kasie Bemowa (pełnił wówczas funkcję wiceburmistrza).
Ponoć osoba pracująca w klubie widziała potwierdzenie przelewu na konto klubowe w wysokości 250 tysięcy złotych. Co miałoby się stać z pieniędzmi? Czy faktycznie, jak mówi coraz powszechniejsza plotka, uzupełniły one dziurę w gminnej kasie Bemowa, po wrześniowym koncercie na pożegnanie lata, którego gwiazdą była Budka Suflera? Pozostają jedynie domysły.
- Faktem jest jedynie to, że nasza gmina była patronem głównym tego koncertu. Finansowała go jednak w minimalnym stopniu. Organizatorem było Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne Bemowo. Do jego przedstawicieli proszę kierować pytania o wrześniowy koncert - radzi Włodzimierz Całka. W 2001 roku został on zdymisjonowany z funkcji wiceburmistrza Bemowa po ujawnieniu przez nas jego ekscesów alkoholowych. Na stanowisko wrócił w lipcu 2002 roku. Po październikowych wyborach samorządowych został... burmistrzem. Tymczasem opuścił fotel prezesa Legii.
- Nie pamiętam nawet, kiedy odszedłem z klubu. Na temat Legii nic nie powiem. Mam powody, aby milczeć - mówi tajemniczo burmistrz Bemowa.
...i prezesa
Za sterami dryfującej Legii zastąpił go Andrzej Szymański. Warszawskim kibicom dał się poznać w pierwszej połowie lat 90. w roli kierownika sekcji piłkarskiej Legii. Podczas spotkań był nieodłącznym elementem krajobrazu stadionu przy ulicy Łazienkowskiej. Zwykł na każdym meczu stać za bramką drużyny. Po latach, wzorem Włodzimierza Całki, stał się bardziej tajemniczy. Unikał nie tylko dziennikarzy, ale nawet swoich najważniejszych pracowników - koszykarzy. Żaden z tych, z którymi się kontaktowaliśmy, nie rozmawiał z nim więcej niż dwa razy. Nawet w miniony czwartek, na ostatnie spotkanie, prezes nie przyszedł. To trenerzy poinformowali zawodników, by szukali sobie nowych pracodawców. Także dla dziennikarzy, ponoć szukający ratunku dla sekcji, prezes pozostał nieuchwytny. Czyżby się czegoś lub kogoś obawiał? Pomysł, że media mogą na nim nie tylko wieszać psy, ale również pomóc sekcji, widać go przerósł.
Czysty biznes
Podczas rozegranego 14 stycznia derbowego meczu koszykarskiego Legii z Polonią kibice wojskowych nie pozostawili suchej nitki na Wojciechu Kozaku - byłym prezesie ich sekcji i prezydencie Warszawy. "Kozak pedał, Legię sprzedał" - to jeden z delikatniejszych epitetów, które wyrywały się z ust w większości nastolatków mieniących się kibicami Legii. Niestety, prawda jest taka, że w żaden sposób nie zasługują na takie określenie. Abstrahując od ich ilorazu inteligencji (emocjonalna może być poniżej zera), już na pierwszy rzut oka i ucha, widać i słychać, że najistotniejszą rzeczą nie jest dla nich sukces swojej drużyny, lecz klęska rywali. Przepraszam - "śmiertelnych" wrogów. Klęska niekoniecznie sportowa.
Takie zachowanie zwykło się określać fanatyzmem. Nikomu zaś nie trzeba tłumaczyć, jakie znaczenie zyskało to słowo po wydarzeniach 11 września 2001 roku. Nie jest dziwne więc, że do sekcji piłkarskiej Legii - najprawdopodobniej najlepiej rozpoznawalnej drużyny sportowej w Polsce - potencjalni sponsorzy nie pchają się drzwiami i oknami. Jedni mają opory moralne. Po obejrzeniu seansu nienawiści, który wylewa się z trybun stadionu Wojska Polskiego, każdemu człowiekowi z normalną świadomością opadają ręce. Dla większości niedoszłych sponsorów piłkarzy z Łazienkowskiej to jednak czysty interes. Nie chcą, by wizerunek ich firm cierpiał, gdy fanatycy - może by tak na stałe przyjąć to określenie w stosunku do "kibiców" Legii - po raz kolejny w przypływie nienawiści i problemów emocjonalnych będą demolować swój stadion i własne miasto.
Trójkąt bermudzki
Fanatycy Legii (i nieporównywalnie mniejsza grupa kibicująca Polonii) to jeden z największych problemów całego warszawskiego sportu. Żadna inna drużyna nie ma zbliżonej liczby zwyczajnych kibiców do choćby jednej trzeciej kilku tysięcy fanatyków wojskowych. Dlaczego? Prawidłowa odpowiedź na to pytanie może być punktem zwrotnym w sytuacji stołecznych klubów. Niestety, nikt jej nie zna. Po pierwsze, o kibiców sportowych w stolicy nie jest łatwo. Jej mieszkańcy mają nieporównywalnie większą w stosunku do innych największych polskich miast ofertę kulturalno-rozrywkową. Aby sport zaczął kogokolwiek interesować, potrzebna jest duża kampania promocyjna. Po drugie, nie ma w Polsce innego miasta z równie wysokim odsetkiem ludzi przyjezdnych, których przekonać do identyfikacji z nowym klubem jest niezwykle trudno. Droga prowadząca do tego jest tylko jedna - trzeba im zapewnić widowisko ulubionej dyscypliny sportu na najwyższym poziomie. Po trzecie - last but not least ? potencjalny kibic musi mieć zapewnione poczucie wygody (czytaj: nowoczesne stadiony i hale, których nadal nie widać) i pełnego bezpieczeństwa. Tak więc na koniec kłania się początek i śmiejący się wszystkim w twarz fanatycy Legii. Powstaje pierwsze błędne koło.
Twarzowe
Drugiego nie trzeba daleko szukać. Piłkarskie, koszykarskie czy siatkarskie kluby pieniędzy spod ziemi nie wykopią. Tylko one mogą im natomiast pozwolić zbudować silny zespół, wybudować z pomocą miasta nowe obiekty i teoretycznie zapewnić na nich bezpieczeństwo. To ostatnie w praktyce, nawet przy profesjonalnej ochronie i setkach kamer, może jednak nie być stuprocentowe. Wystarczy, że grupa fanatyków z Łazienkowskiej postanowi się "zabawić".
Czy nie ma żadnego sposobu, aby ich wyeliminować? Można odpowiedzieć pytaniem na pytanie: czy ktokolwiek widział przedstawicieli tej grupy w jednym z takich stołecznych klubów, jak Piekarnia, Organza czy też Klubokawiarnia? Niżej podpisany bynajmniej nie miał tej "przyjemności". Osoby tam przychodzące płacą, brutalnie mówiąc, "twarzowe". Ten zwyczaj często przybiera kuriozalne rozmiary. Czy jednak w ostateczności takiego rozwiązania nie zaryzykowałby któryś ze stołecznych klubów? Osławieni już w ww. nocnych klubach selekcjonerzy doczekaliby u bram wejściowych stadionów i hal swoich sportowych kolegów po fachu. Widząc potencjalnych fanatyków (poznać ich nie jest aż tak wielki problem), mówiliby, śmiejąc się prosto w twarz, regułkę używaną przez swoich protoplastów z nocnych lokali. "Przykro mi, ale dzisiaj bez kart klubowych nie wpuszczamy".
Koniec, kropka. Fanatycy Legii karty już mają. Jedynym warunkiem ich otrzymania jest jednak brak zakazu stadionowego (czytaj: czysta karta po stronie udowodnionego udziału w demolowaniu obiektu). A jakby tak z kibicami przed wydaniem nowej karty przeprowadzić krótką rozmowę? W jej wyniku zazwyczaj sporo się wyjaśnia. Nie trzeba być doktorem psychologii.
Kto następny?
Powyższy pomysł można oczywiście zaliczyć do gatunku czystej fantazji. Sytuacja jest jednak alarmująca. O koszykarkach Polonii i siatkarzach Legii nikt już nie pamięta. Niebawem wszyscy zapomną o koszykarzach z hali przy ulicy Obrońców Tobruku. Jeśli nie dojdzie do cudu, tylko patrzeć, jak zespół, który jeszcze w połowie grudnia wygrał z mistrzami Polski, Ideą Śląsk Wrocław, pogrąży się na długie lata w pierwszo- czy drugoligowej przeciętności. Jeśli w ogóle utrzyma się na powierzchni wody.
To nie koniec. Kolosalne problemy mają również siatkarki Skry, które nieuchronnie podążają śladami koszykarzy Legii. Prezes Andrzej Boguta nie unika wprawdzie dziennikarzy, ale sponsora jak nie było, tak nie ma.
- Rozmowy są finalizowane - słyszą co pewien czas wicemistrzynie Polski, które obecnie miesięcznie zarabiają mniej więcej połowę średniej krajowej. - Po tym, jak odszedłem z Legii, dostałem ofertę z innego polskiego klubu PLK. Gdy spytałem ich prezesa o pieniądze, usłyszałem: "Rozmowy na temat 3-letniego kontraktu są finalizowane". Włosy stanęły mi dęba. W Legii podobne stwierdzenie było przeze mnie uważane za kiepski dowcip. Po chwili odłożyłem słuchawkę - przyznaje jeden z byłych koszykarzy Legii.
Kto później? Zapewne piłkarze Polonii. Tylko w ciągu ostatnich trzech tygodni zespół, który w 2000 roku zdobył mistrzostwo Polski, opuściło dziesięciu najlepszych piłkarzy. Wyjątkiem jest Marcin Kuś, ale i on już pakuje walizki. Trzy lata po nieudanej próbie awansu do elitarnej Ligi Mistrzów, po zaniedbanym stadionie zamiast najlepszych piłkarzy Europy będą biegali zawodnicy z amatorskimi kontraktami.
Tępa "żyleta"
Czyj nekrolog będziemy zmuszeni opublikować jeszcze? Grono potencjalnych, za przeproszeniem, trupów niebezpiecznie się zawęża. Niebawem w dwumilionowym mieście, w ekstraklasach trzech najpopularniejszych dyscyplin zespołowych, mogą pozostać tylko piłkarze Legii i koszykarze Polonii Warbud. Szefowie tych pierwszych mają dwa problemy - kilka tysięcy fanatyków i 8 milionów złotych długu. Drudzy są jedynym stabilnym obecnie finansowo zespołem w stolicy. Mają nawet cel. Zapowiadają zdobycie mistrzostwa Polski w 2005 roku. Oparciem jest silny sponsor tytularny, potentat na stołecznym rynku budowlanym. Mają znanego prezesa, byłego prezydenta Warszawy (jego dwumiesięczne rządy w Legii byli koszykarze wspominają z rozrzewnieniem). Czy mają jednak również skrystalizowaną wizję rozwoju? Szefowie Warbudu przyznają, że nie będą przekazywać na klub więcej niż obecnie (około 1.5 mln dolarów rocznie). Oby tylko zupełnie bezsensownie nie zawrócili w połowie drogi. Realizacja celu będzie jednak możliwa tylko, jeśli prezes Kozak znajdzie dodatkowych sponsorów.
Czy mu się to powiedzie, to zupełnie inna para kaloszy. Oby. Może wówczas śladami Warbudu, który nie ustrzegł się błędów, ale jest przynajmniej konsekwentny, pójdą inne firmy. Jest ich w stolicy naprawdę wiele. Dlaczego decydują się inwestować w kluby z innych miast (np. Zepter czy Idea)? Droga do sukcesu jest tam prostsza. Łatwiej o dobrą halę i nowych kibiców.
Może do niektórych dotrze, że w Warszawie również jest to możliwe, a sukces może smakować lepiej. Jeśli nie, stolica 40-milionowego państwa w środku Europy może zostać sportową pustynią. Trudno sobie jedynie wyobrazić, mimo narastających problemów, całkowity upadek piłkarzy Legii. Jeśli sami zostaną na placu boju, dojdzie do sytuacji, w której jedynymi "sportowymi" wzorami dla znacznej części dorastających młodych ludzi mogą zostać "bohaterzy" z tępej "żylety"...