Tylko dwóch legionistów otrzymało powołania na pierwsze zgrupowanie reprezentacji pod kierunkiem Pawła Janasa. Jacek Zieliński mógł być pewien zaproszenia do Chorwacji, za to Adam Majewski wcale nie krył zaskoczenia.
- Chyba nikt nie spodziewał się, że selekcjoner zechce mnie wypróbować - powiedział "Maja". - To nie oznacza, że powołanie mnie sparaliżowało. Cieszę się, ale jestem bardzo spokojny. Nie zamierzam zmieniać się na zgrupowaniu kadry, będę po prostu sobą. Wcale bowiem nie uważam, że gdybym zaczął hałasować, to poprawiłbym swoje notowania u trenera Janasa. O swoje powalczę wyłącznie na boisku, niekoniecznie w grzeczny sposób.
- Długo zna pan "Janosika"?
Adam Majewski: Prawie wcale. Spotkaliśmy się tylko raz, przed kilku laty, gdy pan Janas nakłaniał mnie do podpisania kontraktu z Amiką. Nie doszliśmy do porozumienia i kontakty urwały się. O powołaniu dowiedziałem się zresztą od naszego kierownika, a nie od trenera kadry.
- Miniona runda była najlepsza w pańskiej karierze?
- Na pewno nie najgorsza, ja w każdym razie jestem zadowolony. Głównie dlatego, że zacząłem grać ofensywnie, byłem widoczny pod bramką rywali. I wydaje mi się, iż właśnie ten element zadecydował o debiutanckim powołaniu do reprezentacji.
- Raz pan się jednak nie popisał w doskonałej sytuacji. Gdyby wykorzystał pan znakomitą okazję w pierwszej połowie rewanżu z Schalke w Gelsenkirchen, być może dziś Legia szykowałaby się do dwumeczu z Lazio.
- Żałuję tego pudła, ale sytuacja wcale nie była łatwa. Nie miałem szans na trafienie z pierwszej piłki, powinienem przyjmować podanie kolegi. Gwarancji, że zdołam ją opanować na trudnym terenie, wcale jednak nie było. Często myślę o tej zaprzepaszczonej okazji, chyba nawet za często.
- Jaka jest dla pana optymalna pozycja?
- Uważam siebie za typowego rozgrywającego. Jeśli gramy piątką w drugiej linii, to moje miejsce jest między defensywnym i ofensywnym. Natomiast przy ustawieniu z czterema zawodnikami w środku - bliżej obrońców.
- Zawsze otwierał pan listę zawodników najbardziej wydolnych w Legii, tymczasem po zimowych badaniach został pan zdegradowany z pierwszej grupy. Obniżka formy?
- Nie wiem, czy koledzy trochę się podciągnęli, czy ja zacząłem tracić ten walor, bo szczerze mówiąc, nawet w to nie wnikam. Z prostej przyczyny - mam wspaniałą kondycję, sił nie zabraknie mi nawet wówczas, gdyby mecz trwał dwie godziny.
- W Aya Napie trenujecie bardzo ciężko. Zdarzyło się już panu ćwiczyć z tak wielkimi obciążeniami?
- Nie przypominam sobie, żebym wcześniej miał okazję współpracować z tak wymagającym szkoleniowcem. Dragomir Okuka daje nam bardzo ostro w kość. Czy to dobrze? To się okaże na mecie sezonu. Nie dyskutujemy z trenerem, bo to nie jest człowiek, z którym można rozmawiać. Bezwzględnie realizuje swój plan i nie toleruje sprzeciwu.
- A pozwala na rozrywki w wolnym czasie?
- Chwile oddechu się zdarzają, ale chyba nikt nie ma siły, żeby wykonać jakikolwiek ruch. W Solcu Kujawskim na dwór wychodziłem tylko na poranny trening, który odbywał się w lesie. Potem byłem już tak padnięty, że wolałem się zdrzemnąć niż marnować siły nawet na spacer.
Rozmawiał Adam Godlewski