Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Felieton

Trudno być Okuką

niedziela, 9 lutego 2003 12:29
marmar

W jednym z pierwszych wywiadów Okuka powiedział "Życiu Warszawy": "Legia ma za dobrych piłkarzy, aby tak słabo grać. Muszę dociec, dlaczego tak się dzieje". Oho, witamy w klubie - pomyślałem - nie ty pierwszy i pewnie nie ostatni, robaczku. Dociekał i straszył Kopa, ba, nawet neurolingwistycznie programował piłkarzy, ale i tak skończyło się na tym, że poszedł do sklepu i kupił duży worek. Taki w sam raz na cztery bramki w Krakowie. I trzy w Poznaniu, dokąd zresztą wrócił. Próbował Białas, ale trzymał z piłkarzami zamiast z prezesem. Nastał Kubicki, ale skoro prawą stronę obsadzał duetem
Kozioł - Janiak, to przegrał zanim zaczął. Po nim przyszedł Smuda, czyli KRÓL. I złamał sobie karierę.


Po tylu manewrach kibicom Legii było już wszystko jedno, kto zostanie
trenerem. Bo jaka jest różnica pomiędzy Kowalskim, Nowakiem, ciocią Jasią czy Okuką, skoro ich ulubieńcy byliby w stanie zwolnić nawet Wengera. Gorzej być nie mogło. A jednak było. Porażka za porażką, gieksy i stomile w roli profesorów, Okuka coś duka, gazety śmieją się, że to najsłabsza Legia w historii, zwalniają biedaka co tydzień, ale w końcu przestają. Dlaczego? Bo tak jak w Jugosławii chronił go Arkhan, tak w Polsce Zarajczyk. Dziennikarze w szoku, że ktoś śmie lekceważyć ich koncepcje, tymczasem Zarajczyk dopiero
uczył się ich nazwisk i siłą rzeczy nie bardzo rozróżniał Polkowskiego od Atlasa. Znam ludzi, którzy w tym właśnie upatrują źródła przyszłego sukcesu: dwaj najważniejsi ludzie w klubie, właściciel Zarajczyk i coach Okuka, byli bezpiecznie daleko od naszego bezinteresownego futbolowego piekła.


Sezon się skończył, nastała przerwa letnia, Okuka wziął miotłę i zaczął sprzątać. Citko do Izraela, za niego nieznany Vukovic. Robakiewicz chce za dużo? OK, będzie nieznany Stanew. Nie ma Mięciela? Jest Yahaya. I nieznany Svitlica. I kolejne porażki. Ze Śląskiem i Amiką. I nagle, w myśl zasady, że trzeba dotknąć dna, żeby się odbić, Legia zaczyna grać w piłkę. Jeszcze porażka ze Śląskiem 3:4 i zaczyna się typowy amerykański film o nieudacznikach, którzy zaczynają tłuc najlepszych. Sięgam do cytowanego na wstępie wywiadu: "piłkarze mają być twardzi na boisku i zdyscyplinowani".
Proste? Nie takie proste dla tego, kto był świadkiem nie jednego i nie dziesięciu meczy frajersko przegranych lub zremisowanych w erze
pre-okukowej. Legia Okuki nie przegrywa, ale każda z jej kolejnych ofiar zastanawia się, w czym była gorsza od zespołu, który przecież nic wielkiego nie pokazuje, a zawsze strzeli tę jedną bramkę więcej. Są bezradni, bo niby zawsze byli piłkarsko słabsi od Mięciela czy Citki, ale wystarczyło przy ryku własnej publiczności na Legię wsiąść, a ta się gubiła. Tymczasem teraz piłkarze w większości ci sami, ale nie tacy sami. Kopniesz, oni oddają. Natrzesz, oni kontratakują. Chcesz sam wyjść z kontrą? Czterech zostaje z
tyłu, a i reszta nie odpuszcza. Żyleta zachwycona, bo ich ulubieńcom ktoś wreszcie przylepił jaja. A dziennikarze? Jeśli nie mogą przyczepić się do wyników, to jadą na styl: że enerdowski, że tylko walczą, że bez fajerwerków, że tylko klepa i wyjście na wolne pole. Szanowny Zarzeczny pisze, że Legia może spaść z ligi skoro "trener nie pomoże, bo nie potrafi. Fakt, zdobył mistrzostwo Jugosławii, ale wygrałby je nawet przez telefon - prezesem była tam piosenkarka, a sponsorem mafioso. I wszystko na ten temat."


Dwa miesiące później Legia zdobywa mistrzostwo. Typowa polska prowizorka znowu triumfuje. Bez pieniędzy, bez gwiazd, stranieri za darmo i z łapanki. Najbogatsza, "najlepsza drużyna w kraju" z siedzibą w Krakowie upokorzona. W Pucharze Ligi dostaje bęcki nawet od naszych rezerw. Nawet Sebastian Nowak nie przeszkodził. Będzie lepiej? Skąd, odchodzi Murawski, Karwan, Czereszewski, nie ma Sokołowskiego i Jarzębowskiego. Będzie gorzej? Nie na tyle, żeby znowu nie ośmieszyć Wisły. Planowa porażka z Barceloną, ale Utrecht na kolanach. W Płocku kwiat polskiej myśli trenerskiej, Broniszewski, zdradza wielki plan: chce zamęczyć Legię i po 60 minutach przejść do ataku. Efekt? W 59 minucie dostaje pierwszą bramkę, a w 61 drugą. Piękne derby z Polonią, ale później porażka z Schalke, remis z ogórkami z Poznania, no i porażka z Ruchem. Pierwsza od bitych trzynastu miesięcy. Uff, wreszcie! Można pojechać z Okuką: że nie stosuje rotacji, że przywiązuje się do nazwisk, że gra trójką obrońców, że padł ofiarą własnej strategii. Każdy
miś mądrzejszy. Dalej na Jugola! A że "najlepsza drużyna w kraju" akurat coś wreszcie wygrała, to niech żyje król Kasperczak i jego wspaniały zespół.

Włączam telewizor, a tam Wisła jedzie właśnie na obóz, by za chwilę wrócić z obozu, dowiaduję się na jaki kolor pofarbuje się Żurawski i czy strzeli drugą bramkę w reprezentacji, wiem że Wisła ma słońce na Cyprze, ale - do licha - czemu nie transmitują sparringu? Fascynujące.


A Okuka? Ten nadal z boku i nadal lubi kłopoty. Piłkarzom nie płacą, ale to przecież nie jest powód, żeby ich nie katować. Nie ma pieniędzy na transfery, ale przecież można brać z Partizana za friko. W Warszawie walka o grunty, nie wiadomo, czy nowa miotła nie wymiecie również trenera, a ten nierozważnie zapowiada mistrzostwo. A krytyków nadal wielu. Kaliszan, który jeszcze dwa miesiące wcześniej nie wiedział jak się nazywa w meczu z Legią,
teraz poucza, że gra Legii trzema obrońcami to przeżytek. Niejaki doktor Królik z Wisły kpi, że Okuka musi mieć niezłe oko, skoro żaden z jego podopiecznych przy takim obciążeniu jeszcze nie padł, bo przecież jego Wisełka trenuje w zasadzie rekreacyjnie, a każdy biega podłączony do komputera. Widocznie oko Okuki więcej znaczy niż komputer pana Królika, skoro w Legii wszyscy odpukać zdrowi, a w Wiśle Szymkowiak się leczy, Frankowski stęka, a Głowacki co chwila musi odpoczywać. No i ostatni przypadek, świętego Marka Citki, który po chrześcijańsku podgryza trenera, któremu nie pasował do koncepcji: "To prawda. Wynik go broni. Ale co potem osiągnęła Legia? To jest trener na podwórko." I bądź tu, człowieku, Okuką.


Trzymaj się, panie trenerze.

Podaj ten news dalej: