- Czy dowodzi pan strajkiem piłkarzy Legii przez telefon?
Jacek Zieliński: Nie jestem żadnym przywódcą. Ale zaraz zadzwonię i zapytam chłopaków, co słychać.
- Co możecie uzyskać strajkując?
- Tak naprawdę nic się nie stało. Chłopaki nadal będą trenować. Wiem, że niezbyt wiele uzyskamy. Chcieliśmy tylko, żeby działacze nie czuli się komfortowo.
- Przecież właściciel Pol-Motu Andrzej Zarajczyk obiecał wam, że zaległe premie za mistrzostowo Polski dostaniecie w maju.
- Mamy powody przypuszczać, że to tylko obiecanki. Już mówią, że wypłacą nam, ale pod takim warunkiem, siakim... Dla nich to jest dług, który można zapłacić, ale nie trzeba.
- Co będzie, jeśli wywalczycie kolejne mistrzostwo?
- No właśnie... Będziemy mieli więcej pieniędzy, ale na papierze, a działacze kolejny kłopot. Zresztą ewentualne premie już zostały obcięte o jedną trzecią. I w ogóle nas o tym nie poinformowano. Przypadkiem odkrył to Czarek Kucharski.
- Jak pan myśli, co teraz zrobią działacze?
- Będą szukać prowodyrów. Rozpocznie się polowanie na czarownice.
- Żartuje pan. Kogo można wyrzucić w tak kiepskiej sytuacji kadrowej Legii?
- A co to ma za znaczenie, jeśli w grę wchodzi kasa? Niech pan już mnie nie ciągnie za język, bo jeszcze wyjdzie na to, że Zieliński wszystko nakręca. A tak nie jest. Powiedziałem chłopakom, że za stary już jestem na takie strajki. Zostało mi półtora roku gry w piłkę. Mam przykre doświadczenia ze strajkowaniem. Kiedyś wychyliłem się za czasów Jerzego Kopy, wstawiłem się za kolegami. Później kumple się wycofali, a ja wyszedłem na idiotę. Ale z drugiej strony - nie można chować głowy w piasek. Nie wiem... Chrzanię to.
- Nie sądzi pan, że taki strajk może wpłynąć na formę zespołu?
- A skąd. Nie utaplamy się w błocie podczas sparingu, nikt nie dozna kontuzji i trochę odetchniemy. To może nawet pomóc.