Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Będę się starał

czwartek, 13 lutego 2003 10:36
Ajazdin Nuhiźródło: Super Express

Jest jedynym piłkarzem, który tej zimy został kupiony przez warszawską Legię. Na Łazienkowską miał przyjść już pod koniec ubiegłego roku, jednak w klubie brakowało wtedy pieniędzy. Poza tym w kadrze zespołu znajdował się Rudi Guśnić, na którego postawił Dragomir Okuka.


Dopiero, gdy okazało się, że Guśnić nie potrafi zastąpić Bartosza Karwana, znów sięgnięto po Ajazdina Nuhiego.


Wybór piłkarza Partizana Belgrad nie był przypadkowy. - Dragomir Okuka zna mnie od dawna - wyjaśnia Ajazdin Nuhi. - To on wprowadził mnie na pierwszoligowe boiska, gdy prowadził Cukaricki Belgrad. Miałem wtedy 16 lat. W tym klubie wychowałem się i z niego trafiłem do reprezentacji. Najpierw juniorów, a potem młodzieżowej. Półtora roku temu przeszedłem z Cukaricki do Partizana. Niestety, w Partizanie było kilku prawych pomocników i nie miałem miejsca w podstawowym składzie.


- W Legii też jest kilku piłkarzy grających po prawej stronie.

Ajazdin Nuhi: Nie tak dużo jak w Partizanie. Jestem przekonany, że łatwiej mi będzie wygrać z nimi rywalizację o miejsce w składzie.


- Dlaczego wybrał pan Legię?

- Ponieważ jest tutaj znajomy trener i koledzy. Ze Stanko Svitlicą znam się siedem lat, graliśmy razem w Cukaricki. Trochę krótsza jest moja znajomość z "Aco" Vukoviciem, wystąpiliśmy chyba razem w jednym meczu. Nie chciałem jechać w nieznane. Po raz pierwszy opuściłem rodzinę i kraj.


- Gra w Legii będzie tylko epizodem w pańskiej karierze?

- Jestem wypożyczony z Partizana do czerwca. Nie wiem, co będzie później.


- Kibice i trener liczą, że zastąpi pan w drużynie Bartosza Karwana.

- Będę się starał. Stanko uważa, że gram podobnie jak Karwan. Jestem szybki, agresywny, waleczny, nieźle wyszkolony technicznie.


- To pana atuty, a wady?

- Jestem za niski.


- Dużo pan strzela goli?

- Nie jestem snajperem. Raczej asystuję przy bramkach, potrafię dokładnie dośrodkowywać.


- Podoba się panu Warszawa?

- Ładne miasto. Nie miałem, niestety, czasu, aby sobie po nim pospacerować. Ciągle jesteśmy na zgrupowaniach. Ale znam Warszawę z poprzedniego pobytu. Na Łazienkowskiej grałem trzy lata temu z reprezentacją Jugosławii w turnieju LG Cup. Zajęliśmy trzecie miejsce.


- Tęskni pan za Belgradem?

- To normalne. Tam przecież została rodzina i narzeczona.


- Nie mógł pan jej zabrać ze sobą do Warszawy?

- Ana studiuje arabistykę na uniwersytecie, nie może rzucić nauki. Pod koniec lutego będzie miała przerwę i przyjedzie do mnie na kilkanaście dni.


- Pańskie imię nie należy do popularnych w Serbii.

- Urodziłem się w Kosowie, ale gdy miałem rok, rodzice przenieśli się do Belgradu. Moje imię jest typowe dla serbskich goreńców, czyli górali.


- Wojna w Kosowie pana ominęła.

- Miasto, z którego pochodzę, było oddalone od linii walk. Jednak baliśmy się o losy dziadków, którzy tam zostali. Na szczęście w tej chwili w Kosowie jest spokojnie.


- Ma pan rodzeństwo?

- Brata, ale nie gra w piłkę. Jest kucharzem.


- To dlatego Vuković tak chętnie przyjął pana pod swój dach. Gotuje mu pan obiady?

- Jestem antytalentem. Daję sobie radę z gotowanie jajek i makaronu. O herbacie nie wspominam. Stołujemy się w restauracjach.


Rozmawiał Kazimierz Marcinek

Podaj ten news dalej: