Artykuł wbrew pozorom nie będzie dotyczył czwartkowego zachowania Lazio w Krakowie. To kombinatorzy nie mafia, a każdy ich piłkarz ojczyznę ma inną. Będzie dotyczył felietonu Bodziacha, ale chciałbym do niego dołożyć swoje. Otóż na samym początku powinniśmy rozgraniczyć wyraźnie stosunek piłkarza i kibica do swojego klubu. Choć kulejąca to jednak nasza liga jest zawodowa. Czasy, gdy piłkarze grali dla swoich rodzin i sąsiadów za lemoniadę i dobre słowo, minęły bezpowrotnie. Dla piłkarza klub jest przede wszystkim pracodawcą, a piłka nożna sposobem zarabiania na życie. Dlatego słowa o miłości od pierwszego wejrzenia do nowego klubu są tyle warte co reklamy proszku do prania lub nowego samochodu. Jednak wcale to nie oznacza, że np. Radostin Stanew nie może wiązać się emocjonalnie z Legią i identyfikować z nią. Przecież w trakcie jego gry w Legii sukcesy klubu były utożsamiane z jego sukcesami osobistymi. Nikt nie może mu zarzucić, że promował swoją osobę kosztem klubu lub że nie angażował w grę pełni umiejętności, sił i
poświęcenia. Przeciwnie, był mocnym filarem Legii i my jako kibice (i klienci) Legii powinniśmy podziękować mu za pracę, którą wykonał. Nie odchodzi w atmosferze skandalu po sprzedanym meczu, nie opluwa poprzedniego klubu, po prostu jego droga i droga Legii rozchodzą się.
Dla mnie jako kibica Legia jest czymś zupełnie innym. To tak jak z rodziną czy ojczyzną, ma się jedną i przy żadnej innej człowiek nigdy nie będzie czuł się równie dobrze, choć widzi na codzień wszystkie jej wady i niedostatki. Tylko dlatego, że każdy normalny kibic jest związany emocjonalnie z klubem, przy którym dorastał, praktycznie każdy klub ma swoich kibiców. Nie ma tutaj znaczenia to czy klub gra co roku w finale Ligi Mistrzów, jest w czołówce polskiej ligi, czy gra w III-ej lidze. Nie sukcesy i nie tradycja decydują o tym związku. Gdyby tak było, Realowi czy Manchesterowi powinnien kibicować cały świat. Kibicować, nie lubić czy podziwiać bo to różnica. Manchester ma wielu kibiców wśród kibiców Legii, ale nie sądzę by choć jeden z nich zachował neutralność, nie mówiąc już o kibicowaniu MU w przypadku bezpośredniej konfrontacji z Legią. Nie ma też większego znaczenia tradycja jednego czy drugiego klubu, liczy się tylko to, z którym klubem związaliśmy się na początku. Mam w Poznaniu kuzynów, ich ojciec a mój stryj wyjeżdżając z Warszawy zabrał miłość do Legii ze sobą i kibicuje jej nadal, ale moi kuzyni wychowani w Poznaniu są kibicami Lecha... i tak jest zawsze. Przypomnijcie sobie mecz LM w Dortmundzie między Borussią a Galatasaray. Przecież tam było jak w Stambule, bo dla mieszkających tam Niemców tureckiego pochodzenia Borussia to klub przybrany - nowy, a Galatasaray to ten jedyny. Ale ich dzieci wychowane na miejscu i chodzące od małego na stadion Borussi będą jej kibicować niezależnie od sympatii rodziców.
Profesjonalizm zawodowego piłkarza musi przeważyć nad wszelkimi sympatiami. Oczywiście są wypadki, gdzie piłkarze są jednocześnie kibicami swojego klubu, jak chociażby Wojciech Kowalczyk, są to jednak wypadki rzadkie. Gdyby piłkarze kierowali się przy wybieraniu klubów swoimi emocjami, to zwłaszcza w przypadku Polski, żaden z nich nie osiągnąłby sukcesu. Pamiętam gdy w 1982 roku Zbigniew Boniek pogrążał w półfinale PM łódzki Widzew. Nikomu nie mieściło się w głowie jak może być tak szczęśliwy z drugiej bramki dla Juventusu odbierającej Widzewowi szanse na awans do finału. Ale gdyby Boniek myślał jak prawdziwy kibic, to do Widzewa nigdy by nie trafił, bo nie opuściłby Zawiszy Bydgoszcz. Dzisiaj w czołowych klubach Europy i Polski wychowankowie są rzadkością (są wyjątki jak Ajax). Piłkarze wraz z rozwojem umiejętności chcą jak wszyscy ludzie zarabiać lepsze pieniądze, walczyć o wyższe cele i odnosić sukcesy osobiste. Prawdziwy kibic nigdy nie odwróci się od swojej drużyny, szybciej zupełnie przestanie interesować się futbolem niż zacznie kibicować innej nawet lepszej i odnoszącej wielkie sukcesy drużynie. Ale prawie każdy kibic ma swoje własne życie, nie związane z futbolem. Od sukcesów jego drużyny nie zależy poziom życia jego i jego rodziny. W przypadku piłkarza nie emocje ale profesjonalizm wymaga aby angażował się w grę w dowolnej drużynie tak, jakby był jej wiernym kibicem. W rozgrywkach klubowych zacierają się granice państw i miast, dlatego nikogo nie powinny dziwić nawet takie przejścia, jak przeprowadzka Figo z Barcelony do Realu. Jako profesjonalista tak samo "kocha" Barcę jak Real, jako człowiek jest wierny tylko Portugalii. Na tym właśnie polega urok pojedynków reprezentacji. Wtedy piłkarze stają się jednocześnie kibicami (różnie jest w przypadku naturalizowanych) i dlatego te spotkania przechodzą do historii. Najlepszym dowodem nich będzie to, że dzisiaj wielu kibiców Legii ma mieszane uczucia podczas puchrowych zmagań Wisły, jednak na meczach reprezentacji wieszają obok szaliki i cieszą się identycznie, niezależnie z jakich klubów wywodzą się kadrowicze.
Piłkarzy zmieniających barwy klubowe nie należy dzielić na patriotów i zdrajców, tylko na tych z ambicją i bez niej. I właśnie ten ostatni podział staram się eksponować w swoich artykułach. Każdy człowiek pragnie sukcesu zarówno w sferze finansowej i prestiżowej. Jednak człowiek myślący kategorią "jestem zarobiony - mam wszystko w dupie" nie powinien brać się za sport. Jak inaczej określić myślenie piłkarzy, którzy z czołowych klubów naszej ekstraklasy odchodzą do klubów w Izraelu, belgijskich średniaków, czy niemieckich outsiderów? Ani to sukces sportowy, ani dalszy rozwój. Przecież taka Arminia Bielefeld, czy Energie Cottbus to drużyny słabiutkie w zestawieniu z Legią czy Wisłą. Grający w nich Niemcy marzą tylko o tym, aby szybko pójść do porządnego klubu, zagrać w pucharach, pokazać się w Europie, powalczyć o powołanie do swojej kadry. Polscy piłkarze idą tylko dla pieniędzy, zostawiając to wszystko o czym marzą ich niemieccy koledzy. Szansę na puchary, na powołanie do kadry, na prawdziwy sukces... w imię pieniędzy. Potem mamy smutne powroty zdecydowanej większości tego typu "emigrantów", często nie odzyskują nawet tej pozycji, jaką mieli przed odejściem. Tracą polskie kluby i polska liga, traci polska reprezentacja i na końcu tracą sami piłkarze... i ja tego nie rozumiem. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której pracuję na szczeblu kierowniczym w niedużej i ubogiej polskiej firmie. Jednak firma się rozwija, zarobki wolno ale rosną, stopniowo zyskujemy na znaczeniu, pojawiają się perspektywy na awans i większe pieniądze, a ja to rzucam i idę do innej firmy, w której będę magazynierem, choć za dwa razy większe pieniądze... co gorsza jestem prawie pewien, że nie będę w niej nigdy nikim więcej.
Felieton
Kluby piłkarskie to nie rodziny mafijne, to także nie ojczyzny
sobota, 1 marca 2003 11:10
Poll