Czy można być na stadionie swojego zespołu i po 90 minutach nie znać przebiegu meczu? - Oczywiście. Wystarczy być kibicem ultras - przekonuje 19-letni Damian, jeden z liderów takiej grupy wśród fanów Legii.
Samo słowo "ultras" kojarzy się z czymś ekstremalnym, oznaczającym skrajność. Nieprzypadkowo właśnie jako ultrasi po II wojnie światowej przeszły do historii najbardziej ekstremistyczne francuskie grupy polityczne, które nie przebierając w środkach protestowały przeciwko przyznaniu niepodległości Algierii, swojej byłej kolonii.
Napis ultras widnieje od wielu lat na flagach klubowych wielu klubów w całej Europie. Dla osób średnio interesujących się sportem, których zwyczaje kibiców interesują jeszcze mniej niż końcowe wyniki spotkań, ultras kojarzy się więc tylko z potocznym rozumieniem tego słowa. Tymczasem okazuje się, że ultrasi to niekoniecznie najbardziej zacietrzewieni fanatycy, którzy wszczynają stadionowe awantury.
Walczymy ze stereotypem, który mówi, że kibice spod znaku ultras to banda troglodytów pojawiających się na stadionie tylko po to, by nabić komuś guza. Jesteśmy normalnymi ludźmi, mamy swoje rodziny, pracę oraz codzienne zajęcia i jedną wspólną sprawę: Legię - mówi Rafał, na co dzień zapracowany 26-latek, który niemal każdą wolną chwilę poświęca na organizowanie działalności warszawskiej grupy.
Czym zajmują się ultras ze stadionu przy ulicy Łazienkowskiej? Przede wszystkim organizowaniem oprawy podczas spotkań Legii.
Jeszcze kilka lat temu nie istniało coś takiego. Każdy na własną rękę przynosił na stadion race czy serpentyny. To była wolna amerykanka. Teraz to się zmieniło. Podczas pewnego spotkania kibice znaleźli na swoich krzesełkach kartoniki, wyprodukowane dzięki jednej z firm ubezpieczeniowych, które później podnieśli i utworzyli wielką flagę Legii. To były pierwsze kroki w kierunku powołania naszej grupy fanów, którzy zajmowaliby się oprawą spotkań - wspomina 22-letni Tomek, na co dzień student prawa.
Tak naprawdę wszystko zaczęło się jednak od pamiętnego meczu z Valencią. Padł remis 1:1, ale najistotniejszy dla przyszłości naszej grupy był fakt, że udało nam się ułożyć z kolorowych kartoników herb Legii. Kosztowało nas to niemało wysiłku i pieniędzy. Ponieważ nie mieliśmy żadnego sponsora, kasę wyłożył klub. Wszyscy byli pod wrażeniem. Później było już łatwiej - dodaje Damian, 19-latek studiujący zarządzanie i marketing.
Ultrasi Legii słyną z tego, że tworzą najlepsze kartoniady, czyli wzory tworzone na trybunach przez kibiców podnoszących pojedyncze kartony.
- Nasz sekret tkwi w szczegółach, których nie zamierzamy zdradzać. Konkurencja nie śpi - mówią zgodnie, niczym przedstawiciele jednej z pizzerii na temat swojego ciasta. – Byliśmy pionierami ruchu ultras w Polsce, lecz obecnie w naszym kraju toczy się ostra rywalizacja. Swego czasu mieliśmy największą flagę w Polsce. Kosztowała 30 tysięcy złotych. Ostatnio zostaliśmy jednak pod tym względem zdystansowani, najpierw przez kibiców Lecha Poznań, a ostatnio Wisły Kraków. Nie zamierzamy się jednak z nimi na siłę ścigać, tym bardziej, że na rozwinięcie większej flagi nie pozwoliłyby nam ograniczenia techniczne naszego stadionu. Nadal jesteśmy jednak najbardziej kreatywną grupą kibiców. Wyznaczamy kierunek, w którym ruch ultras się rozwija. Sekretu kartoniad nie zdradzimy.
- Ultras to alternatywna forma kibicowania. Tworząc kartoniady, czy układając wzory z rac, kibice maja szansę zrobienia czegoś razem. To integruje, a przy okazji ogranicza możliwości rozrób - dodaje Damian.
Najbardziej pamiętna kartoniada powstała na trybunie stadionu Legii jesienią ubiegłego roku. Przed meczem z Wisłą kibice stworzyli na żylecie wizerunek Kazimierza Deyny. Był otoczony klubowymi barwami, w które wkomponowane zostały lata urodzenia oraz śmierci najlepszego piłkarza w historii klubu.
- Akurat mijała rocznica śmierci Deyny. Pokazaliśmy, że Legia to dla nas nie tylko puste słowo, ale również historia i przywiązanie do barw klubowych oraz byłych idoli. W Warszawie utrwalił się wizerunek kibica Legii, który chodzi na mecze tylko po to, by zrobić dym. To wypaczenie rzeczywistości - mówi Rafał.
Drugi z jesiennych hitów, jakie rozegrano przy Łazienkowskiej, również można było zapamiętać z powodu pokazu sprawności ultras. Gdy zawodnicy wychodzili na boisko na żylecie rozbłysł wielki napis ułożony z rac świetlnych "Witajcie w piekle". Większość osób spotkanie zapamiętała jednak przede wszystkim jako to, podczas którego kibice obu zespołów wbiegli w trakcie gry na boisko i wywołali gigantyczną awanturę. Mecz został przerwany.
- Dziennikarze wieszali na nas psy. To było przykre, gdyż jeden incydent, na dodatek nie sprowokowany przez nas, tylko kibiców Widzewa, ponownie zepsuł nam opinię. Przez półtora roku na nią pracowaliśmy. Prawda jest taka, że gdy widzewiacy wybiegli na boisko, nasi ludzie nie mogli powstrzymać tłumu. Nawet gdyby chcieli. Powstała więc zadyma i znów we wszystkich gazetach mogliśmy o sobie czytać tylko jako o bezmózgowcach. Niech nikt nie myśli, że napis "Witamy w piekle", był zapowiedzią awantur, jak to później interpretowano. Chcieliśmy jedynie podkreślić piekielną atmosferę naszego stadionu - wspomina Rafał.
- Nikt nie chce zauważyć optymistycznych rzeczy, które dzieją się na Legii. Spotkania, podczas których na trybunach panuje wręcz wzorowy spokój, pomijane są w prasie milczeniem. Przez to utrwala się stereotyp kibica Legii jako troglodyty. Nie dziwi, że później rodzice nie chcą puszczać dzieci na Łazienkowską obawiając się, że dostaną butelką po głowie. Butelka to jedynie mit, który krąży od lat. Osoba, która przyjedzie na stadion tylko po to, by obejrzeć mecz i nie będzie chciała oberwać butelką, nigdy nie oberwie - zapewnia Tomek.
Na Legii pojawiają się jednak również osoby, które chcą oberwać butelką po głowie lub najchętniej komuś nią przyłożyć. Wedle różnych szacunków, jest ich około pół tysiąca. Zwani są troglodytami lub karkami. Ultras wolą się na ich temat nie wypowiadać. Jeśli muszą, czynią to enigmatycznie.
- To bardzo śliski temat - przyznają zgodnie. - Może pięć procent kibiców Legii to zadymiarze. Dzięki naszym staraniom chcemy sprawić, by zapominali o nawykach, odnajdując się w innym sposobie kibicowania. Na przykład ultras.
- Jednym ze sposobów cywilizowania naszych kibiców jest wybudowanie nowego stadionu. Sadzę, że nawet najbardziej zatwardziali zadymiarze mieliby skrupuły przed jego niszczeniem - twierdzi Damian.
Ultras są przeciwni podnoszeniu cen biletów.
- Nie powinniśmy odchodzić od korzeni piłki nożnej. Gdy wymyślono ją w XIX wieku w Anglii, była przeznaczona dla klasy robotniczej. Dopiero później na Wyspach futbol stał się sportem dla klasy średniej. Mam nadzieję, że u nas piłka pozostanie dostępna dla wszystkich. Tym bardziej, że klasy średniej trudno się doszukać w naszym społeczeństwie. Nie chciałbym pewnego dnia zobaczyć na trybunach stadionu Legii samych ludzi w garniturach z wypchanymi portfelami, którzy przychodzą tylko dla rozrywki i siedzą jak w kinie, zajadając się popcornem - mówi Rafał. Osoby takie są przy Łazienkowskiej nazywane właśnie popcornami lub piknikami. Najczęściej zasiadają na trybunie głównej. Ultras twierdzą, że nie żywią do nich urazy.
- Tacy kibice też są oczywiście potrzebni Legii. Jeśli cały stadion się bawi, organizując np. kartoniadę, powinni się jednak dołączać. Myślę, że z czasem będzie się to coraz częściej zdarzało. Obecnie jest mały problem z popcornami, ponieważ stadion Legii jest ograniczony pod względem technicznym. Na nowoczesnych obiektach są wyznaczone sektory dla popcornów, ultras, czy potencjalnych zadymiarzy. Dla każdego coś miłego. Tak powinno być również na naszym nowym obiekcie - mówi Damian.
Rocznie Ultras wydają na oprawę spotkań około 80 tysięcy złotych.
- Większość pieniędzy na choreografie kartonowe dostajemy od klubu. Reszta pochodzi ze składek członkowskich i od sponsorów. Z ich pozyskaniem jest jednak problem. Ostatnio prawie dogadaliśmy się z jedną z firm. Nie podpisaliśmy umowy, gdyż zażyczyła sobie, by podczas katroniady obok flagi Legii pojawiło się jej małe logo. Na to nie mogliśmy się zgodzić - mówi Tomek.
Koszt zorganizowania kartoniady, jak ta z wizerunkiem Deyny to około 10 tysięcy złotych i mnóstwo pracy. Oraz wyrzeczeń.
- Nad wszystkim pracuje około 40 osób. Samo rozkładanie kartonów trwa kilka godzin. Na szczęście mamy od tego fachowców. Pracy, już podczas trwania meczu, jest jednak co niemiara. Mecze najczęściej oglądam dopiero na wideo, po powrocie do domu. Gdy trwają, nie mam na to czasu - przyznaje ze śmiechem Damian.
Felieton
Mityczna butelka
poniedziałek, 3 marca 2003 20:53
Michał Tomasikźródło: Życie Warszawy