Właściwie nie wiadomo, w jakiej formie jest Legia. Najpierw szczęście w meczu z Amiką, potem fatalny, niesamowicie frustrujący, mecz z "chłopcami ze wsi" i wreszcie planowe rozstrzelanie przyjaciół z Pogoni. Co gorsza, mamy teraz dwutygodniową przerwę na mecze reprezentacji, co oznacza niespokojne oczekiwanie na przyjazd Koźmińskiego i spółki. Dobrze byłoby, żebyśmy w meczu z Górnikiem zobaczyli tak zwany progres, bo kilka dni później mecz na noże z Wisłą. Dla jednych decydujący o "być albo nie być" Legii w wyścigu po tytuł, a dla mnie - zdecydowanie niekoniecznie.
To jednak dopiero za dwadzieścia dni, więc trudno rozpatrywać sportowy aspekt meczu. Nawet nie wiadomo, czy wystąpią Zieliński, Szala, Głowacki, Baszczyński i czy pozostali wiślacy wytrzymają reprezentacyjne stresy. Na tym etapie bardziej interesuje mnie, ile biletów przeznaczy dla nas szanowny prezes Basałaj. Nasz j(ET)i podobno coś działa w tej sprawie, jednak mam obawy, czy w obozie krakowskim nie przeważy uzasadniona przecież opinia, że dwustu legionistów więcej jest w stanie przekrzyczeć dzielną krakowską publiczność. W każdym razie zasada powinna być jedna: ile oni nam - tyle my im. Zasada, dodajmy, wielce Legię krzywdząca, bo przecież jesienią wiślacy dostali 250 biletów, bardzo płakali, wreszcie przybyli w sile dwustu osób, przy czym nawet tak mała ilość nie przeszkodziła im wybudować sporej wielkości wioski w trakcie minuty ciszy poświęconej Kazimierzowi Deynie.
Pewne jest jedno - w kwestii liczby miejsc dla gości na stadionie w Krakowie nie mamy co liczyć na reakcję PZPN. Inna sprawa, że to będą kpiny w biały dzień, jeśli panowie z Krakowa akurat przed meczem z Legią zdemontują trybunkę, którą zainstalowali na europejskie puchary. A propos dyscyplinującej działalności PZPN to wypada nadmienić, że w tym tygodniu na Miodową trafi, po raz sześćdziesiąty szósty albo siódmy, Czarek Kucharski. Chciałbym być przy tej rozmowie. Panie Czarku, co pan robił nago w szatni Groclinu? Pomyliłem szatnie, a poza tym miałem ręcznik, a zresztą chciałem odwiedzić chłopaków, bo zrobili głośną imprezę za ścianą. Panie Niedzielan, dlaczego śpiewał pan brzydko o Legii? Ależ ja śpiewałem ładnie, Mila mnie nauczył. Panie Jóźwiak, dlaczego obraził pan kolegów z Grodziska? Co proszę? Przecież byłem tam i wiem, że zaraz za tablicą skręca się w prawo, potem w lewo, mija cztery domy i mamy stadion. Jeśli to jest miasto, to ja się rodziłem w Mexico City, a nie w Mławie.
Prawda jest taka, że ludzie z PZPN, a już na pewno dziennikarze, powinni dziękować Bogu za Kucharskiego i Jóźwiaka, bo dzięki temu mogą pisać nie tylko sprawozdania z meczów. Kucharski i Jóźwiak to chyba ostatni mohikanie odchodzącego już pokolenia piłkarzy, którzy nie uciekali przed dziennikarzami w mdły konformizm. Szczęsny, Śrutwa, Pisz, Mandziejewicz, Kowalczyk, wcześniej Kosecki - z nimi nie było nudno. A teraz? Może Dawidowski, może Mielcarski, Probierz, Wieszczycki, Stokowiec, Kaliszan, Surma, Bykowski, Mosór, Terlecki, Kosowski, Szymkowiak, Moskalewicz. Koniec.
Reszta? Schodzi taki miś z boiska i gładko nawija: "Myślę, że wynik jest jeszcze otwarty, a co do tej spornej sytuacji to pan sędzia ma zawsze rację". Każdy, nawet nastoletni debiutant, ma przygotowaną zgrabną formułkę, z której kompletnie nic nie wynika. Byle nie podpaść. Zresztą, co ja piszę o debiutantach, skoro nawet stary rep Koźmiński ma pretensje do Kowalczyka za jego pamiętnik, bo "przecież młodzi to czytają". Nie przeszkadza to panu Koźmińskiemu całą siłą swojego autorytetu wjechać w trakcie meczu w nogę piłkarza Sobolewskiego. Koźmiński kalkuluje, że jak będzie gadał "politycznie" i "po linii", to dziennikarze będą go szanować, co mu się przyda w jego przyszłej pracy menadżera. Oby się mylił, bo ja wolę otwarte pyskówki Kucharza z Liberdą od gładkich frazesów Koźmińskiego.
Felieton
Ostatni mohikanie
wtorek, 25 marca 2003 09:00
marmar