Zeszłoroczny sezon, w którym zespół warszawskiej Legii zdobył tytuł mistrzowski, był dla Radosława Wróblewskiego jednym z najlepszych w jego dotychczasowej karierze. – Spełniło się wówczas jedno z moich marzeń – przyznaje Wróbel. – Wywalczyłem sobie miejsce w podstawowym składzie Legii. Niestety, w meczu pucharowym w Walencji doznałem kontuzji i od tego momentu pojawiałem się na boisku tylko w roli zmiennika. W przerwie zimowej robiłem wszystko, by powrócić do swojej normalnej dyspozycji. Niestety, na ostatnim treningu nieszczęśliwie zderzyłem się z Tomkiem Jarzębowskim i doznałem naderwania mięśnia brzuchatego łydki. W efekcie znowu musiałem przez pewien czas pauzować.
Piotr Wojciechowski: Ostatnio nie pojawiał się pan zbyt często na boisku, a jednak Dragomir Okuka bardzo pochlebnie wyraża się
o pana umiejętnościach.
Radosław Wróblewski: – Miło mi to usłyszeć. Z trenerem Okuką współpracujemy od dwóch lat. W tym czasie dał się poznać jako doskonały fachowiec, który po siedmiu latach zdobył z Legią tytuł mistrzowski. W Warszawie jest szanowaną i bardzo popularną postacią. Potrafi się z każdym porozumieć, co świadczy o jego niepowtarzalnej osobowości.
Czy pana koledzy mają podobne zdanie?
– Wszyscy darzymy go pełnym zaufaniem. Wiemy po co trenujemy i jakie przyniesie nam to korzyści. Wyniki jakie osiągamy świadczą, że prowadzeni jesteśmy przez najlepszego szkoleniowca.
A co się panu przytrafiło w trakcie niedzielnego sparingu?
– Naciągnąłem więzadło w kolanie i przez ostatnie dwa dni tylko truchtałem. Czekam na ostateczny werdykt doktora Machowskiego, ale liczyć się będzie również moja opinia. Sam wiem najlepiej jak sprawuje się moje kolano. Przez ostatnie pół roku prześladuje mnie wyjątkowy pech. Jestem przecież w wieku, w którym powinno się grać, a nie odwiedzać gabinety lekarskie. Przyznam się, że chciałbym już tylko koncentrować się na piłce.
Zwłaszcza, że w najbliższą sobotę czeka was trudny mecz z Górnikiem Zabrze.
– To prawdziwy klasyk. Na mecze tych dwóch drużyn zawsze przychodzi wielu kibiców, niezależnie czy gramy w Warszawie, czy na Śląsku. W takim spotkaniu nie ma mowy o lekceważeniu rywala, dlatego podchodzimy bardzo poważnie do sobotniego meczu.
Czym chcecie zaskoczyć zabrzan?
– Zawsze tym samym. Walką do upadłego i zabieganiem rywala. Przyznam, że lubię grać przeciwko śląskim zespołom. Prezentują zazwyczaj wysoki poziom i jest wtedy na co popatrzeć i czym się emocjonować. Na Łazienkowskiej będzie w sobotę podobnie, ale jestem pewien że wygramy.
Czy tak samo lubi pan spotkania w Krakowie?
– Nie myślę jeszcze o wyjeździe do Krakowa, ale mecz zWisłą będzie niewątpliwie wydarzeniem rundy wiosennej. Podejrzewam, że wszyscy kibice ostrzą już sobie na nie zęby. Wiślacy prezentują się wspaniale, jednak wcale nie zamierzamy paść przed nimi na kolana. Dużo zależeć będzie od dyspozycji w danym dniu. Jeżeli wszyscy trafimy z formą, nie będą w stanie nic nam zrobić. Mają wprawdzie wiele atutów, ale również kilka mankamentów, które postaramy się wykorzystać.
Jak odbieracie fakt, że trener Janas chętniej powołuje do kadry krakowskich piłkarzy?
– Czujemy pewien niedosyt, a może nawet autentyczną złość. Zespół mistrza Polski zasługuje, by w kadrze narodowej występowało co najmniej kilku jego przedstawicieli. Nie pozostaje nam nic innego, jak udowodnić selekcjonerowi, że w Legii grają również dobrzy piłkarze.
Rozmawiał Piotr Wojciechowski
Wywiad
Jest w nas złość
piątek, 4 kwietnia 2003 09:59
Radosław Wróblewskiźródło: Przegląd Sportowy