Biedni naśladują bogatych
Na początku polskiej transformacji przyjeliśmy bezkrytycznie wszystko co zachodnie, niestety głównie to co było tam najgorsze. Na Zachodzie poważniejsze rozróby na stadionach rozpoczęły się na przełomie dekad 70/80. Zrobiło się o nich głośno dopiero wtedy, gdy z rozgrywek krajowych przeniosły się na mecze międzynarodowe. Aby do tego doszło, zarobki w krajach zachodnich musiały wzrosnąć na tyle, by podróże zagraniczne wyłącznie w celach turystycznych i rozrywkowych stały się powszechnie dostępne.
W Europie wschodniej obok niskich dochodów (zwłaszcza w przeliczeniu na dewizy) były rygory paszportowe, dlatego wyjazdy na mecze do Europy Zachodniej były w zasięgu nielicznych kibiców. Nawet w najlepszych latach 70-tych, kiedy bez problemów podróżowaliśmy po krajach RWPG i zaczęliśmy jeździć na zachód w celach zarobkowych, kibice z Polski na meczu rozgrywanym w RFN (nie mówiąc o Anglii, czy Włoszech) byli rzadkością. Nawet wielki mecz z RFN, decydujący o awansie do finału MŚ w 1974 roku, na żywo obejrzało niewielu Polaków, z których większość mieszkała i pracowała w RFN. Warto pamiętać, że polskie rygory paszportowe z lat 70. i 80-tych, były dla obywateli pozostałych demoludów nieosiągalnym marzeniem. Podczas gdy w NRD czy Czechosłowacji paszport był nagrodą i przywilejem dla nielicznych, Polacy masowo handlowali w Europie Zachodniej. Dzisiaj każdego dnia gdy gra LM i PUEFA dziesiątki tysięcy kibiców z różnych krajów przemierzają Europę wzdłuż i wszerz. Można zatem spuścić łomot kibicom z Czech, za tydzień zostać spałowanym przez Policję francuską, a za kolejny tydzień dostać nożem na ulicy Stambułu i ile jest potem do opowiadania... Dlatego argumenty Marmara o ekonomiczno - społecznych źródłach stadionowej przemocy nie przekonują mnie. Nie w Polsce je wymyślono i nie miało to nic wspólnego z sytuacją materialną kibiców. Kiedyś za najgorszych uchodzili kibice angielscy i holenderscy. Co ciekawe rozróby w Wielkiej Brytanii nie rozpoczęły się w biednej Walii czy Irlandii, tylko w największych i najbogaszych miastach Anglii. W Holandii było podobnie, im większe miasto i bardziej znany klub - tym większe rozróby, a słynna bitwa kilku tysięcy kibiców Feyenordu i Ajaxu umówiona w szczerym polu przeszła do historii. O siejących dzisiaj grozę kibicach tureckich nikt wówczas nie słyszał, nie znali jeszcze nowej mody, bo nie mieli pieniędzy.
Burdy polityczne
Komercyjne media zawsze goniły za sensacją, więc nawet niewielkie bijatyki były obszernie relacjonowane i komentowane. Nagle stadionowi chuligani zostali bohaterami nagłówków gazet i głównych wydań programów informacyjnych, zaczęli się w nich pojawiać obok głów państw, sportowców i artystów. Wtedy moda rozeszła się po całej Europie. Mistrzostwa Świata - Hiszpania 82 r. były ostatnimi spokojnymi w Europie. Następne, które odbyły się w 1990 roku we Włoszech, można zapamiętać z dwóch powodów: beznadziejnego poziomu gry i rozrób kibiców angielskich i włoskich. Aby spacyfikować Anglików mecze ich reprezentacji przeniesiono na wyspę (Sardynię). Do ciekawej sytuacji doszło w Neapolu. Otóż dla wielu Włochów południe ich kraju wraz z Sycylią jest zacofanym, ciemnym i rządzonym przez mafię grajdołem. Liga Północna (ugrupowanie dążące do przekształcenia Włoch w państwo federalne) była i jest poważną siłą polityczną we Włoszech. Tak się złożyło, że w sezonie zakończonym tuż przed MŚ, po raz pierwszy mistrzem Włoch zostało "południowe" Napoli z Diego Maradoną w składze. Dla wielu Włochów z północy była to klęska i obraza, prawicowe media związane z Berlusconim i z AC Milan nabijały się z południowców, pytali czy mafia im kupiła mistrzostwo, opowiadali kawały na ich temat itd... Gdy zaczęły się MŚ bożyszcze Neapolu - Diego Maradona poprosił kibiców Napoli, aby kibicowali Argentynie "a nie krajowi, który na codzień ma ich za bandytów i ludzi drugiej kateorii". Media włoskie apelowały o kibicowanie reprezentacji włoskiej, ale włoscy kibice podzielili się i toczyli zacięte debaty uliczne przy pomocy pał, łańcuchów i noży. Włosi mają chyba najbardziej upolitycznioną ligę piłkarską w Europie, widać to szczególnie tam, gdzie w jednym mieście są dwa solidne kluby, jak w Rzymie, Mediolanie czy dawniej w Turynie. Moda na stadionowe zadymy nie miałaby takiego zasięgu, gdyby niektóre media, firmy i politycy nie mieli w tym interesu.
Polscy kombatanci
Nowinki zachodnie zawsze trafiały do Polski z kilkuletnim poślizgiem, choć polscy chuligani nie mogli zaprezentować się na ulicach Londynu, czy Paryża to niskie koszty przejazdów kolejowych na terenie Polski otworzyły całkiem niezłe możliwości. Zadymę w Rotterdamie można przecież obejrzeć w telewizji, a potem zrobić podobną np. w Katowicach. Na krajowym podwórku także zagościła moda na stadionowe i około stadionowe zadymy. Moda wchodziła jednak opornie, media zadym nie nagłaśniały, ZOMO było skuteczne, a po złapaniu na stadionowej rozróbie kłopoty w pracy lub szkole były pewne. Jednak w drugiej połowie lat 80-tych wraz z ograniczeniem represyjności ze strony MO i wymiaru sprawiedliwości stadionowi chuligani zaczęli zdobywać teren i w ciągu kilku lat przegonili ze stadionów wielu normalnych kibiców, przychodzących od lat z całymi rodzinami. Wraz z nastaniem wolności, dla stadionowych łobuzów nadeszły złote czasy. Policja była zastraszona i bezsilna, po latach komuny policjant bał się uderzyć pałką łobuza, gdy ten krzyczał gestapo itd... Bo i jak tu bić bandziorów rzucających podczas manifestacji kamieniami w budynki i samochody, skoro ich koledzy są teraz ministrami? Taka sytuacja trwała prawie do samego końca lat 90-tych. Policja biernie patrzyła gdy bandyci od Wrzodaka palili siedzibę SLD, gdy kierowani przez Krzaklewskiego związkowcy ze Śląska wtargnęli do ministerstwa i wyrzucali meble przez okna. Policja przyglądała się, gdy blokujący drogi chłopi demolowali samochody tym, którzy próbowali omijać blokady. Zatem jeśli codziennie w telewizji pokazują jak ktoś bije się z Policją, często skutecznie, to czemu pseudokibice mieli odmówić sobie tej przyjemności. Przecież gdy w Słupsku wybuchły zamieszki, to nowy szef MSWiA Janusz Tomaszewski przez całą dobę wachał się czy stanąć po stronie swoich podwładnych, czy szalejącej łobuzerii, która demolowała miasto. Media w tym czasie zasypywały kraj wyssanymi z palca bzdurami "o pociągach pełnych kibiców jadących na odsiecz łobuzom ze Słupska" itp... Co więcej duża część mediów, świadomie lub nie, sympatyzowała z chuliganami. Idiotyzmem było porównanie Słupska do wielkich zamieszek w Los Angeles, gdzie sąd uniewinnił kilku białych policjantów, którzy zostali sfilmowani, gdy dla zabawy zakatowali czarnego chłopaka. W Słupsku policjant przypadkiem zabił 13-letniego chłopaka, po czym został aresztowany i skazany. Zamieszki w mieście nie były "wyrazem oburzenia", jak podawały media, tylko wspaniałą okazją do zrobienia rozróby nagłośnionej we wszystkich mediach kraju. Te przykłady obalają częściowo koncepcję Genezypa Kapena, bo obok prymitywnych łobuzów wskazują innych współsprawców takich wydarzeń.
Media
Moralność polskich mediów komercyjnych można porównać jedynie z moralnością karteli narkotykowych z Ameryki Południowej. Po każdej większej rozróbie media ustawiają się w roli oskarżycieli. Wtedy oberwać może każdy: PZPN, rząd, kościół, czy tak jak teraz kluby piłkarskie, w zależności od tego z kim sympatyzuje, a z kim toczy wojnę właściciel telewizji, rozgłośni radiowej czy gazety. Czy ma to coś wspólnego z wolnością słowa? Czy przejawem wolności słowa jest wylewanie pomyj na ministra zdrowia za to, że rozwalił świetne układziki finansowe między misterstwem a koncernami medycznymi? Może i jest, ale bardziej wierzę ministrowi niż "obiektywnym" mediom, które co kilka stron, lub co kilkanaście minut na antenie reklamują Neo-Anginy, Upsariny i inne gówno.
Szukając winnych stadionowej przemocy, media powinny zacząć od siebie. Od lat w pogoni za sensacją uczyniły ze stadionowych chuliganów bohaterów medialnych, a nierzadko próbowały nawet uzasadniać ich wyczyny. Parę lat temu w programie "Pod napięciem" nadawanym w TVN rozpaczano na temat rzuconego noża i tragedii, jaka spotkała Wisełkę. Przed meczem z Lazio TVN pokazywała wiślaków przebranych w koszulki Lazio (te z przyjacielskiej wymiany po pierwszym meczu) i pokazywała żądnych krwi kibiców. Gdyby po meczu doszło do rozróby, pewnie wszyscy byliby winni, tylko nie media, "bo co miały robić, nie informować". Takie działanie jest zwykłym przestępstwem - podżeganiem do popełnienia czynów zabronionych. Więc czemu się dziwić? Po prostu duża część dziennikarzy to takie same prymitywy jak osiłki tłukące się na stadionie. Debil zawsze będzie debilem, nawet jeżeli nosi w kieszeni dyplom wyższej uczelni.
Co dalej będzie i co należy robić? Może powiem rzecz dziwną i niepopularną, ale według mnie nie trzeba robić niczego poza skutecznym egzekwowaniem istniejącego prawa. Po prostu karać surowo, ale zgodnie z prawem a nie z głosem opinii publicznej, karać szybko i bez rozgłosu. Ze strony państwa to wystarczy. Kluby sportowe, powinny natychmiast odebrać akredytacje tym dziennikarzom, którzy szczególnie lubują się w relacjonowaniu rozrób, przy okazji dowartościowując chuliganów np. robiąc im fotki, czy cytując ich wypowiedzi. Jeżeli bardziej od meczu interesują się rozróbami, to niech oglądają mecze z trybun wśród swoich obiektów zainteresowania, a nie w wygodnym sektorze prasowym wraz z wyżerką.
Nie jest prawdą, że rządy zachodnie w walce z przemocą na stadionach podejmowały jakieś specjalne przedsięwzięcia. Wyjątek stanowi Wielka Brytania, ale nie dlatego, że rząd żelaznej Margaret pokonał chuligaństwo stadionowe metodami naszego stanu wojennego, tylko dlatego, że UEFA na kilka lat wyrzuciła wszystkie angielskie kluby z rozgrywek w europucharach. Ojczyźnie futbolu groziła po prostu likwidacja zawodowej ligi piłkarskiej.
Osławiony "zakaz stadionowy", czy monitoring nie są żadnymi środkami nadzwyczajnymi. Jeżeli mam dyskotekę i ten sam koleś dwa razy zrobił mi zadymę, to bez żadnego nadzwyczajnego prawa mówię ochroniarzowi, że ma go więcej nie wpuścić. A później wszyscy właściciele dyskotek w mieście wymieniają listy rozrabiających klientów. Kamery od dawna są w bankach, na parkingach i w sklepach. A proponowany tryb doraźny sądzenia za rozróby? Cóż, za komuny był to tryb zwykle stosowany w takich sytuacjach.
Moda sama odchodzi, tam gdzie przyszła najwcześniej, także najwcześniej odejdzie. Nie przypadkiem najbezpieczniejszymi obecnie stadionami Europy są te, które 20 lat temu były prekursorami i symbolami przemocy (np. stadiony w Liverpoolu, Amsterdamie, Marsylii czy Mediolanie). Moda z Zachodu, szczególnie przy pozytywnych wzorcach, przybywa do Polski z poślizgiem i tak samo jak na Zachodzie najpierw przychodzi do dużych miast, potem trafia na prowincję. Wbrew temu co piszą dziennikarze, niebezpieczne jeszcze parę lat temu stadiony Legii, Lecha, Wisły czy Widzewa są obecnie najbezpieczniejszymi obiektami w Polsce. Podobnie wygląda sytuacja na meczach reprezentacji, które jeszcze niedawno rozgrywano w małych miastach właśnie z obawy przed zamieszkami. Wrzucenie Legii do jednego worka z Arką Gdynia jako klubu popierającego przemoc stadionową dowodzi, że poziom autora jest zbliżony do poziomu uczestników zadymy we Wrocławiu. Prawdopodobnie taki pismak z burakowa opiera swoje opinie na opowieściach "kibiców" - swoich kolegów z rodzinnego miasta, którzy wspominają jak podczas ostatniego meczu w ekstraklasie ich drużyny, jakieś 10 lat temu, bili się z bandziorami z Warszawy. Tyle, że do Warszawy i innych dużych miast Polski dociera już zachodnia moda na efektowne oprawy spotkań ligowych, a nie efektowne rozróby. Najbardziej niebezpieczne są dzisiaj stadiony drugiej i trzeciej ligi, zwłaszcza tam, gdzie kibiców jest niewielu, a wyniki drużyn mizerne, co jest kolejnym argumentem za reformą rozgrywek ligowych i systemem licencji.
Przemoc nie zniknie. Niektórzy lubią się bić, a wyrzuceni ze stadionów przeniosą się gdzie indziej. We Wrocławiu dwie grupy umówiły się na bijatykę w centrum miasta. Z jakiej racji uczestników tej rozróby nazywa się kibicami, czy nawet pseudokibicami. Kiedy dwie ekipy prały się tasakami po głowach, kibice siedzieli na stadionie i oglądali mecz. Jeżeli dwie wsie tłuką się między sobą po sobotniej dyskotece to czy ktoś mówi, że bili się kibice? A gdzie jest różnica między bójką po wiejskiej dyskotece a tą we Wrocławiu? Że część uczestników miała szaliki i umówili się telefonicznie? Czy każdy kto kupi klubowy szalik i narozrabia na mieście obciąża klub i staje się kibicem? Pytania proste - konkluzja też, ale polemika z wieloma "fachowcami" od futbolu nie ma sensu. Koleś, który wypisuje bzdury w gazecie sam tak nienawidzi Legii, że gdyby miał więcej niż 165 cm wzrostu, trochę siły i odwagi, sam chętnie wpieprzył by paru warszawiakom.
Rozróby z czasem wyniosą się poza stadiony i przestaną być kojarzone z futbolem. Rynek i zmiany w polskiej lidze przyspieszą i dokończą sprawę. Dla porządnych klubów rozróby staną się na tyle dolegliwe finansowo, że same będą żądały od Policji skutecznego usunięcia chuliganów. Kluby, które dogadują się ze swoimi chuliganami, bo poza nimi nie mają innych kibiców, splajtują lub spadną do niższych grup rozgrywkowych. Może 500 chuliganów kupi od czasu do czasu bilet na mecz i pozwoli klubowi wegetować, ale nie zapłacą długów i nie zbudują nic na stadionie, najwyżej zdemolują to co jeszcze pozostało. Moda na rozróby mija i za kilka - kilkanaście lat będzie już historią. Ci, których fascynują rozróby, powinni się udać do Afryki lub krajów arabskich. Tam moda na ligowe i pucharowe mordobicia właśnie wkracza i to z wielkim rozmachem. Sypiące się i kilkakrotnie przepełnione stadiony to wymarzone warunki do rozrób. Obserwując wydarzenia w krajach arabskich i afrykańskich można mieć pewność, że nowa moda zostanie przyjęta entuzjastycznie i zadomowi się na dłużej. Gdy za 7 lat finały Mistrzostw Świata odbędą się w Afryce może być zabawnie, szczególnie gdy przegra drużyna gospodarzy, lub gdy np. wściekły tłum wparuje na boisko i zlinczuje sędziego na oczach telewidzów z całego świata... i jaka oglądalność będzie.
Felieton
Moda z importu
niedziela, 6 kwietnia 2003 00:25
Poll