Powiało grozą po meczu z Wisłą. Zdaje się, że do środowisk legijnych dociera powoli, co znaczy dla klubu niezakwalifikowanie się do pucharów w tym sezonie. A sytuacja nie jest szczególnie zaskakująca, bo mam wrażenie, że na porażkę w obecnym sezonie zapracowano sumiennie w ostatnich miesiącach. Trzeba być cynikiem albo idiotą, żeby uważać, że osłabiany z sezonu na sezon klub będzie z podobnym powodzeniem rywalizował o krajowy czempionat. Szczególnie wobec faktu, że rywale regularnie się wzmacniają.
Już zeszłoroczne mistrzostwo było bardziej wywalczone niż wygrane. Legia dała radę, ale oczywiste wydawało się, że musi dostać zastrzyk świeżej krwi, żeby móc spokojnie rywalizować z Wisłą. Tymczasem tę krew odprowadzono... Szczególnie w przerwie zimowej.
Dlaczego przegraliśmy z Wisłą
O ile siła ognia zawsze była atutem Wisły, o tyle obrona Legii była w stanie wytrzymać napór wiślaków. Była, ale tylko do zimy. To co działo się w środę w Krakowie na naszym przedpolu można rozważać tylko w kategoriach rozpaczliwych. No, ale skoro klub musi pozbyć się najlepszego obrońcy i bardzo solidnego bramkarza tuż przed startem rozgrywek...
Omeljańczuk jako facet szybki, dynamiczny i zwinny znakomicie uzupełniał Jóźwiaka i Zielińskiego preferujących styl bardziej... hm dostojny i zaporowy. Jarzębowski gra zaś podobnie do dwóch dostojników... a że piłka jego nogi na ogół nie słucha, mamy plagę rozpaczliwych wybić balonem w górę lub wprost do rywali.
O ile obrona równoważyła atak Wisły, o tyle to zwykle linia pomocy przeważała szalę zwycięstwa na korzyść Legii w ostatnich meczach. Podobnie było w środę. Przez pierwsze 20 minut meczu i początek drugiej połowy legioniści rządzili na boisku. Dopóki wystarczało sił biegać za szybko rozgrywaną piłką, Vuković, Dudek, Surma, Kiełbowicz oraz Nuhi panowali nad sytuacją. Gdyby sędzia uznał gola Surmy z tego okresu gry, może byłoby po meczu, może przynajmniej udałoby się wywieźć z Krakowa punkt. Jednak sił szybko zabrakło, nad czym paru komentatorów oglądających ostatnie mecze Legii już się zastanawiało.
Importowani sędziowie gola nie uznali i przebieg reszty spotkania na szczycie obnażył słabości naszego zespołu. Nie mający siły biegać pomocnicy Legii stanowią stosunkowo małe zagrożenie dla rywala. Ich siła ognia jest minimalna. Kiełbowicz, który jako jedyny ma tzw. ciąg na bramkę i potrafi wpaść w pole karne z piłką przed obrońcami, ograniczył swą grę do prostego schematu, wbiegam i wrzucam do Svitlicy. Bez względu na to, gdzie jest bramka, gdzie bramkarz, a gdzie Svitlica. Gdyby Kiełbowicz miał dawny nawyk strzelania, nawet z ostrzejszego kąta, może mielibyśmy ten punkt mimo wszystko. I nie chodzi mi tu o nawyk strzelania do własnej bramki... Zatem poza Surmą wszyscy pomocnicy boją się strzelać. Nieważne czy z bliska, czy z daleka. Podobną indolencję z reguły prezentuje również Kucharski, choć w Krakowie próbował przełamać ów wstręt do kopania na bramkę. Efekt? Legia strzela gole wyłącznie z pola bramkowego, żeby nie napisać, że idealny dystans dzielący snajperów Legii od bramki to dwa - trzy metry. Tak padały gole przeciw Amice, tak strzeliliśmy Wiśle. Pewną regułą jest także to, że gole te padały po zagraniach... rywali i były (poza karnym) czymś w rodzaju dobitek. W Warszawie z Amiką piłki wystawiał Szamotulski, w Krakowie Kosowski. A to jedyne pierwszoligowe gole Legii w tym sezonie! Meczu z Pogonią nie traktuję w kategoriach miarodajnych.
Gra ofensywna Legii jest schematycznia do bólu. Zaprzestano efektywnych podań prostopadłych, gra z klepy jest coraz rzadsza, a podejmowane próby kończą się najczęściej stratą piłki. Rozpaczliwe szukanie Svitlicy w polu karnym stało się przewidywalną manierą. Sam Stanko także zagubił gdzieś dawny nawyk szukania najkrótszej drogi do strzału w polu karnym. Kiedyś przyjmował piłkę, zwodem lub dwoma odsuwał sobie obrońcę i walił. Teraz odgrywa, przymierza się, bawi się w koronkowe zagrania z Kucharskim i Vukovicem – najczęściej jedno z podań jest niecelne i akcję szlag trafia. Stąd zerowe konto Legii przeciw Górnikowi i Groclinowi. Stąd brak siły w ataku w Krakowie, kiedy już przegrywaliśmy i nie było czego bronić, to nie było także komu huknąć na bramkę.
Co więcej, legioniści nauczyli się nie dbać o marnowane sytuacje podbramkowe. Odnoszę wręcz wrażenie, że nic sobie ze zmarnowanych setek nie robią. W środę kilka razy brakowało tylko jednego podania, żeby znaleźć się samemu przed Piekutowskim. Tyle że to podanie albo nie następowało, albo było niecelne, albo podający podawał w zupełnie innym kierunku... istne legijne dzieci we mgle uprawiające nieznośną lekkość bytu. Irytowało to tym bardziej, że Wisła nie potrafiła wykorzystać większej liczby sytuacji. Tyle, że przynajmniej kończyła je strzałami. I aż się prosiło, żeby w końcówce niewykorzystane sytuacje zemściły się na gospodarzach. Ale kiedy już dochodziło do dogodnej sytuacji strzeleckiej dla Legii – jak w końcówce - następowała słynna plątanina podań i nieudaczności. A to Svitlica zapętlił sobie piłkę pod nogami 6 metrów przed bramką, a to podał nie w tempo do nadbiegającego, a to w końcu nadbiegający był o dwa metry za daleko, a to do toczącej się wzdłuż bramki piłki nie miał kto dołożyć nogi. Uff. Oglądanie Legii w takich sytuacjach jest męką.
Zaś największym grzechem legionistów jest seryjne zaprzepaszczanie stałych fragmentów gry. Kiełbowicz specjalizuje się w podawaniu do bramkarza rywali. Paradoksalnie gol Svitlicy padł po zagraniu z rogu do... Kosowskiego. Reszta kornerów czy wolnych to istna rozpacz i nieudolność. Jeśli dobrze pamiętam, nikt nie oddał strzału na bramkę po podaniu kolegi ze stałego fragmentu gry. Nie wiadomo, kto ma główkować, kto do kogo podawać. Jeszcze niedawno po takich zagraniach padały decydujące gole z Utrechtem, Wisłą itp. Wszystko gdzieś uleciało. Gramy stałe fragmenty na drakę i czekamy na błąd rywala. Tyle, że nie każdy ma w obronie juniorów Amiki Wronki.
Czy musieliśmy przegrać?
Przyznam, że drużyną, która rozczarowała mnie bardziej - była Wisła. Przy tej różnicy potencjału piłkarskiego, szumu w mediach wokół długości ławy rezerwowych, liczby klasowych zdawałoby się zawodników, obawiałem się, że Legia z grą jaką prezentowała przed tym meczem może przywieźć z Krakowa bagaż kilku goli w plecy. Tymczasem pierwsze 20 minut pokazało jak w prosty sposób można zneutralizować Wisełkę, mając graczy bez formy, którzy tylko biegają. Legia miała dobrze poukładaną grę i wszystko działało dopóki piłkarze mieli siły wychodzić na pozycje. Niestety, nawet najlepiej poukładany zespół nic nie zwojuje, jak piłkarze gubią piłkę, podają niecelnie, unikają strzelania na bramkę. A wypracowane sytuacje z dziecięcą nieświadomością zmarnowali.
Na ostrzu
Problem z tą porażką nie polega na wyniku 1:2 z Wisłą. Groźne są konsekwencje ligowe i w spadek poziomu piłkarskiego Legii w konsekwencji braku jakiegokolwiek sukcesu w obecnym sezonie. To, że nie ma pieniędzy na stare premie mistrzowskie oznacza, że nie będzie i na nowe, gdyby jakieś mistrzostwo nam jeszcze groziło. Więc z nieobronionym tytułem można się pogodzić, ale czy brak miejsca w strefie pucharowej został także wkalkulowany? Istnieje groźba, że bez miejsca w pucharach klubowi grozi w lecie rewolucja. W najgorszym ze znaczeń tego słowa.
To, że mit prysł wiadomo było wcześniej. Porażka z Wisłą tylko potwierdziła, że w klubie dokonano wielu rzeczy destrukcyjnych. Cudu tym razem nie będzie. Pytanie czy będą działania racjonalne, skoro nie ma na nie pieniędzy, czy raczej walka do krwi ostatniej.
PS Zdaje się, że obrońcy cnót kibicowskich znowu mają pasztet w postaci wyrwanych krzesełek z pewnego sektora....
PS II Pojawiło się kilka polemicznych publikacji, których argumentacje wstrząsnęły mną do głębi. Nie zamierzam jednak wyjaśniać dlaczego wiceprezes z cieciem klubowym nie mogą dokonać serii aresztowań chuliganów. Odpuszczę sobie polemiczną epopeję pt. Jak zdobywać Dziki Zachód (chyba raczej Wschód) – napomknę tylko, że nie obyło się to bez milionów ofiar. Nie podejmę kwestii problemów społecznych w służbie ruchu hools, bo to temat na pracę doktorską. Nie będę też bronić mediów. Nikt z nimi jeszcze nie wygrał, poradzą sobie.
Felieton
Smak paniki
czwartek, 10 kwietnia 2003 09:31
Genezyp Kapen