Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Felieton

Trochę wspomnień

czwartek, 8 maja 2003 12:07
Kacper Halski

W dniu dzisiejszym mija dokładnie 10 lat od meczu ligowego, który nie był zwykłym meczem ligowym, pomimo że jego zwycięzca nie zapewniał sobie niczego, poza pozycją lidera. Zanim jednak przypomnę chwalebne wydarzenia sprzed 10 lat, chciałbym przypomnieć jak wtedy wyglądał futbol w Europie, ponieważ dla wielu młodszych kibiców tamte dni mogą wydawać się odległe.

Piłkarze grali wtedy w krótszych i bardziej obcisłych spodenkach niż dziś, tak samo w mniejszych koszulkach. Dziś powiedzielibyśmy za małych. Bardzo popularne były „plerezy” zwane fryzurami na „czeskiego piłkarza”. Polscy kibice zaś głównie nosili barwy – szaliki z napisami w Polsce były jeszcze praktycznie nieznane. W tabeli za zwycięstwo dawali 2 punkty, najważniejsze mecze pokazywała TVP, relacje z pozostałych słuchało się w S-13, z tym, że wtedy mecze były bardziej skupione – tzn. odbywały się głównie w sobotę o tej samej porze, a wyniki sprawdzało się w telegazecie, o Internecie jeszcze nikt chyba nie marzył. Michał Listkiewicz w tamtym czasie opowiadał, że za kilka lat mecze eliminacji MŚ i ME mają się odbywać na stadionach tylko z krzesełkami, co dla nas wydawało się absurdem, ponieważ na wszystkich stadionach w Polsce były drewniane ławki, a na kilku pojedyncze krzesełka. Zaś sędziowie nie pokazywali w końcówce ile minut doliczają do spotkania.

W Europie rządzili Włosi. Milan był bliski zdobycia PE, ale w finale drugiej edycji LM przegrał z Olimpique M., co było jak na razie jedynym tryumfem francuskiego futbolu w najważniejszym z pucharów. Zresztą w tym meczu chyba po raz ostatni wystąpił na boisku, wiecznie walczący z kontuzjami, Marco van Basten. Puchar UEFA zaś zdobył Juventus, wygrywając - wtedy jeszcze w dwumeczu, już w Dortmundzie z Borussią 3:1.

W Polsce zaś mieliśmy dość interesujący sezon poolimpijski. W zasadzie oprócz Juskowiaka i Koźmińskiego, wszyscy srebrni medaliści, bohaterowie IO, grali nad Wisłą. Liga była naprawdę ciekawa, 5 zespołów (Legia, Łódzki KS, Widzew, Ruch i Lech) do ostatniej kolejki walczyło o tytuł. Potem jeszcze działy się dziwne rzeczy w piłkarskiej centrali, czego efektem były zamknięte drzwi w pucharach dla MP - Legii i wicemistrza ŁKS-u. Lech, który zagrał w eliminacjach LM, dostawszy się tam kuchennymi drzwiami, po raz drugi odpadł, tym razem przegrywając u siebie 1:5 ze Spartakiem.

Zanim jednak te wydarzenia miały miejsce, 8 maja 1993 na wypełnionym Stadionie WP doszło do meczu na szczycie. Na trybunie otwartej i krytej, wtedy jeszcze z drewnianymi ławkami, mieściło się więcej kibiców niż obecnie. Kibice z Łodzi, w liczbie około 1000, obwieszając wielką flagę w czerwono-białych barwach z napisem „Warszawa” i z herbem Widzewa na tarczy syrenki, siedzieli na łuku od strony Łazienkowskiej. W sumie tego dnia piłkarzy oklaskiwało około 18 tysięcy kibiców, w tym zapewne 15-letni Tomek Jarzębowski. Legia wystąpiła w biało-zielonych koszulkach, czarnych spodenkach i getrach, z „eLką” na piersi, bez nazwy sponsora, zaś Widzew na biało z reklamą „Cin-Cin”.
Zaraz na początku meczu, po pierwszej akcji, gospodarze wywalczyli rzut różny. Po jego rozegraniu Radek Michalski, który debiutował w Legii we wrześniu ’92, zmieniając jednego z bohaterów meczów z Sampdorią, Jacka Bąka i który od niedawna był podstawowym piłkarzem Legii, strzelił gola. Radość była niesamowita. Kibice przyjezdni zamilkli. „Mamy lidera, w Warszawie mamy lidera” dało się słyszeć na całym stadionie. Układ tabeli dawał Legii prowadzenie w przypadku zdobycia dwóch punktów. Piłkarze więc grali i walczyli dalej, pomimo że dwóch kluczowych piłkarzy doznało kontuzji i jeszcze przed przerwą opuścili plac gry. W 75 minucie wydarzyła się rzecz fatalna. Marek Koniarek, po rzucie wolnym, trafił do tej samej bramki, co Radek, czyli tam, gdzie siedzieli kibice z Łodzi. Teraz my zamilkliśmy. „Mamy lidera...” dało się słyszeć z drugiej strony stadionu. Ostatnie 15 minut trwał natarczywy atak na bramkę gości, którzy się dzielnie bronili. Chyba już w doliczonym czasie Marek Jóźwiak, tak ten sam „Beret”, który rządzi i dzieli również dziś na obronie Mistrzów Polski, wykonywał rzut z autu w pobliżu pola karnego gości. Piłka trafiła do Szestakowa, który nie należał do wyróżniających się piłkarzy Legii w ówczesnym sezonie, a który ją kopnął gdzieś w okolice pola karnego. Znikła ona wszystkim z oczu, nie było wiadomo co się z nią dzieje. Nagle znalazła się sześć metrów od bramki gości, na wysokości lewego słupka przy nodze... Maćka Śliwowskiego. Najskuteczniejszy napastnik Legii, legijna „dziewiątka”, już wiedział co z tym prezentem zrobić. Bramkarz stojący na środku bramki, nie miał żadnych szans, żeby zdążyć. Chwilę po wznowieniu od środka przez gości, sędzia skończył mecz. Tysiące kibiców Legii jeszcze długo świętowało to ważne i prestiżowe zwycięstwo. Był to przedsmak przed prawdziwymi sukcesami klubu, w kraju i na arenie międzynarodowej.


8 maja 1993, Stadion WP w Warszawie

Legia – Widzew 2:1 (1:0) 1:0 Michalski (1); 1:1 Koniarek (75), 2:1 Śliwowski (90)

Widzów 18000. Skład Legii: Robakiewicz – Jóźwiak, Ratajczyk (Zieliński), Kruszankin, Jałocha – Szestakow, Michalski, Pisz (Zub), Czykier - Śliwowski, Kowalczyk

Podaj ten news dalej: