Adam Godlewski: Spodziewał się pan, że w rundzie wiosennej powróci, po wielu latach, do ścisłej czołówki ligowych napastników?
Marek Saganowski: Nie wiem czy plasuję się znów tak wysoko w krajwej hierarchii, ale po zimowych przygotowaniach byłem pewien, że – jeśli dostanę szansę – to się przełamię. W sparingach rozgrywałem zawsze tylko jedną połowę, ale zdobywałem dużo goli. To już był procent od ciężkiej pracy, którą wykonałem na treningach.
To prawda, że powiedział pan, iż okropny wypadek motocyklowy, któremu uległ pan przed kilkoma laty to małe piwo z metodami szkoleniowymi Okuki?
- Dowcip tej treści krążył w Legii podczas zgrupowania na Cyprze, ale nawet nie wiem, czy to ja byłem jego autorem. Zasuwaliśmy rzeczywiście bardzo ciężko, lecz jeszcze mocniej musiałem pracować u Felixa Magatha, gdy byłem zawodnikiem HSV Hamburg.
Spisywał się pan świetnie w zimowych grach kontrolnych, tymczasem mecze o punkty rozpoczynał pan na ławce rezerwowych. Nie było to wkurzające?
- Nie zwykłem komentować decyzji trenerów. Dragormir Okuka miał swoją koncepcję, której mocno się trzymał. Mojej osoby nie uwzględniał, więc nie pozostawało mi nic innego, jak tyrać na treningach. I czekać na szansę.
Serb dość szybko postanowił pana sprawdzić. Nie zawiódł pan nadziei trenera, a jednak to nie zagwarantowało awansu do wyjściowej jedenastki. Musiał pan mieć o to pretensje.
- Dajmy już spokój temu tematowi. Życie różnie się układa, a mnie doświadczyło w sposób szczególny. Dlatego zawsze, gdy coś nie idzie po mojej myśli, winnych zaczynam szukać od siebie. I nigdy publicznie się nie wytrząsam. Jaki bowiem sens miałyby dziś skargi na Ryszarda Wieczorka, który przedwcześnie przekreślił mnie w Odrze? Żadnego. Najważniejsze jest to, że udowodniłem, iż warto na mnie stawiać.
A nie żałuje pan, że przed rozpoczęciem rundy wiosennej podpisał pan nowy, długoletni, kontrakt z Legią? W umowę wpisano sumę odstępnego – milion euro – więc z góry wiadomo, że teraz trudno będzie znaleźć panu zagranicznego pracodawcę.
- To było bardzo dobre posunięcie. Potrzebuję stabilizacji, chcę się na dłużej związać z Legią. To dobre miejsce na wywalczenie silnej pozycji w polskiej piłce. Na dodatek wiem już – dzięki, doświadczeniom zdobytym w Odrze – że piłkarzy, którym się kończą kontrakty, po prostu się skreśla.
Ile zamierza pan zdobyć goli w obecnej rundzie?
- Mam oczywiście swoje marzenia i plany, ale nie będę ich zdradzał. Nie chcę się narażać na ewentualne drwiny, gdyby coś nie wyszło.
Myśli pan o dziesięciu trafieniach?
- Zdradzę to dopiero po zakończeniu sezonu. A na razie mogę powiedzieć, że gol zdobyty w meczu z Polonią wcale nie był najpiękniejszy w mojej karierze. Nawet w zimowych sparingach strzelałem ładniejsze bramki.
Nabrał pan ostrożności po zmarnowanych sezonach, w których nie potrafił pan pozbierać się po wypadku?
- Nie. Nigdy nie lubiłem rzucać słów na wiatr. Inna sprawa, że rehabilitacja i mozolne odzyskiwanie utraconej pozycji nauczyły mnie pokory. I wytrwałości. Miałem kilka momentów zwątpienia, w których nie poradziłbym sobie bez wsparcia żony, Kamili.
Zawsze wierzył pan w powrót do wysokiej formy?
- Oczywiście! Gdyby było inaczej, to pewnie dziś pracowałbym w innym zawodzie.
A do wykonywania jakiego fachu jest pan przygotowany?
- Mam wykształcenie średnie ogólne. Więc pracy musiałbym się dopiero nauczyć. Myślałem też o studiach, najlepiej trenerskich. Parę groszy udało mi się odłożyć, więc zastanawiałem się także nad otwarciem jakiegoś interesu. Poważnych planów jednak nie snułem, bo nie dopuszczałem myśli, że mogę nie wrócić na boisko.
Żonę poznał pan ponad dziesięć lat temu, gdy była czternastolatką. To rzadko spotykane, żeby młodzi ludzie tworzyli tak trwałe związki.
- Nie, to bardzo proste – my się po prostu bardzo kochamy.
Planujecie powiększenie rodziny?
- Owszem, ale jeszcze nie w najbliższym czasie. Dotąd brakowało stabilizacji, której nie sprzyjały przeprowadzki. Odkąd jednak podpisałem czteroletni kontrakt z Legią coraz częściej bardzo poważnie rozmawiamy o dziecku.
A wsiądzie pan jeszcze na motor?
- Od wypadku minęło pięć lat, a ludzie wciąż mi tę kraksę wypominają. Była okropna, ale nie wybiła mi motocykli. Na pewno będę jeszcze na nich jeździł. Ale dopiero po zakończeniu kariery.
Miał pan czas, po przeprowadzce do Warszawy, na wyjście z żoną do kina lub teatru?
- W kinie bywamy dość często, razem z Łukaszem Surmą i Arielem Jakubowskim, który przyjeżdża do nas z żoną z Płocka. Ostatnio widzieliśmy „Gangi Nowego Jorku”. I bardzo się wszystkim podobały. A do teatru cały czas się wybieram. Już od pół roku. I na pewno trafię na jakiś spektakl, ale chyba już po sezonie.
Rozmawiał Adam Godlewski