Przed paroma laty w radiu emitowana była piosenka kabaretowa z refrenem: „Zamknijcie stadiony wszystkie w mig, ludzie o co ten cały krzyk.” Poszczególne zwrotki dotyczyły różnych instytucji, które działały źle i które należało zamknąć, by problem zniknął.
Koncepcja utrzymywania stadionów z dala od kibiców znajduje epigonów.
Pasożyty na trybunach
Stołeczne derby rozgrywano w obecności garstki kibiców, żeby policja w razie czego miała przewagę liczebną. Widzew zaprasza na swój stadion ograniczoną do minimum liczbę legionistów, żeby nie zarobić na sprzedanych biletach. Policja z ochroną od lat robią wszystko, aby kibiców przyjezdnych zniechęcić do przychodzenia na mecze. Parę tysięcy tychże wciąż pcha się na trybuny, jakby niczego innego nie miała do roboty, powodując zamęt, hałas i domagając się zwycięstw.
Wiele klubów niższych lig, a w coraz większej liczbie – przedstawicieli ekstraklasy udowadnia, że można z powodzeniem grywać bez kibiców, lub wobec ich garstki. Udowadniali jak dotąd, że prawa rynku nie imają się piłki.
Opaśli prezesi reprezentujący tzw. teren, rumiani przedstawiciele centrali, w końcu władze miast i klubów przez lata opanowali system, jak poruszać się w półświatku futbolowym z pominięciem elementarnych zasad rządzących każdym szołbiznesem. Przeciętnego śmiertelnika nie stać na ignorowanie takiego zjawiska jak popyt. Prezesów klubów – stać. Żaden biznes nie wypali jeśli nie będzie miał klientów. Żaden aktor czy rockman nie popełni samobójstwa, występując przy pustych salach. Nasze kluby – i owszem.
Potem wysłuchamy w mediach biadolenia jak to jest ciężko, chudziuchno, jak piłkarze nie dostają pensji, jak klubom grozi plajta, jak w ogóle wszystko się sypie, bo źli inwestorzy odwrócili się od piłki.
I bardzo dobrze, że się sypie. Niepokojące byłoby, gdyby się rozwijało przy takim podejściu. Bo każdy śmiertelnik pragnący kupić karnet, bilet, szalik, abonament tv, chcący zapłacić za parking przed klubem, to pieniądze, które leżą na ulicy przed klubem i po które zadufane władze klubu nie zamierzają się schylić. Co więcej, nie zamierzają z popularności swego klubu uczynić atutu przetargowego w negocjacjach ze sponsorami. Nasz światek piłkarski wciąż nie pojął, że gra dla widzów, telewidzów, radiosłuchaczy, kibiców, czyli że świadczy usługę rozrywkową dla swoich klientów. I że to dzięki nim może zarabiać. Jednak najbardziej opasły prezes klubu może stracić rynkowe poczucie rozsądku, kiedy telewizja płacąca klubom jest deficytowa i nie wiadomo z czego płaci, choć płaci; kluby nie wiadomo z czego żyją, ale jakoś żyją, kibice stronią od stadionów i dobrze, bo kluby nie chcą ich w nadmiarze. Futbol w takich warunkach okazuje się kolejnym ważkim problemem społecznym, który wymaga co najmniej interwencji rządu. A mógłby być kurą znoszącą złote jaja...
Towar reglamentowany
Denerwują mnie akcje społecznikowskie, szczególnie te podejmowane w imię spraw, które można rozwiązać systemowo. Na przykład „Akcja pełny stadion”. Szczytna, nieprawdaż? Tylko dlaczego u diaska na wypełnieniu stadionu zależy tym, którzy płacą za to wypełnianie, a nie tym, którzy biorą za to wypełnianie pieniądze? Dopychanie kibiców przez kibiców utrzymuje tylko obecny stan rzeczy, zamiast dać mu się zawalić z pożytkiem dla wszystkich.
Czytam, że klub opchnął karty dla karneciarzy, a potem nie zadbał, by ten, kto zapłacił dostał tę kartę. A potem jeszcze czytam, że właściciele Legii to biznesmeni, wielcy inwestorzy, wizjonerzy operujący sporymi sumami. Otóż biznesmenowi, który nie szanuje swojego klienta nie powierzyłbym prowadzenia straganu z marchewką, nie tylko klubu piłkarskiego. Bo zasada jest taka, że klient zadowolony może zostać stałym klientem, a klient raz nacięty, nigdy nie wróci. Chyba, że... jest kibicem.
Smak zabaw S/M
I tu mam wrażenie leży pies pogrzebany. Otóż klasa sterująca piłkarstwem i okolicami żeruje na przywiązaniu do barw – szczególnie tych, którzy jeszcze to przywiązanie demonstrują. Kibic jawi się jako masochista, który zniesie wiele, by być blisko swej ukochanej drużyny. Długo bez piłki i drużyny nie wytrzyma. Zatem nie trzeba wcale dbać o jego komfort na meczu, nie trzeba szanować ani jego samego, ani jego pieniędzy. Można sprzedawać mu bilety w najgorszym czasie, w jednej kasie, można upokarzać go przy wpuszczaniu na coś co przy odrobinie dobrej woli można by nazwać stadionem. Wprowadzać przez jedno wąskie wejście, żeby utrudnić w tłoku oddychanie. Można w końcu poszczuć go policją, która zaoferuje (zupełnie gratis) dodatkowe atrakcje: oglądanie konia wierzchowego od strony kopyt, grę w dwa ognie przy użyciu kul gumowych, pomoc przy wchodzeniu i wychodzeniu przez dowolne drzwi, trzydzieści rewizji w środę trzydzieści w sobotę itp. Można kibica naprowadzić na innych-wrogich kibiców, którzy metoda niewerbalną wybiją mu kibicowanie z głowy na jakiś czas przynajmniej. Dodatkowo można kibica ukarać zakazem wejścia na to, co coś, co przypomina stadion. Czyli nie płaci i nie wchodzi.
Reglamentację można zrozumieć w warunkach gdy trybuny trzeszczą w szwach i biletów nie ma. U nas sytuacja taka jest prawie nierealna. Realna jest sytuacja, kiedy stadion jest pusty, a biletów się nie sprzedaje, bo nie. W imię idei, przez przekorę, na złość, przeciw PZPN-owi itd. W duchu zasad, że najlepiej wylać dziecko z kąpielą (patrz strofa piosenki z pierwszego akapitu). W PRL-u wyglądało to podobnie. W sklepach było pusto i też nic się nie sprzedawało. Widzew ma miejsce np. na tysiąc kibiców przyjezdnych, ale woli sprzedać tylko minimum wymagane przez PZPN, bo po co miałby zarobić? A tak co znamienitsi piłkarze łodzian będą mogli pieprzyć w Canal Plus, ile to klub ma zaległości. I przy takim podejściu do sprawy zaległości staną się nieodłącznym elementem wizerunku Widzewa.
Precz z kibicowaniem
Tylko kibic pozwoli traktować się w ten sposób i wiernie przyleci zapłacić za karnet na następny sezon. Oczywiście w tłoku, kilometrowej kolejce, w godzinach pracy. Bo jego miłość nie pozwala mu zachować się w sposób rynkowy – czyli nie płacić za bubla, olać kogoś, kto kibica nie szanuje. Natomiast niechęć aparatczyków klubowych do kibiców nie pozwala rozprowadzać biletów w sprzyjający kibicowi sposób. Nieudostępnianie biletów w wolnej sprzedaży w całym mieście i nie tylko jednym, kładę na karb ogromnego samozaparcia i wyrzeczeń jakie władze np. Legii muszą ponosić. Opieranie się rynkowej logice przez tyle lat może świadczyć jedynie o kulcie wobec jakiejś wielkiej i niepojętej dla zwykłych śmiertelników idei - nakazującej zachować wstrzemięźliwość w rozprowadzaniu kart wstępu poza jedną obszczaną kasą. Bo gdzieżbym śmiał posądzać o głupotę. Może co najwyżej o wstręt do żywej gotówki i do kibiców. Ci zaopatrzeni w bilety np. w sieci EMPiKów czy w dowolnych innych punktach miejskiej sprzedaży mogliby stawić się na meczu w sile kilkunastu tysięcy i prezes - alergik na kibiców musiałby dochodzić do siebie przez następne dwa tygodnie. Trzeba liczyć już tylko, że w końcu jakiś prezes okaże się sadomasochistą i sprzeda bilety w jakiejś sieci i następnie pójdzie na mecz z rozkoszą cierpienia na twarzy, narażając się kontakt z kibicami, których nie znosi.
Czas przywołać pewien dylemat Zbigniewa Bońka: „Jak to jest możliwe, że kluby są biedne, a piłkarze bogaci, bo wyciągają od tych klubów astronomiczne pieniądze?” Ciśnie się na usta pytanie skąd kluby mają te pieniądze i następne: dlaczego w piłce nie działa prawo popytu i podaży? Oraz jeszcze jedno: czy można mieć pieniądze nie mając kibiców - poza Monaco oczywiście? Otóż polski przykład dowodzi, że można, proszę Państwa. Pytanie tylko, czy długo jeszcze. Znamienne jest dla naszego futbolu, że coraz większe sukcesy zarówno sportowe, jak i finansowe odnoszą kluby, które z natury usytuowania na mapie nie mogą mieć kibiców. I jak widać nie bardzo ich do szczęścia potrzebują. A to, że wpływy z biletów sprzedanych na mecz Inter – Milan wyniosły 2,5 mln euro można potraktować jako niegroźne s-f. Wszak Polacy nie lubią pieniędzy zarabiać, tylko lubią je dostawać. Wkrótce koniec sezonu i wejdziemy w kolejny sequel serialu s-f pt. szukanie inwestora strategicznego, który da – jak jałmużnę żebrakom.
Sado czy maso
Wielokrotnie spotykam się z zarzutami, że nie przygotowuję recept, tylko opisuję ponure diagnozy. Otóż uznałem, że leczyć powinien lekarz nie pacjent, a zanim zaaplikuje końską dawkę leku, powinien upewnić się czy właściwie określił chorobę. Grypa i SARS są podobne w paru objawach, co nie znaczy, że leczy się je tak samo. Uzdrawianie futbolu to nie misja dla kibiców, tylko dla osób, które na futbolu chcą u nas zarabiać lub dzięki niemu promować się. A ponieważ kuracja w polskim przypadku wymaga użycia sił kilku klinik zaopatrzonych w najnowocześniejsza aparaturę, temat uzdrowicielski poruszę w przyszłości.
Kibic wielokrotnie narzeka, że piłkarze grają za pieniądze, a nie z miłości, że kalkulują, handlują, nie przykładają się. Narzeka, że futbol stał się mało romantyczny. Niemniej nie może zapobiec takiemu obrotowi sprawy. Bo ma wybór – futbol taki jaki jest albo żaden, bo innego nie ma.
Mogę tę kwestie rozważać odnośnie do kibiców, którzy chodzą lub jeszcze chodzą na mecze. Ich niska liczba w skali społecznej świadczyłaby, że znaczna grupa przestała kibicować lub że kibicuje z ukrycia. Czyli że kluby i związek osiągnęły swój cel – pozbyły się wielu tysięcy miłośników futbolu ze stadionów. Policja ma łatwiej, kluby nie muszą budować trybun, zarobki piłkarzy i trenerów i tak nie zależą przecież od frekwencji, mniej ludu ogląda boiskowy paralityzm gwiazd ekstraklasy i zasuwać nie trzeba co mecz.
Zanim jednak zostawię Państwa z tą smutną konstatacją, napiszę tym razem, co może polski kibic. Otóż kibic ten może spróbować urynkowić swoje kibicowanie. Wziąć futbolowe środowistewko na przeczekanie. Nie kupować biletów w warunkach urągających trzodzie chlewnej, nie starać się o karnet za wszelką cenę. Przychodzić wtedy, kiedy kibicowi pasuje.- na najlepsze mecze, kiedy piłkarze i klub zadeklarują walkę, że podejmą wysiłek i uraczą kibica dobrą grą, nawet jeśli przegrają. To klub musi utrzymać drużynę, nie kibice, to klubowi powinno zależeć. W końcu to działacze i piłkarze ośmieszyli bycie z klubem na dobre i na złe, to oni lecą tam gdzie szmal. Wobec tego nie widzę żadnego powodu, aby za własne pieniądze narażać się na szereg nieprzyjemności ze strony instytucji, której nazwę miałbym jeszcze opiewać w pieśniach, będąc na trybunach stadionu. Tymczasem zamiast wzajemnego szacunku, polski świat futbolowy w obecnym kształcie oferuje tylko wzajemną pogardę.
Bo kibic zawsze będzie się narażał na pogardę ze strony tych, którym kibicuje, a którzy dostają pieniądze bez względu czy mają kibiców, czy nie. I kibic będzie sam nosił pogardę w sercu za to, co musiał przejść, podczas gdy jego klub przegrał mecz, który był dla kibica szczególnie ważny, a przegrał, bo piłkarze nie przyłożyli się. Bo kto inny zapłacił więcej, albo uznali, że nie ma dla kogo się starać. Jeśli zobaczę Legię grająca w Łodzi z podobnym zaangażowaniem jak w Wodzisławiu, będę miał jasność co jest grane. Państwo mam nadzieję także.
PS. Jak zaczynałem przygodę z Legią, trafiłem w krótkim odstępie czasu na dwa mecze ( z Zagłębiem Sosnowiec i Wisłą Kraków)w sposób bezczelny odpuszczone lub/i sprzedane. Pamiętam słowa pieśni, którą ówcześni kibice żegnali piłkarzy: „dziękujemy, więcej nie przyjdziemy”.