Sędzia Zbigniew Marczyk nie ma sobie nic do zarzucenia. Uważa, że jego postępowanie jako arbitra, pedagoga i mężczyzny było nienaganne.
Arbiter z Piły twierdzi, że Saganowski nie był faulowany w polu karnym, że nie pił alkoholu, nie kontaktował się z działaczami Szczakowianki, zaś dwie młode, śliczne i skąpo przyodziane damy były kuzynkami jego asystenta. To, że Marczyk pił alkohol trudno udowodnić. Czy dziewczyny były kuzynkami Andrzeja Jeremko, też nie wiadomo, nikt ich nie legitymował. Ale czułe pożegnanie z dyrektorem klubu Jerzym Frenkielem, bądź co bądź działaczem Szczakowianki, dziennikarz Życia Warszawy widział na własne oczy. Tego jednak nauczyciel wf z Piły nie pamięta, choć pił tylko - jak twierdzi - Pepsi.
Jeżeli prezes PZPN Michał Listkiewicz, autorytet w dziedzinie sędziowania, uważa, że faul na Saganowskim był, to należy mu wierzyć, a nie Panu Marczykowi. Jeśli piłkarze Groclinu już dzień przed meczem Garbarni z Legią wiedzieli, że stołeczni futboliści nie wygrają, to nasuwają się jednak pewne wątpliwości, czy rzeczywiście sędzia, pedagog i mężczyzna Zbigniew Marczyk jest czysty jak łza?