Z jakimi uczuciami przyjeżdżał pan do Warszawy na mecz z Legią? Nie mógł się pan doczekać czy raczej bał się reakcji kibiców?
- Zawsze miło tu wrócić, a przecież z Legią osiągnąłem kilka znaczących sukcesów. Na gwizdy kibiców starałem się przygotowywać od dawna. Jako zawodowiec muszę wytrzymywać tego typu ciśnienie, choć na pewno nie było przyjemne wysłuchiwać tylu obelg pod swoim adresem, bo trochę zdrowia na tym boisku zostawiłem i zasłużyłem sobie na troszkę szacunku.
Jakiś sentyment pozostał ?
- Większy niż do jakiegokolwiek innego klubu w Polsce. Moja słabość do Legii jest nawet większa niż ta do Stomilu Olsztyn.
To może trzeba było zostać w Legii po powrocie z Cypru.
- Działacze nie potraktowali mnie poważnie. Wszyscy piłkarze podpisujący nowe kontrakty po zdobyciu mistrzostwa, mogli liczyć na jakieś podwyżki. Mnie zaoferowano poprzednie wynagrodzenie. Nie mogłem się na to zgodzić, tym badziej, że przywiozłem swoją kartę zawodniczą, byłem wolny i nie trzeba było za mnie płacić nikomu. Tylko mnie samemu!
No to przylgnęła etykietka Judasza, który za pieniądze sprzedał Legię i odszedł do znienawidzonego Lecha.
- Niczego i nikogo nie sprzedawałem. A poza wszystkim, w Lechu dostałem kilkadziesiąt tysięcy więcej od oferty z Legii. Muszę myśleć o dobrobycie rodziny.
Ale w Poznaniu przecież pan ostatnio niewiele gra! Czy nie ma obaw, że obiecane pieniądze w Lechu są trochę wirtualne?
- Od tego jest PZPN, aby dopilnował warunków mojego kontraktu. Nie, tym się w ogóle nie przejmuję.
A przynajmniej płacą regularnie?
- Nie. W Lechu wcale nie jest tak różowo, jak przedstawiają to niektóre media. Zaległości finansowe względem zawodników sięgają już kilku miesięcy.
Ale właściwie dlaczego nie łapie się pan w pierwszym składzie?
- Moje problemy w Poznaniu zaczęły się wraz z przyjściem trenera Bohumila Panika. Ustalił taktykę, w której pełnię rolę rezerwowego i jest jej uparcie wierny. Zmian na boisku dokonuje dopiero wtedy, gdy przegrywamy i trzeba ratować wynik. Wówczas okazuje się, że jednak potrafimy grać nawet czterema napastnikami. Ale Panik nigdy nie zamieni piłkarza zmęczonego na świeżego, gdy nie ma zagrożenia porażką. Nie wpuszcza mnie, mimo że kibice ciągle skandują moje nazwisko...
Rozmawiał pan z nim?
- Nie i nie mam zamiaru. To nie jest człowiek łatwy w kontaktach międzyludzkich. Muszę zacisnąć zęby i wytrzymać do końca sezonu.
Co wtedy?
- Odejdę stąd, a w następnym klubie pokażę, na co naprawdę mnie stać. Mam w sobie tyle złości, agresji, tyle do udowodnienia niektórym ludziom, że aż chce mi się trenować, walczyć o miejsce w składzie.
Lubi pan popularność?
- Przyjemnie, kiedy kibice interesują się tym, co robisz.
Ile daje pan sobie czasu, by wrócić do wielkiej gry?
- Nie ma dnia, żebym nie myślał o tym, że jeszcze mi się uda. A czasu za dużo nie mam, musze więc sprężyć się już zaraz i natychmiast najpóźniej w następnym sezonie.
W polskiej lidze, czy też szykuje się kolejny wyjazd za granicę?
- Raczej zostanę w kraju, ale pod warunkiem, że w pierwszej lidze. Trochę się już najeździłem po świecie. Bardzo żałuję tylko ostatniej swojej eskapady – na Cypr. W tym samym czasie miałem ofertę gry w MLS w Stanach Zjednoczonych, jednak, trochę przez żonę, skusiłem się, by spróbować sił bliżej domu. A w Limassol było strasznie. Nie płacili, olewali na każdym kroku. Bardzo dziwny kraj.
Pobyt w Chinach pozostawił lepsze wspomnienia?
- Pod każdym względem było lepiej! Taki Pekin czy Szanghaj niczym nie różnią się od największych światowych metropolii.
A badał się pan już na obecność wirusa SARS?
- Na szczęście nie musiałem, bo wróciłem do Polski prawie dwa lata temu, ale kiedy w telewizji podawali te straszne wiadomości, pomyśleliśmy z żoną, że być może nawet nam każą robić badania.
Zarobić dużej kasy już pan nie potrzebuje? Kariera coraz bliżej końca...
- Ja po prostu dalej chcę grać w piłkę! Ława to nie dla mnie.
A poziom polskiej ligi cały czas panu odpowiada?
- Denerwuje mnie gadanie, że niby poziom wyszkolenia piłkarzy w naszej piłce jest marny. Wcale tak nie uważam. Jak w każdym kraju, większość graczy to przeciętniacy, ale nie brakuje też gwiazd. Na słabych piłkarzy ciągle narzekają wcale nielepsi trenerzy! I to moim zdaniem jest prawdziwy problem. Kiedy Canal+ pokazuje jakąś drużynę i wchodzi z kamerą do szatni przed meczem, to siedzę przed telewizorem i załamuję ręce. Plecie szkoleniowiec jeden z drugim takie farmazony, że nie wiadomo czy śmiać się czy płakać: Weź ty podaj do tego do linii, a on już będzie miał przed sobą pustą bramkę! Gdyby tak to było takie proste to polskie kluby grałyby w finale Ligi Mistrzów!
Czyli nie ma pan najlepszego zdania o naszych szkoleniowcach...
- To jest poziom LZS! Do niczego się nie nadają. Każdy mówi co innego – ten wysyła do sauny na pięć dni przed meczem, ten na dwa i obaj mają rację – nic im z tego nie wychodzi. A obaj generalnie obijają się, jeżdża po Europie, po różnych klubach, odbywają staże. Szkoda tylko, że w ogóle nie widać tego potem w ich warsztacie, a treningi są tak samo nudne, jak były.
Którzy polscy trenerzy są najgorsi?
- Nie wymienię, przecież nie jestem szaleńcem!
To może chociaż tych najlepszych, którzy co nieco kumają?
- Bogusław Kaczmarek i Mirosław Jabłoński. Dobrze współpracowało mi się także z Dragomirem Okuką, ale to Jugol. Mimo że na początku w ogóle mnie nie zauważał, miał swoje mądre zasady, i się ich trzymał. Stworzył poczucie wspólnoty w zespole – tego, że za porażkę nie będziemy odpowiadać osobno i że trener zawsze się za nami ujmie. Był z drużyną na dobre i na złe. To samo Jabłuszko i Bobo. Bo sztuką jest nie tylko prowadzenie treningów, ale traktowanie zawodnika jak człowieka.
Rozmawiał Michał Kołodziejczyk
Wywiad
Już zupełnie nie mam czasu
środa, 28 maja 2003 20:40
Sylwester Czereszewskiźródło: Piłka Nożna