Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Chciałbym zostać

poniedziałek, 9 czerwca 2003 20:30
Stanko Svitlicaźródło: Gazeta Wyborcza

Maciej Weber: W całym sezonie ligowym strzelił Pan 24 gole. Czy to najlepsze osiągnięcie w karierze?

Stanko Svitlica: Najlepsze. Ale też w Jugosławii nie grałem w tak dobrych zespołach jak Legia. Na przykład Cukaricki Belgrad nie było tak zorientowane na atak. A w Polsce sytuacje, kiedy nastawialiśmy się na defensywę, należały do rzadkości.


Tytuł króla strzelców naszej ekstraklasy to życiowy sukces?

- Najwyżej cenię nie indywidualne osiągnięcia, tylko to, co stało się w poprzednim sezonie. A wtedy Legia zdobyła mistrzostwo i Puchar Ligi. Jednak skłamałbym, twierdząc, że nie jestem zadowolony z pierwszego miejsca w klasyfikacji strzelców. To nigdy nie jest łatwe. Zwłaszcza w konkurencji z tak dobrymi piłkarzami, jak Żurawski, Kuźba, Niedzielan, Rasiak i kilkoma innymi. Każdy z nich potrafi zdobyć po dwie, trzy bramki w meczu. Sztuką było, aby być najbardziej regularnym. Zdobyłem też pierwszego hat tricka na szczeblu pierwszej ligi.


Niedługo po tym, jak przyjechał Pan do Polski, mówiono, kto to właściwie jest ten Svitlica? Zżymano się, że Dragomir Okuka ściąga rodaków, stawia na wolnego, w sumie słabego piłkarza. Z Legii akurat odszedł Marcin Mięciel. Gdzie Svitlicy do niego?

- Z mojego braku szybkości uczyniono główny zarzut. A przecież bywają różni napastnicy. Bazujący na szybkości i tacy jak ja, dysponujący niezłym uderzeniem i techniką. Mogę chyba zaryzykować stwierdzenie, że jestem całkiem dobry technicznie i wiem jak ustawić się w polu karnym, by znalazła mnie piłka. Jak napastnik strzela bramki, to chyba nie jest najgorszy? A ja przecież strzelam.


Powiedział Pan kiedyś, że w młodości był szybki. Trudno w to dzisiaj uwierzyć.

- Nie powiedziałem, że byłem najszybszy. Ale dysponowałem całkiem niezłą szybkością. Tylko doznałem kontuzji, pauzowałem jakieś pół roku, przeszedłem operację i potem to nie wróciło.


Największy atut Stanko Svitlicy? Instynkt? Często wszyscy szukali piłki w polu karnym, a ona w końcu i tak przychodziła do Pana.

- Bywało, że piłka mnie szukała, ale przecież strzelałem takie gole jak z Lechem, kiedy minąłem przeciwnika i kopnąłem do siatki. Dla napastnika ważne jest, by umiał zdobywać gole z różnych pozycji. Istotna bywa umiejętność egzekwowania rzutów wolnych i karnych. "Jedenastki" wcale niełatwo wykonywać. Trzeba umieć podjąć odpowiedzialność.


Mówi Pan, że jest dobry technicznie. Wystarczająco, by spróbować sił w dobrej lidze? W takiej Hiszpanii trzeba mieć także trochę szybkości.

- Mój rodak Darko Kovacević nie jest szybkim piłkarzem, a radził sobie i we Włoszech, i w Hiszpanii. Jak ktoś dałby mi tam szansę, to bym się przekonał, czy dałbym radę.


Pan ciągle podkreśla, że bardzo podoba mu się w Warszawie.

- Spodobało mi się od razu, jak tu przyjechałem. Ktoś mógłby powiedzieć, że kłamię i tylko chcę się przypodobać kibicom. Ale tak nie jest. Tutaj urodził się mój syn, wszystko jest super. Chętnie załatwiłbym mu polskie obywatelstwo. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby miał dwa paszporty. Z Legią mam ważny kontrakt do przyszłego roku i gdyby to tylko ode mnie zależało, to bym go wypełnił. Wiem jednak, że klub ma kłopoty finansowe. Za rok nie dostałby nic, a teraz jest dobry moment, aby mnie sprzedać. Jeśli będzie taka wola, to odejdę. W sumie mogę być z tego zadowolony. Gdy przychodziłem do Legii, to mój poprzedni klub dostał za mnie przyzwoite pieniądze, teraz dostałaby Legia. Słyszałem o milionie euro. Tak więc, nikt na mnie nie stracił. To znaczy, że nie zawiodłem nadziei.


Stwierdził Pan, że nawet gdyby teraz odszedł, to chciałby kiedyś wrócić do Legii. Nie wszyscy wierzą takim deklaracjom, bo wielu tak już mówiło, a mało kto wracał. Z obcokrajowców w podobnych słowach wypowiadał się np. Radostin Stanew.

- Radek to mój wielki przyjaciel. Wyjechał do Rosji, ale nadal mamy kontakt. On do dziś mówi, że chciałby do Legii wrócić, bo bardzo mu tu się podobało. Żałuje, że odchodził w niemiłych okolicznościach. Z piłkarzami jest jednak tak, że musimy zarabiać jak najszybciej i jak najwięcej, by się zabezpieczyć. Jak piłkarz po zakończeniu kariery nie ma pieniędzy, to nikt go nie szanuje. Teraz jest dobry, ale potem pozostaje mu pić piwo przed sklepem. Dlatego ja chciałbym wyjechać, zarobić, a potem na jakiś czas wrócić, może nawet na stałe. Ale wiem też, że ryzykiem jest składać deklaracje, bo życie może potoczyć się różnie.


Prasa spekuluje, że jednak Pan z Legii odejdzie. Są propozycje?

- Mój menedżer dzwoni i mówi, że zagraniczne kluby składają mi oferty. Ja mu odpowiadam, że chciałbym poczekać do końca kontraktu z Legią i wtedy się zastanawiać. Jednak jak już miałbym teraz odchodzić, to do dobrej ligi. Mam ambicje. Słyszałem o Izraelu, także o lidze rosyjskiej. Chciałbym tego uniknąć. Najchętniej wyjechałbym do Hiszpanii, ale do tej pory słyszałem o propozycjach z Niemiec. Interesował się mną Hannover, ostatnio także Arminia Bielefeld. Poczekajmy kilka dni. Wtedy wszystko będzie wiadomo i pojadę na wakacje. Najpierw do ojczyzny, a potem najchętniej do Hiszpanii. O ile żona będzie chciała, bo ona woli do Włoch.


W pierwszym sezonie nie był Pan w Legii pierwszoplanową postacią. Z zapowiadanych dziesięciu goli w lidze wyszło tylko siedem. I na pewien czas ławka rezerwowych.

- Kiedy przyszedłem do Legii, to na obozie przygotowawczym strzelałem najwięcej bramek. A potem zaczęła się liga i od razu w pierwszym meczu złapałem kontuzję. Potem kilkakrotnie sytuacja się powtarzała. Rozgrywałem kilka spotkań, strzelałem kilka goli i doznawałem kontuzji. Tak ciężko wrócić do składu. Potem w przerwie zimowej znowu strzelałem najwięcej, ale początek rundy wiosennej nie był dla mnie pomyślny i usiadłem na ławce. Wtedy Drago Okuka pokazał, że jest nie tylko dobrym, ale i uczciwym trenerem, który patrzy wyłącznie na formę piłkarzy, nie na żadne dodatkowe czynniki. Zarzucano mu, że preferuje rodaków, a jak ja miałem słabszy okres, to postawił na Czereszewskiego. Był w dobrej formie, strzelił sześć goli. Potem jednak on doznał kontuzji, ja wróciłem do składu i zdążyłem strzelić bardzo ważne bramki Wiśle - w lidze i w finale Pucharu Ligi. Natomiast na pewno potrzebowałem trochę czasu na aklimatyzację. Teraz zżyliśmy się z chłopakami już nie tylko na boisku, ale i poza nim.


Prywatnie trzyma się Pan jednak z Serbami. Były zdjęcia, jak razem biesiadujecie.

- Poprosiła nas jedna gazeta, to się umówiliśmy. Ale normalnie bywa inaczej. Drago jest trener, my jesteśmy piłkarze, więc na obiady razem nie chodzimy. Mam wielu przyjaciół Polaków. Zarówno piłkarzy, jak i tzw. zwykłych ludzi. A problem aklimatyzacyjny dotyczy nie tylko obcokrajowców. Przecież Marek Saganowski też musiał przywyknąć, długo był rezerwowym, a proszę jak teraz się prezentuje.


Drużyna już Panu ufa. Jednak w pierwszym sezonie długo tak nie było. To inni podchodzili do rzutów wolnych, choć już w sparingach dało się zauważyć, że jednym z najlepszych w tej sztuce jest Svitlica.

- Pierwszą bramkę dla Legii zdobyłem w piątej kolejce ubiegłego sezonu z Radomskiem, właśnie z wolnego. Potem częściej próbowali uderzać inni, ale tak jest w każdej drużynie. Ludzie muszą przyjrzeć się nowemu, co i jak mu wychodzi. Teraz jednak w Legii jest w zasadzie dwóch piłkarzy od wykonywania wolnych - ja i Tomek Kiełbowicz. Czuję zaufanie, mogę polegać na kolegach i na odwrót. I nie mówię tu tylko o grze. Jak Jacek Magiera poprosił mnie, bym pojechał na turniej charytatywny do Częstochowy, to pojechałem. I wiem, że jakbym ja poprosił go o przyjazd do Belgradu, też by mi nie odmówił.


Jest Pan w radzie drużyny jakby przedstawicielem cudzoziemców w Legii.

- U nas najwięcej do powiedzenia mają Jacek Zieliński, Marek Jóźwiak i Czarek Kucharski. To legendy Legii, grają tu po dziesięć lat. Dyskutujemy o wszystkim, ale wiadomo, że jak trzeba pogadać z kierownictwem, to idą oni. Wszyscy szanujemy przede wszystkim ich zdanie.


Nie wszystkich Pańskich rodaków chwali się za występy w Legii. Ajazdin Nuhi recenzje miał raczej umiarkowane, zaś Aleksandar Vuković zdecydowanie lepiej spisywał się przed rokiem.

- Na "Aco" wszyscy patrzą przez pryzmat poprzedniego sezonu. Teraz też gra dobrze - biega, podaje, ma sporo asyst. Jednak stawia się przed nim większe wymagania niż wtedy. A to nadal bardzo ważny piłkarz dla Legii. I młody, jeszcze może wiele osiągnąć. Nuhi jest nawet młodszy. I szybki. Gdyby nie kontuzja, to by się rozwinął. Oczywiście nie wszyscy moi rodacy tu się sprawdzili. Ale przecież nie sprawdzili się i wszyscy Polacy.


Ten sezon zaczynał Pan w oparach skandalu. Spóżniony przyjazd, opowieści o podróżach po Włoszech, kłopotach z paszportem...

- Tylko kłopoty z paszportem były naprawdę. Jeżeli ktoś nie wierzy, to nie musi. Ja do dzisiaj mam kłopoty, właśnie znowu kończy mi się jego ważność. Wtedy spóźniłem się na rozpoczęcie sezonu, dostałem karę finansową i moje miejsce w składzie zajął Moussa Yahaya. Grał nieźle, ale nie strzelał bramek, co w przypadku napastnika jest grzechem głównym. Dostałem znowu szansę i jak widać ją wykorzystałem.


Wielkim rozczarowaniem jest brak Legii w europejskich pucharach. Ale może to nie Pański kłopot, jeżeli Pana tutaj nie będzie?

- Bez względu na to, czy zostanę, czy nie, chciałbym, aby Legia grała w pucharach. Ten klub ma najwspanialszych kibiców, jakich widziałem. Im to się należy.


Urodzonego w Warszawie syna nazwał Pan Zvezdan, na cześć ulubionej Crveny Zvezdy Belgrad. Podobno ewentualna córka miała nazywać się Legia?

- To był taki żart. Imię dla chłopca miałem wybrać ja. Gdyby była dziewczynka, to wybierałaby żona, a ona aż tak futbolem się nie interesuje, więc pewnie takie imię byłoby bez szans. Jednak nie zmienia to tego, że kocham Legię. Zrobiłbym dla niej wiele, bo nie zapomnę, co ona dla mnie zrobiła.


Rozmawiał Maciej Weber

Podaj ten news dalej: