Arminia spadła do drugiej Bundesligi. Czy mimo to zostanie Pan w tym klubie na następny sezon?
Maciej Murawski: Z Arminią mam ważny kontrakt do 2004 roku, więc na razie nigdzie się nie wybieram. Oczywiście wolałbym być zawodnikiem zespołu grającego w ekstraklasie, ale skoro nie mogę, to nie narzekam. Postaram się pomóc drużynie z Bielefeldu w powrocie do Bundesligi.
W rundzie wiosennej odniósł Pan poważną kontuzję. Czy już nie dokucza Panu ból w kolanie?
- Można tak powiedzieć. W ostatnich meczach sezonu z VfL Bochum oraz Hansą Rostock grałem na środkach przeciwbólowych. Teraz kolano już mi nie dokucza. Mam nadzieję, że kiedy rozpoczniemy przygotowania do sezonu, również nic mi nie będzie dolegało.
Czy Arminię stać na powrót do ekstraklasy?
- Teoretycznie powinniśmy być obok Energie Cottbus i FC Nuernberg jednym z kandydatów do awansu do Bundesligi, ale trudno mi teraz odpowiedzieć na to pytanie. W naszej drużynie dojdzie bowiem do wielu zmian kadrowych. Z klubem pożegnają się m.in. Wichniarek, Aracic, Diabang, Flock, Reinhardt. Nie wiadomo natomiast, kto uzupełni skład i czy nowi zawodnicy spełnią pokładane w nich nadzieje.
Czy z klubem pożegna się również trener Benno Mohlmann?
- Nic na to nie wskazuje. Mohlmann wprowadził przecież Arminię do pierwszej ligi. Pod jego wodzą zespół spisywał się w Bundeslidze poprawnie. Wprawdzie nie udało nam się utrzymać, ale o spadku przesądziła fatalna gra w drugiej części sezonu. Na wiosnę zdobyliśmy tylko 14 punktów. Szkoda, bo do utrzymania w ekstraklasie zabrakło nam jedynie 4 punktów.
Ostatnio wiele mówi się o tym, że Arminię ma wzmocnić Michał Chałbiński z Odry Wodzisław. Czy ten piłkarz, Pana zdaniem, ma szansę na zatrudnienie w Bielefeld?
- Michał był u nas na testach. Zrobił dobre wrażenie, ale o tym czy będzie grał w Arminii zadecydują trenerzy.
Czy działacze z Bielefeldu interesują się innymi polskimi graczami?
- Oczywiście, że tak. Mamy w Arminii wyrobioną dobrą markę. Jeszcze w trakcie sezonu pytano mnie o Marcina Mięciela. Natomiast ostatnio o Piotra Włodarczyka i Marka Saganowskiego. Interesowali się również Stanko Svitlicą, ale kiedy się dowiedzieli, ile trzeba za niego zapłacić Legii, ich entuzjazm osłabł. Arminię interesują bowiem tylko wolni piłkarze mający w ręku swoje karty zawodnicze. W zamian klub może zaproponować im dobre kontrakty. Stanko, gdyby przyszedł do Bielefeld, z pewnością otrzymałby więcej niż zarabia w Legii.
Dla polskich piłkarzy wyjeżdżających za granicę największym problemem jest bariera językowa. Jak Pan sobie radzi w rozmowach z kolegami z drużyny?
- Porozumiewam się z nimi bez problemów. Klub zapewnił mi lekcje języka niemieckiego. Wprawdzie uczestniczenie w nich wymagało ode mnie wiele poświęcenia - często jechałem na nie po dwóch treningach i zabiegach w klubie - ale opłaciło się. Coraz lepiej mówię po niemiecku.
Występy w Bundeslidze nie przeszkadzają Panu na bieżąco w oglądaniu polskiej ligi. Dlaczego w takim razie Legii nie udało się w tym sezonie obronić tytułu mistrza Polski?
- Powodów było kilka. Po pierwsze przed nowym sezonem z Legii odeszło kilku zawodników, którzy mieli spory udział w zdobyciu mistrzostwa. W tym czasie rywale wzmacniali swoje zespoły. Wprawdzie później udało się do klubu sprowadzić Łukasza Surmę, Marka Saganowskiego i Dariusza Dudka, ale to już nie był ten sam zespół. Nie bez znaczenia był również fakt, że klub zalegał piłkarzom z wypłaceniem premii za mistrzostwo Polski. Legioniści starali się. Grali dobrze, ale gubili punkty w meczach ze słabszymi drużynami. To zadecydowało o tym, że warszawskiej drużyny zabrakło nawet w europejskich pucharach. Potwierdziła się stara prawda, że łatwiej zdobyć mistrzostwo niż je obronić.
Mam jednak nadzieję, że w następnym sezonie Legia odzyska tytuł. Bo to jest klub, który co roku musi walczyć o najwyższe trofea w polskim futbolu.
Rozmawiał Jacek Dzierżanowski