Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Doczekałem się

wtorek, 17 czerwca 2003 17:45
Dariusz Kubickiźródło: Piłka Nożna

Czterdziestolatek. Wychowanek Zastalu Zielona Góra, ale z upodobania legionista; w barwach CWKS dziesięć sezonów. 46-krotny reprezentant Polski (1 gol), uczestnik (chociaż bez wyjścia na boisko) mundialu Meksyk ’86. W latach 90. na udanych saksach na Wyspach (Aston Villa, Sunderland), gdzie nie tylko grał, ale zdążył zdobyć kwity trenerskie i ukończyć wyższe studia ekonomiczne!

Dariusz Kubicki, bo o nim mowa, wrócił do kraju i Legii cztery lata temu i już wtedy dostał szansę dowodzenia z trenerskiej ławki młodszymi kolegami. Bilans dziewięciu wtedy ligowych meczów: dwa zwycięstwa, sześć remisów, jedna porażka. Odszedł na funkcję szkoleniowca drużyny rezerw po konflikcie z kilkoma piłkarzami, z którymi dawniej grał.


To mało miłe doświadczenie z sezonu 1999/2000 nie pozostawiło przypadkiem jakichś negatywnych śladów na trenerskiej psychice?

Dariusz Kubicki: Nie, chociaż z dzisiejszej perspektywy widzę błędy, jakie wtedy całkiem niepotrzebnie popełniłem.


Na czym one polegały?

- Myślałem, że u nas jest już tak jak w Anglii, z której dopiero co wróciłem. A tam trener to jest człowiek niezwykle szanowany, jak wódz, dyktator, z którym się nie dyskutuje, tylko bez szemrania wykonuje jego polecenia. I tylko tyle samo chciałem egzekwować w Legii, a starsi zawodnicy doszli do wniosku, że mi się przewróciło w głowie. Ale w drugiej drużynie, do której dostałem przeniesienie służbowe już żadnych konfliktów nie było. Ostatnio pełne dwa sezony byłem drugim trenerem przy Drago Okuce i zawodnicy już nie zgłaszali do mnie żadnych pretensji, ani ja do nich – co równie ważne.


Kim dla pana jest Okuka?

- Dobry kumpel i trener, od którego sporo można się nauczyć. Ma wiele zalet: szybko zaczął mówić po polsku tak, że można go było zrozumieć, udanie wpasował się w naszą kulturę i obyczaje, wyróżnia go rozsądek i naturalny spokój. Przez dość długi przecież okres nie było między nami jakichś istotnych sporów, nie mieliśmy ze sobą wzajemnie problemów. No i nie bez znaczenia był jego trenerski warsztat. A dodatkowo powinienem mu wyrazić wdzięczność, bo wiem, że kiedy podjął decyzję, że odchodzi i powiedział o tym prezesom, oni z kolei zapytali, kogo widziałby na swoim miejscu? A on zarekomendował mnie.


A wcześniej nie korciło pana, żeby wysadzić go z posady?

- Odwrotnie. Chociaż nigdy nie ukrywałem ambicji pracowania jako trener na własny rachunek, to jak zastanawiałem się nad swoją przyszłością, myślałem tak: wygramy z Drago po raz drugi polską ligę, awansujemy do europejskich pucharów, coś tam ugramy, on dostanie świetny kontrakt na Zachodzie, a ja zostanę na Łazienkowskiej jako jego sukcesor. Te zamierzenia nie za bardzo się spełniły, ale sądzę, że skłonny byłbym nawet przez jeszcze przez kolejny rok być jego najbliższym współpracownikiem, chociaż nadal podwładnym.


Co pan teraz zmieni w grze Legii?

- Zmiany wymusi samo życie. Może zamiast trzech obrońców ustawię czterech, może grać będziemy z aż pięcioma pomocnikami? Wiem, że taki wariant nie wypalił Pawłowi Janasowi w Sztokholmie, ale to jest interesujące ustawienie. Wszystko zależeć będzie od siły ognia, jaką dysponować będzie Legia po urlopie. Przygotowania zaczynamy już 27 czerwca, pierwszy kontrolny mecz we Francji około 10 lipca. Wtedy już musimy wiedzieć, co będziemy grać.


A jakie przewiduje pan zmiany w składzie?

- Na teraz wiadomo na pewno, że nie ma Adama Majewskiego, niewyjaśniona jest też sytuacja Stanko Svitlicy. Wszystko zależy od pieniędzy, jakimi będziemy dysponować, ale przewiduję co najwyżej cztery nowe transfery: drugiego bramkarza, bo Zoran Mijanovic wrócił już do domu; poza tym jednego w obronie, w środkowej linii i w napadzie. Nazwisk, które mnie interesują, teraz nie podam, żeby nie ułatwiać zajęcia konkurencji.


Ile będzie pan zarabiać w Legii na nowym stanowisku pracy?

- To wcale nie kokieteria, ale naprawdę nie wiem. Jeszcze nie zdążyłem podpisać kontraktu, bo i mnie, i prezesom wystarczyła ustna zgoda. Ale już sama propozycja z Legii to wystarczający zaszczyt, o jakim marzy bardzo wielu trenerów. Inna sprawa, iż nie mam obaw, że umrę z głodu.


Rozmawiał Janusz Atlas

Podaj ten news dalej: