fot. Mishka / Legionisci.com

Wyjazd

Relacja z trybun: Gdzie są flagi Jagi?

Bodziach, źródło: Legionisci.com

Długo trzeba było czekać na to, aż Jagiellonia wpuści kibiców Legii na swój stadion. W końcu po siedmiu latach od ostatniej wizyty, po dwóch ostatnich pobytach na przystadionowym parkingu, udało się wejść na sektor gości. Na nic się zdało utrudnianie życia kibicom ze stolicy i wymysły białostoczan - tego dnia spłonęły dwie żółto-czerwone flagi.

Jeden z najbliższych wyjazdów zajął naprawdę sporo czasu. Wymysły działaczy Jagiellonii są nam dobrze znane, więc do celu dojechaliśmy z bezpiecznym - wydawało się zapasem czasu. Pociąg specjalny wyjechał o 13:15 z dworca Warszawa Wschodnia - ponad siedem godzin przed meczem. Po 2,5h jazdy dotarliśmy do Niewodnicy, gdzie w pobliżu dobrze znanej polany z czołgiem zapakowano nas do siedmiu podstawionych autobusów, którymi następnie przewieziono na przystadionowy parking. Na miejscu byliśmy kilka minut po godzinie 16. Jako, że mecz rozpoczynał się o 20:30, wydawało się, że cała grupa bez problemów zajmie miejsca w sektorze gości - oczywiście, o ile miejscowi znowu nie wymyślą jakichś idiotyzmów. Mając dobrze w pamięci próby rozcinania legijnych flag i szukania w nich zaszytych płócien Jagiellonii... można było spodziewać się wszystkiego.

Kiedy na Podlasie przyjeżdżają legioniści, panują wyjątkowe zwyczaje. Nasza ponad 700-osobowa grupa wchodziła na stadion przez 5 godzin(!). Każda z osób musiała najpierw zostać oznaczona na liście przez jedną z dwóch osób umiejących czytać, a następnie - tylko dla wybranych - przygotowane było stanowisko z alkomatem, po czym każdy trafiał do specjalnego namiotu. W nim znajdowały się trzy stanowiska, na których następowała tak zwana kontrola osobista. Kurtki, bluzy, buty i skarpetki należało ściągnąć, a jeśli w nich ochroniarze nie znaleźli niczego, przystępowali do swojej ulubionej czynności, czyli macania po jajach.

Należy podkreślić, że pomimo prowokacji, jakich dopuszczali się ochroniarze oraz wpuszczania w żółwim tempie, przy wejściu było nad wyraz spokojnie. W momencie rozpoczęcia meczu, czyli po ponad czterech godzinach od rozpoczęcia wpuszczania, na trybunach było niewiele ponad 500 osób ze stolicy. Tego dnia wszyscy ubrani byli na czarno. Skandowaliśmy dwukrotnie jedynie "Hej k... wpuśćcie kibiców", po czym zajęliśmy miejsca na sektorze i nie prowadziliśmy dopingu do czasu wpuszczenia całej naszej grupy. Osobliwe, że w czasie skandowania tego hasła kibice Jagiellonii woleli ubliżać przyjezdnym, miast wesprzeć ich choćby werbalnie w geście zwyczajowej kibicowskiej solidarności.

Miejscowi przybyli na stadion w blisko 17 tysięcy, czyli zaledwie o 10 tys. liczniej niż na rozgrywane przed tygodniem spotkanie w myśl hasła "Przyszliście chamy, dlatego że my tu gramy". Już w pierwszej minucie gospodarze mieli powody do radości po bramce strzelonej po rzucie rożnym. Doping miejscowych na niezłym poziomie, ale pomijając przedmeczowe "zabawy ze spikerem", prowadzony jedynie przez młyn - pozostałe trybuny w ogóle się do niego nie włączały.

W trakcie meczu wchodzenie na sektor gości zostało jeszcze bardziej "usprawnione". Białostoczanie w tym celu zlikwidowali dwa stanowiska kontroli osobistej i "macania" dokonywała już tylko jedna osoba. Oczywiście wpłynęło to na przepustowość. Ostatecznie, pomimo posiadania biletów, nie wpuszczono około 130 osób. W przerwie meczu cała nasza grupa udała się na promenadę, a zaraz na początku drugiej połowy wróciliśmy na sektor, prezentując to, czego od kilku lat tak uparcie poszukują wszyscy białostoczanie. Na pleksi sektora gości wywieszone zostały dwie flagi - "FC Hajnówka" oraz "The best fans Białystok", które po chwili zapłonęły. "Gdzie są flagi, k... Jagi?!" - skandowali legioniści.



Kiedy dwa kolejne białostockie płótna kończyły swój żywot, w młynie Jagiellonii zniknęły wszystkie flagi i rozciągnięta została sektorówka z "J". Chwilę później grupa osób w czerwonych kominiarkach próbowała sforsować ogrodzenie dzielące młyn od trybuny prostej, co ostatecznie nie udało się. Z sektora rodzinnego na bufor udało się wybiec jedynie dwóm osobom, które po dobiegnięciu do płotu, zmuszone były do odwrotu, bowiem już na buforze zameldowała się policja. Ta już przed meczem była w pogotowiu, zajmując miejsca pod tą właśnie trybuną. Jeden z fanów Jagiellonii został zatrzymany.



Jeśli chodzi o doping, to zdecydowanie dominowały hasła pod adresem miejscowych - "Lamusy roku, to Jaga z Białegostoku", "Gdzie są flagi k... Jagi", "Ch..., dupa, cipa - to Jagiellonii ekipa", czy "Hej k..., gdzie macie flagi?". Miejscowi nie bardzo mieli pomysł na odpowiedź, więc koncentrowali się na własnym dopingu. "Żółto-czerwone, to barwy niezwyciężone" - śpiewali. Nie przemyślawszy, że chwilę później usłyszą w odpowiedzi "Żółto-czerwone, te barwy będą palone". Raz po raz spiker przypominał o zakazie używania wulgaryzmów - jakby to cokolwiek miało zmienić.

W końcówce meczu ruszyliśmy z dopingiem dla Legii, widząc że piłkarze robią wszystko, by doprowadzić do wyrównania. "Nie poddawaj się, ukochana ma..." - śpiewaliśmy przez kilka minut na niezłym poziomie. I w ostatniej minucie nasi gracze, ku uciesze ubranej na czarno grupy fanatyków, doprowadzili do remisu. Po zakończeniu spotkania zaśpiewaliśmy pod adresem piłkarzy "Legia walcząca do końca", po czym czekaliśmy na wyjście z sektora. To zgodnie z zapewnieniami spikera miało nastąpić 30 minut po meczu. Zanim jednak do tego doszło, miały miejsce "psie manewry" na tyłach naszego sektora oraz parkingu. Policja zaatakowała jedną z leżących na parkingu toreb z jakimiś szmatami, w której jak chyba wierzyli miały się znajdować kolejne flagi Jagiellonii. Przy okazji tego zupełnie niespodziewanego ataku, zagazowano oczekującą na koniec pozostającą na zamkniętym parkingu spotkania grupę niewpuszczonych kibiców. Niektórzy musieli skorzystać z pomocy lekarskiej a kilku zostało zatrzymanych. Po kilku minutach torba wraz z powiniętymi kibicami powróciła, a mundurowi geniusze mieli dość nietęgie miny.

Wejście na stadion było rekordowo długie (gorzej było chyba jedynie w Neapolu), ale okazało się, że i przy wyjściu nie obejdzie się bez utrudnień. Służby przygotowały szpaler, a po jakimś czasie minimalnie uchylone zostały bramy prowadzące na parking i rozpoczęło się wypuszczanie po jednej osobie całej przyjezdnej grupy. Każda z osób była nagrywana - jakby nie wystarczyły im nagrania robione przy wejściu na stadion, a selekcjonerzy szukali jakichś znaków szczególnych na czarnych kurtkach kibiców. Kilkanaście osób zostało wytypowanych do bardziej szczegółowych kontroli, ale ostatecznie nikogo nie zatrzymano. Około północy na parking wjechały autobusy, którymi zostaliśmy przewiezieni do Niewodnicy, a następnie ruszyliśmy w stronę stolicy. W Warszawie zameldowaliśmy się po godzinie trzeciej nad ranem.

Za tydzień przy Łazienkowskiej mecz z Górnikiem, na który zabrzanie wybierają się pociągiem specjalnym.

P.S. Zabawne, ilu mędrców w przeróżnych tweetach i innych "krwawych" medialnych nowinach o których jako nieobecni na miejscu nie mają prawa niczego wiedzieć, donosi o porzuconych przed wejściem mitycznych kastetach, wyimaginowanych stadionowych skrytkach pod umywalkami otwieranych szpikulcami, drutem czy kluczem imbusowym. Pojawiły się nawet absurdalne głosy o współpracy z ochroną. Taka narracja, wobec upokorzeń jakich od owej ochrony doznała przyjezdna grupa kibiców Legii, świadczy raczej o umysłowej aberracji autorów. W powrotnej drodze jednoznacznie komentowano wydarzenia z Białegostoku: z punktu widzenia kibicowskiego rzemiosła zrobiliśmy co do nas należało.

Frekwencja: 16 862
Kibiców gości: 770
Flagi gości: 0

Autor: Bodziach

REKLAMA
REKLAMA
© 1999-2019 Legionisci.com - niezależny serwis informacyjny o Legii Warszawa. Herb Legii, nazwa "Legia" oraz pozostałe znaki firmowe i towarowe użyte zostały wyłącznie w celach informacyjnych.