Były trener Legii, Dragomir Okuka ostatni wieczór w Warszawie spędził w swojej ulubionej śródmiejskiej restauracji Mała Serbia. Wyluzowany, uśmiechnięty, przy szklaneczce whisky udzielił ostatniego wywiadu przed opuszczeniem Polski.
- Kibice Legii wiele panu zawdzięczają. Po siedmiu latach przerwy doprowadził pan ich ukochaną drużynę do mistrzostwa Polski, ale jednak w minionym sezonie sprawił im pan też ogromny zawód - Legia nie zagra w pucharach. Czy to był główny powód pana rozstania z klubem?
Dragomir Okuka: Można to tak określić, że czara się przelała. Jednak decyzję o odejściu z Legii podjąłem już pół roku wcześniej podczas zgrupowania na Cyprze. Gdy widziałem, że drużynę opuszczają Radostin Stanew i Siergiej Omeljańczuk i nikt nie jest w stanie zatrzymać ich w Legii, uznałem, że drużyna się rozpada i już nic z nią nie osiągnę. Chciałem tylko dokończyć sezon, nie zostawiać drużyny w połowie drogi.
- Zaraz, zaraz, a kto w Małej Serbii dwa miesiące temu obiecywał, że Legia zagra przynajmniej w Pucharze UEFA? Przecież to pan i pańscy rodacy z Legii złożyli w tej restauracji przysięgę.
- Wtedy jeszcze rzeczywiście widziałem szansę na grę w pucharach. Drużynie zaczęło dobrze iść, sądziłem, że nie stracimy tempa i zdobędziemy komplet punktów do końca sezonu. Pomyliłem się, niestety.
- Nie słuchał pan dobrych rad, by w ostatnich meczach sezonu nie stawiać, zwłaszcza w obronie, na starych, doświadczonych w lidze piłkarzy, bo Legię to może drogo kosztować. Przecież już wcześniej, w meczu z Groclinem, miał pan wymowny przykład, że rutyniarze nie przykładają się do gry.
- A co ja miałem zrobić? Kim bym grał, gdybym odsunął Jóźwiaka i Zielińskiego? Miałem bardzo wąską kadrę. Gdyby nie byli kontuzjowani Szala i Dudek, to oni by grali. A tak musiałem wystawiać tych, którzy byli zdolni do gry, a że się niezbyt przykładali - nic nie mogłem na to poradzić. Batem przecież ich bym nie zagonił.
- Ale widział pan co się święci w meczach z Garbarnią i Ruchem - że niektórzy legioniści nie będą wcale chcieli wygrać.
- Pewnie, że widziałem. Widziałem i słyszałem. Wszystko kontrolowałem. Miałem przecież swoje serbskie wtyczki w drużynie. Jednak na brak zaangażowania niektórych graczy nic nie mogłem poradzić. Paru posadziłem na ławce rezerwowych w ostatnim meczu z Zagłębiem. Chyba trochę za późno. Można było wcześniej wstrząsnąć tą drużyną. Wiem jednak, że z tym zespołem, w tym składzie, nic już nie mogłem osiągnąć. Dlatego też przestałem z nim pracować.
- A nie dlatego, że klub przeżywa poważny kryzys finansowy i prezes Andrzej Zarajczyk nie jest już w stanie płacić panu miesięcznie sześćdziesięciu tysięcy złotych?
- Nie dlatego. Przyznam, że miałem w Legii niezłą pensję. Prezes Zarajczyk chciał, żebym nadal pracował w Legii. Proponował mi nawet wyższy kontrakt. Ja jednak uznałem, że czas zmienić otoczenie. Zawsze jednak pobyt w Warszawie będę miło wspominał. Choć początek i koniec mojej pracy w Legii nie były sportowo udane.
- Zwłaszcza na początku nie miał pan z nami łatwo. "Przegląd Sportowy" nie oszczędzał pana. Ale okazał się pan odporny na ciosy, nawet te poniżej pasa.
- Bo ja jestem twardy gość. I łatwo się nie poddaję. Wiem też, że z prasą nikt nie wygrał i nie ma się co z wami kopać. Powtarzałem to zawodnikom Legii, mówiłem im, że nawet Bill Clinton przegrał z mediami. Nie rozumiem, dlaczego tego nie rozumieją...
- A jaki wpływ na pana decyzję miało przyjście do Legii Jerzego Engela?
- Żaden, bo postanowiłem odejść jeszcze przed jego przyjściem. Engel na pewno chce być w Legii trenerem. Jaki tam z niego dyrektor? On tylko czeka na potknięcie Darka Kubiciego. Tak samo jak Darek czekał na moje. I się doczekał. I Krzysiek Gawara też się doczekał.
- Ale czy Engel to nie jest na Łazienkowskiej przypadkiem forpoczta Zbigniewa Jakubasa, który ma chrapkę na Legię?
- Nie wierzę w żadnego Jakubasa. Gdyby miał on wielkie pieniądze to już dawno byłby w Legii. Jeżeli mówi się, że Zarajczyk nie ma nic na finansowanie klubu, to chyba Jakubas ma mniej niż nic.
- A Engel to według pana dobry trener?
- Dobry, przecież wprowadził po szesnastu latach Polskę do mistrzostw świata. Wiem, wiem, wy od razu zapytacie - on, czy Boniek z Listkiewiczem wprowadził? Mnie jednak bardzo ciekawi, co będzie teraz robił w Legii Janusz Olędzki, dotychczas odpowiedzialny za transfery. Przecież tym ma się zająć Engel.
- Na razie tylko sprowadzono Tomasza Sokołowskiego. Sprawdzi się?
- Eee, nie. Za słaby fizycznie, gra w kratkę. Giuliano, to tak! Ale nie Sokołowski.
- Co pan teraz będzie robił? Dostał pan już jakąś ciekawą ofertę pracy?
- Najpierw idę na urlop.
- A gdzie pan będzie odpoczywał? Czy w niedawno otwartym hotelu Polmotu w Chorwacji?
- Tak, chyba skorzystam z zaproszenia prezesa Zarajczyka i mój pobyt tam będzie mógł wpuścić w koszty rozliczenia moich zaległości. To oczywiście żart.
- A dostał pan już premię za mistrzostwo Polski?
- Nie, podobnie jak zawodnicy cierpliwie czekam. Na razie wypłacono nam pieniądze za kwiecień. Chyba z trzy razy będę musiał jeszcze przylecieć do Warszawy po te zaległości.
- Zawsze będzie pan w Warszawie mile witany.
- Zobaczymy, co będziecie o mnie mówić i pisać po moim wylocie. Na razie wszyscy się uśmiechają, przymilają, a jak mnie już tutaj nie będzie, to zacznie się psioczenie i biadolenie, że Legii nie doprowadziłem do europejskich pucharów.
- Tak źle nie będzie. Ale wróćmy do pytania o pańską przyszłość - gdzie pan będzie pracował po urlopie? W Partizanie Belgrad?
- Och, marzę o tym. Ale czekam na potknięcie Lothara Matthaeusa w kwalifikacjach Ligi Mistrzów. Partizan gra z Djurgarden. A Szwedzi to niełatwy przeciwnik, o czym przekonała się niedawno wasza reprezentacja. Miałem oferty kilku małych klubów serbskich i z Cypru. Mogłem pracować w APOEL Nikozja, gdzie trafił Kowalczyk, ale mnie praca w słabych klubach nie interesuje. Przynajmniej nie teraz, gdy byłem w wielkiej Legii.
- Właśnie, nie zgodziłby się pan poprowadzić po Pawle Janasie reprezentacji Polski? Przynajmniej byłby pan niezależny, wolny od układów i na pewno nie mógłby pan powoływać do drużyny Serbów...
- No, z tym powołaniem Serbów to bym nie ryzykował, choć przecież mógłbym namówić Svitlicę do przyjęcia polskiego obywatelstwa. Wtedy miałby w reprezentacji jeden mecz murowany. A propozycja poprowadzenia polskiej kadry byłaby bardzo ciekawa i na pewno nie do odrzucenia.
- A kogo widziałby pan w naszej narodowej jedenastce?
- Macie, niestety, mało dobrych piłkarzy. Znacznie więcej ma ich Serbia. Wybór więc nie byłby trudny. Ograniczałby się do piętnastu nazwisk. Na pewno dzisiaj nie wziąłbym nikogo z Legii.
- Marka Saganowskiego też nie?
- On musiałby strzelić jeszcze z dziesięć bramek, żeby zasłużyć na powołanie.
- To na kogo by pan postawił?
- W bramce na pewno nie na Dudka. On od roku nic nie broni. Od meczu z Łotwą wpuszcza wszystko co leci w bramkę. Gdyby i zawalał, i wybraniał, to by się można było zastanawiać. A on tylko zawala. Postawiłbym na Szamotulskiego, w polskiej lidze jest najlepszy, choć trochę zwariowany. W obronie na środku wystawiłbym Głowackiego z Bąkiem, po bokach - na prawym Baszczyńskiego, a na lewym - na pewno nie Stolarczyka. Wybrałbym między Ratajczykiem i Żewłakowem. W pomocy na prawej stronie pewny plac miałby Karwan, na lewej - Krzynówek, Kosowski grałby bardziej w środku, a do rozgrywania wziąłbym młodego Burkhardta. Atak to zdecydowanie Olisadebe z Żurawskim.
- A wracając do Stanko Svitlicy - zostawia go pan czy zabiera z Legii?
- Właśnie się z nim minęliście. Był tu, w Małej Serbii, na kolacji. Na razie Stanko zostaje więc w Warszawie.
Rozmawiał Jacek Kmiecik
Wywiad
Ostatni wywiad
wtorek, 1 lipca 2003 22:21
Dragomir Okukaźródło: sports.pl