- Jest pan chyba życiowym szczęściarzem, bo nie każdy dostaje drugą szansę od losu. Kilka lat temu sparzył się pan na Legii, a mimo to znów pan został jej trenerem - rozpoczęliśmy rozmowę z Dariuszem Kubickim.
Dariusz Kubicki: - Zostałem obdarzony wielkim zaufaniem przez prezesa Zarajczyka i naprawdę to doceniam. Ten fakt jeszcze bardziej mobilizuje mnie do pracy nad sobą i nad zespołem. Natomiast nie można o mnie powiedzieć, że drugi raz wchodzę do tej samej rzeki, bo ani na moment z niej nie wyszedłem.
- Można nawet powiedzieć, trzymając się wody, że za pierwszym razem pan... umoczył.
- Czy umoczyłem? Jeśli ktoś uważa sześć remisów, dwa zwycięstwa i jedną porażkę za umoczenie, to niech tak będzie. Teraz mam nadzieję odnieść lepsze wyniki. Pracuję z bardzo ciekawym materiałem ludzkim, z którym można wiązać spore ambicje.
- Wspomnieliśmy o szczęściu, ale pan temu szczęściu pomógł, bo cierpliwie czekał pan na kolejną szansę, mimo że pojawiały się ciekawe oferty.
- Legia jest klubem, z którego bardzo łatwo jest odejść, a nie zawsze jest łatwo wrócić. Cały czas po cichu liczyłem, że dostanę drugą szansę. Uczciwie mówiłem, nawet pracując jako asystent, że marzy mi się praca samodzielna. Oczywiście cały czas przy tym jak najlepiej wykonywałem swoje obowiązki, bo kiepskiemu asystentowi nikt nie da awansu. Moja cierpliwość została nagrodzona.
- Nagrodzona, ale nie do końca. Pan uczył się trenerki w Anglii, gdzie trener jest menedżerem, o wszystkim decyduje. Taki model na pewno marzył się panu także na Łazienkowskiej, a tymczasem momentalnie dostał pan zwierzchnika - Jerzego Engela.
- To może wyjść na dobre klubowi i mnie, zostanę trochę odciążony. Natomiast wszelkie sprawy szkoleniowe, związane z przygotowaniem do sezonu, prowadzeniem zespołu, wszystkie rozmowy indywidualne z piłkarzami, na przykład w sprawie kontraktów - na to muszę mieć wpływ, inaczej sobie nie wyobrażam.
- Henryk Kasperczak w Wiśle Kraków jest wyrocznią...
- Mnie się coś takiego nie marzy. W zupełności wystarczają mi te obowiązki, które mam obecnie - ograniczające się do kontroli nad zespołem, kontroli cyklu szkoleniowego. I mogę się cieszyć, że wiele spraw spada z moich ramion na grupę menedżerów klubu, czyli panów Engela i Olędzkiego.
- Dragomir Okuka twierdzi, że Jerzy Engel chce być trenerem i będzie czekał na pana potknięcie.
- Szczerze rozmawiałem z panem Engelem i przyznał, że obecna pozycja w zupełności mu odpowiada. Skoro zgodził się być dyrektorem, to mam nadzieję, że na tym stanowisku będzie chciał wytrwać jak najdłużej.
- A pan jak długo? Podobno na pierwszym treningu dał pan piłkarzom strasznie w kość. Wspominają tamte zajęcia jak najgorszy koszmar.
- Nasze przygotowania na pewno nie będę tak intensywne jak cztery lata temu. Doskonale zdaję sobie sprawę, na jakim obecnie etapie wytrenowania jest zespół, bo byłem z zawodnikami zimą, czyli w najważniejszym okresie. Teraz musimy podtrzymać naszą ówczesną pracę. Owszem, przez pierwsze dwa tygodnie piłkarze nie będą mieli łatwego życia, ale już potem nastawimy się na zajęcia taktyczno-techniczne, opracujemy sobie warianty wykonywania stałych fragmentów gry. Jeżeli piłkarze wytrzymają te pierwsze czternaście dni, to będziemy mieli ze wspólnej pracy sporo przyjemności.
- Piłkarzom chyba ucieknie ulubione alibi - trener zawalił przygotowania. Oni chcą grać, ale nie mogą. A pan jest przecież specem od przygotowania.
- Najłatwiej jest szukać winy u innych. Wolę kiedy każdy staje przed lustrem i patrzy sobie w twarz. Piłkarz powinien zadać sobie pytanie, czy wypełnił wszystkie założenia taktyczne, czy zrobił wszystko, aby zespół odniósł korzystny wynik. Dopiero później można patrzeć na innych. Chociaż oczywiście piłka jest sportem zespołowym i wina rozkłada się na wiele osób, w tym także na trenerów. Natomiast dla mnie usprawiedliwienie, że komuś brakowało świeżości, szybkości, wytrzymałości jest najgorsze z możliwych.
- Miał pan w karierze mecze, w których rzeczywiście chciał pan zagrać dobrze, a na skutek złego przygotowania - nie mógł?
- Nie. Wydaje mi się, że miałem doskonałe podejście do piłki. Zawsze chciałem coś udowodnić albo trenerowi, albo zawodnikowi stojącemu naprzeciwko mnie. Dlatego większość meczów, które rozegrałem w karierze, była udana.
- A jak to było z przygotowaniem w poprzednim sezonie? Było dobre czy złe?
- Dobre. Gdyby było złe, to nie mielibyśmy tak znakomitej końcówki sezonu. Możemy mieć tylko do siebie pretensje, że seria zwycięstw zaczęła się zbyt późno - kiedy już praktycznie nie mieliśmy szans na obronienie mistrzostwa Polski. Na pewno sytuacja, kiedy piłkarze zaczynają narzekać na pracę trenera, jest niewdzięczna i coś w środku boli. Boli zwłaszcza wtedy, gdy zespół traci gola w dziesiątej minucie, po błędzie w kryciu, po stałym fragmencie gry, a złe przygotowanie do sezonu staje się wymówką dla braku koncentracji. Przecież my nie traciliśmy bramek w końcówkach.
- Jakie kary płaci się w Anglii za złe wypowiedzi pod adresem trenerów?
- Tam jest większy profesjonalizm. Tam piłkarze wiedzą, co do nich należy i nie oceniają szkoleniowców.
- A pan jakim jest trenerem - polskim, angielskim czy... serbskim?
- Chyba każdym po trochu. Moje wyobrażenie o piłce jest mieszanką tego wszystkiego, co w życiu doświadczyłem. Chociaż cały czas jestem na dorobku i będę się starał wypracować swój styl. Zresztą, muszę przyznać, że żadna z wymienionych szkół trenerskich jakoś szczególnie mi nie imponuje, nie wybija się ponad pozostałe. Ja chcę przede wszystkim grać efektywnie i efektownie. Każdy trener o tym marzy.
- Tylko, że Dragomir Okuka odszedł, bo powiedział, że w Warszawie jest zespół bez perspektyw. Czy rzeczywiście przed pańską Legią nie ma perspektyw?
- Niekoniecznie. Myślę nawet, że Drago został źle zrozumiany. Legia w poprzednim ustawieniu wyczerpała limit ewentualnych sukcesów. Natomiast przy zmianie ustawienia, taktyki, nawet bez zmian personalnych, ten zespół może zrobić krok do przodu. Potencjał na pewno mamy. Każdy z naszych piłkarzy ma w sobie spore możliwości, a przecież dojdą do nas także nowi ludzie, którzy wzmogą rywalizację w tym zespole.
- Jakich ruchów, wykonanych za pana poprzedniej kadencji trenerskiej w Legii, tym razem nie chce pan powtórzyć?
- Pewnych rzeczy nie jestem w stanie powtórzyć, bo patrzę na życie z dystansem i z pokorą. Na pewno nie będę szedł w kierunku takich stosunków interpersonalnych z zespołem, jakie wtedy miałem, nie potrafiłem poukładać pewnych spraw. Ściągnąłem zbyt wiele wzorców z zachodu na polski grunt, który - jak się okazało - nie był na nie podatny.
- A może to działaczom zabrakło wtedy cierpliwości, a wprowadzenie ostrej dyscypliny w dłuższej perspektywie wyszłoby Legii na dobre?
- Nie, sądzę, że byłem wtedy za surowy. Na pewno teraz będę dalej wymagał sporo, ale będę też otwarty na sugestie, nie tylko ze strony najstarszych zawodników. Ta mieszanka słuchania, dyskutowania może przyniesie odpowiednie efekty.
- Wydaje się, że kilka lat temu był pan bardziej pewny siebie niż obecnie.
- Jestem dalej bardzo pewny siebie, ale też nauczony doświadczeniem. Wynik składa się z tak wielu czynników, że trzeba mieć w sobie pokorę. Ostatnie cztery lata wskazały mi miejsce w szeregu, co moim zdaniem może mi tylko pomóc w Legii, a nie zaszkodzić.
- A co pan sobie pomyślał, gdy doszło do pana, że Jacek Zieliński zastanawia się nad odejściem z Legii?
- Zmartwiło mnie to, bo bardzo poważnie myślę o budowaniu zespołu z Jackiem jako jednym z filarów. Poprosiłem wtedy Jacka, aby przyjechał następnego dnia do klubu, Jacek przyjechał i sobie szczerze porozmawialiśmy. Myślę, że już nie ma on wątpliwości i chce zostać na Łazienkowskiej. Rozmawialiśmy z pół godziny, a przez ten czas można sporo powiedzieć. Chyba przekonałem go, że na stare lata nie warto jest gdziekolwiek się ruszać, będąc tak cenionym i szanowanym w Legii.
- Skąd te obawy Zielińskiego? Czemu myślał o odejściu?
- Każdy myśli, kiedy pojawia się atrakcyjna oferta. To zupełnie naturalne. Przykro mi było tylko, że Czarek Kucharski poszedł w swoją stronę.
- W Grecji będzie mu lepiej?
- Osobiście nie jestem przekonany, czy będzie lepiej, ale muszę zaakceptować jego decyzję. Znając menedżerskie zdolności Czarka, na pewno dobrze się zabezpieczył w razie, gdyby Iraklis nie płacił mu na czas.
- Odszedł kapitan zespołu...
- Nie liczyłem się z jego odejściem. Jego pozostanie byłoby dla nas bonusem. Liczyłem się natomiast z odejściem Stanka Svitlicy. Być może będzie tak, że odszedł Czarek, a zostanie Stanko. I wtedy ja płakać nie będę, nawet mi to rozwiązanie będzie pasowało, bo kto nie chce mieć zawodnika, który strzela w sezonie 24 bramki? A kto teraz będzie kapitanem? Muszę najpierw porozmawiać z zawodnikami, którzy pretendują do tego miana - Jackiem Zielińskim, Markiem Jóźwiakiem, Jackiem Magierą, może i Łukaszem Surmą.
- Odeszli Kucharski, Majewski, ale chyba wielkich zmian w zespole pan nie przewiduje.
- Nie spodziewałbym się nowych nazwisk na pięciu czy sześciu pozycjach. Największą naszą zmianą będzie nowa taktyka. Natomiast co do personaliów - zadecydują mecze sparingowe. Na razie nie chcę nikomu odbierać szans. Testujemy zawodników na lewą stronę obrony, prawą mamy mocną. Prawdopodobnie ktoś z tej testowanej dwójki, albo Bułgar, albo Chorwat, zostanie z nami. Obaj są lewonożni.
- Na razie mobilizuje pan zespół metodą rywalizacji... wirtualnej. Odważnie ogłosił pan listę życzeń. Piłkarze już wypatrywali Giuliano, Rachwała, Włodarczyka, Klimka. Na razie jest tylko Tomasz Sokołowski, ma być też Andrzej Krzyształowicz.
- To nie była żadna tajemnica. Od kilku ładnych dni prowadzimy rozmowy z zawodnikami i jestem przekonany, że wzmocnimy zespół trzema czy czterema nowymi piłkarzami, w tym napastnikiem.
- Klimek poleciał do Grecji, a Włodarczyk powiedział, że w Legii raczej nie zagra.
- Z tego, co wiem, obaj są bardzo zainteresowani grą dla nas. A że każdą propozycję trzeba rozważyć, dlatego pertraktują też z innymi. To, że Klimek wsiadł w samolot i poleciał do Grecji, to zupełnie o niczym nie świadczy. O Włodarczyku mówi się, że jest blisko Dospelu, a z moich informacji wynika, że woli grać w Legii. Jeden z nich do nas trafi, na razie bardziej zaawansowane rozmowy są z Klimkiem.
- A Krzyształowicz już jest w Legii?
(w tym momencie wchodzi Andrzej Krzyształowicz i mówi: "Dzień dobry")
- O, widzi pan! O wilku mowa! Już jest. Andrzej to bardzo solidny bramkarz, można go w każdej chwili wstawić do bramki bez większego ryzyka.
- I o co będziecie z nim walczyć?
- Legia zawsze walczy o najwyższe cele, o mistrzostwo. Mamy ku temu możliwości. Patrząc na Wisłę, nie odczuwam żadnej zazdrości, nie mam kompleksów. Są tam ciekawi zawodnicy, z którymi praca byłaby przyjemnością, ale my też mamy duży potencjał.
Rozmawiał Krzysztof Stanowski
Wywiad
Druga szansa od losu
środa, 2 lipca 2003 18:29
Dariusz Kubickiźródło: Przegląd Sportowy