Robert Błoński: Kibice Legii nie mogą się już doczekać sezonu...
Marek Saganowski: ...nie tylko oni. Wszyscy. Piłkarze, trenerzy, działacze. Bez ligi jest smutno, życie wygląda inaczej...
...i nie mogą się doczekać bramek Marka Saganowskiego.
- Ja też. Mam nadzieję, że ta runda będzie przynajmniej taka sama jak ostatnie mecze poprzedniego sezonu. Chciałbym strzelać gole w każdym meczu.
To możliwe?
- Tak. Tylko że strasznie ciężko utrzymać wysoką formę przez kilka miesięcy. Napastnik ma w każdym meczu przynajmniej dwie okazje. A dobrą skuteczność gwarantuje tylko dobra forma. Jednak zagrać 15-20 meczów w optymalnej dyspozycji to jest dopiero wyczyn. Mnie się jeszcze nigdy nie udało.
A miał Pan kiedykolwiek lepszy okres w karierze niż ostatnie miesiące?
- Najwięcej goli w jednym sezonie strzeliłem 11. To było w ŁKS. Ale wtedy nie dane mi było dokończyć sezonu, bo po kilku meczach rundy wiosennej pan Ptak [właściciel klubu - red.] wywiózł mnie za granicę. Potem, po powrocie, była podobna sytuacja. Znowu zdobyłem 11 bramek, ale wiosną rozbiłem się na motorze i leczyłem przez kilkanaście miesięcy. Ostatniej wiosny uzyskałem dziesięć bramek dla Legii. W takiej formie dawno nie byłem na boiskach ligowych. Nikt nigdzie nie potrafił tego ze mnie wyegzekwować. W Legii się udało.
Jak?
- Swoje zrobiło otoczenie. Przyszedłem do wielkiego klubu, w którym występowali świetni piłkarze. Było od kogo się uczyć - Kucharski, Svitlica, Yahaya... To nietuzinkowi gracze. Poza tym miałem wielką motywację. Przychodząc do Legii, nie byłem w za dobrej sytuacji. W Odrze siedziałem na ławce rezerwowych, a trener Okuka dawał do zrozumienia, że na Łazienkowskiej będę piątym napastnikiem, ale zagryzłem wargi i postanowiłem walczyć. Mimo innych ofert uświadomiłem sobie, że "jak nie w Legii, to w Polsce nie będę grał już nigdzie".
Ma Pan żal do Odry?
- Mam. Kiedy byłem potrzebny, nie było kłopotów ze znalezieniem dla mnie miejsca. Ale później, jak okazało się, że nie przedłużę kontraktu, zostałem odstawiony. Grali inni.
Liga zaczyna się dla Legii w Wodzisławiu.
- Chcę tam wygrać za wszelką cenę.
Czuje Pan, że w Legii się odrodził?
- Tak. Ja już mówiłem, że urodziłem się w Łodzi, na ŁKS-ie, ale odrodziłem - jako piłkarz - w Legii, na Łazienkowskiej.
Czy tyle czasu musiało minąć od tego wypadku?
- Nie. Najgorsze były wypożyczenia - do Płocka, Wodzisławia... Owszem, w Wiśle na mnie stawiano, ale tam nie ma klimatu do piłki. W Odrze szansy nie dostałem. W Legii początek nie był za dobry. Nie grałem, ale w końcu doczekałem się na swoją szansę. Niektórzy mówią, że za późno i... ja się z nimi zgadzam.
Czyli potrzeba było Panu stabilizacji?
- Tak. Mam żonę, kontrakt z Legią podpisany do 2006 r., spokój... I nareszcie gram. Wiem, na czym stoję. Kłopoty zdrowotne mnie omijają.
Od napastników wymaga się bramek. Może stać 88 min, ale jak zdobędzie bramkę, jest noszony na rękach. Czasem gra, biega, walczy, podaje, ale jest nieskuteczny i oceny są negatywne. Ja poprzednio miewałem kilka dobrych meczów. Grałem dobrze, ale gola zdobyć nie umiałem. Dlatego być może czułem się zagubiony. W Legii sprawa jest jasna - mam kończyć akcje zespołu. No i w tej drużynie jest więcej sytuacji niż gdzie indziej. Tu każdy mecz gra się o zwycięstwo, nie ma kalkulowania, remis to porażka.
Co w największym stopniu zdecydowało o odrodzeniu Marka Saganowskiego?
- Żona. Była ze mną w najtrudniejszych chwilach. Ja już byłem na szczycie - grałem na Wembley, przeciwko Niemcom, ówczesnym mistrzom Europy, wyjechałem na Zachód. I nagle ze szczytu spadłem. Powrót jest niesamowicie ciężki. Żona wytrzymała próbę. Nawet jak grałem źle, mówiła wbrew sobie, że jestem w coraz lepszej formie.
Poza tym Legia to Legia. Wielkie wyzwanie dla każdego gracza, po przyjściu strasznie pomogli mi kibice. Kiedy wchodziłem na 10-15 min, cały czas skandowali moje nazwisko. Jestem z tego dumny i wdzięczny. Tak samo jak z kolegów z drużyny.
Czuł się Pan kiedykolwiek marionetką w rękach działaczy?
- Bardzo często. Rzadko miałem w karierze coś pewnego. Jeździłem, czasem dwa razy w tygodniu, od klubu do klubu, od miasta do miasta... Przede wszystkim w ŁKS-ie, gdzie pan Ptak traktuje zawodników jak towar. A to przeszkadza w graniu.
Stracił Pan wiarę w to, że będzie piłkarzem?
- Nawet nieraz. Już nawet miałem myśli, żeby to wszystko rzucić, dać sobie spokój z piłką.
W Legii też?
- Nie. Tu dostałem "prądu". Zrobiłem wszystko, by tu trafić rok temu, mimo innych ofert i tego, że wiedziałem, że będę tu numerem pięć wśród napastników. Jednak nie każdy może grać w Legii. Najbliższą przyszłość wiążę z Warszawą, ale nie zostanę tu na stałe.
W Legii mało grał Pan jesienią, zimą strzelał gole w sparingach, ale w lidze nie. Wydawało się, że do końca sezonu będzie Pan rezerwowym.
- W sparingach byłem najskuteczniejszy, ale to nie dało mi miejsca w podstawowej jedenastce. Przed pierwszym meczem, z Amicą, rozchorowałem się i w ogóle nie grałem. Z Groclinem wyszedłem na pół meczu, na własną prośbę. Osłabiony antybiotykami, w kiepskiej formie...
Później nie było lepiej. Zawiódł Pan w Krakowie, zagrał kiepsko w drugiej połowie.
- Zgadza się. Nawet trener mi wypomniał to, że straciłem skuteczność. We wszystkim pomogło mi to, że w następnym meczu za kartki nie grał Aco Vuković. Pokonaliśmy KSZO 6:0, Stanko strzelił trzy gole, ja jednego. Grałem dobrze i trener nie miał wyjścia, musiał cofnąć Czarka Kucharskiego do pomocy. Jednak i tak mam żal do trenera Okuki, że za późno dał mi szansę. Mogłem grać już jesienią. Przecież w ostatnim meczu rundy, z Zagłębiem, zdobyłem gola. Wcześniej drużynie nie szło.
Biła jednak rekord liczby nieprzegranych spotkań.
- Ale grała słabo, remisowała. Dziennikarze zresztą zarzucili trenerowi zbyt duży konserwatyzm, wielką przewidywalność. A ja czułem, że nie mam wsparcia psychicznego, że czego bym nie zrobił, i tak nie będę grał. Przełomowy był ten mecz z Ostrowcem, choć trener Okuka zdjął mnie po godzinie...
Ciężko było Okukę przekonać do siebie?
- Bardzo. Od początku mówiono, że nie będę grał, że będę piątym napastnikiem, od którego niewiele będzie, przynajmniej na początku, zależeć.
Czuł się Pan, jak piąte koło u wozu?
- Nie, bo przyjęto mnie tu wspaniale.
Czy Okuka był sprawiedliwy? Jeśli nie, to za kogo miał Pana wstawić - Svitlicę czy Kucharskiego?
- Wszystko przemawiało za nimi. Stanko strzelał jak na zawołanie, Czarek poprowadził zespół do mistrzostwa Polski, ale w pewnym momencie należał im się odpoczynek. Nie tylko im, drużyna potrzebowała świeżej krwi, ale trener tego nie zauważył. Był przywiązany do jednego składu, choć gra była kiepska.
Trener Kubicki jest bardziej elastyczny?
- Na pewno. Kilkoma decyzjami nas zaskakiwał. Ma spore wyczucie, jeśli chodzi o natężenie treningów. Wie, kiedy dać wolne, kiedy nie. Jest elastyczniejszy niż Dragomir Okuka. Treningi są ciekawe, z piłkami. Dużo gramy - w porównaniu z tym, co było, to jak dzień do nocy.
Czyli Legia nie jest "zajechana"... Jest szybkość, świeżość, dynamika. Nie będzie tłumaczenia w trakcie sezonu?
- (śmiech) My Polacy jesteśmy przyzwyczajeni, że jak nam nie idzie, to na pewno znajdziemy jakieś wytłumaczenie. Mam nadzieję, że nie będziemy mieli powodów, by go szukać.
Ma Pan dopiero 25 lat, a karierę bardzo bogatą...
- Niezły film można by nakręcić. Z elementami horroru, komedii, melodramatu, ale ogranie, doświadczenie są teraz moimi atutami.
Czy forma i skuteczność ze sparingów przełożą się na ligę?
- Najważniejszy będzie początek. Jak drużyna będzie grała ofensywnie, to skorzystają na tym napastnicy. Poza tym dobra skuteczność dodaje pewności.
Czy czuje Pan, że ten sezon może być dla Pana wyjątkowy? Ma Pan jakieś nadzieje?
- Odpowiem po kilku meczach. Forma sparingowa a ligowa to jest całkiem co innego. Tym bardziej że to jest Legia. A kto gra przeciwko nam, bardzo się mobilizuje.
Czy w niedzielę kibice zobaczą nową Legię? Jest nowy dyrektor, trener, kapitan, nowe ustawienie...
- Nowa może nie. Na pewno inna. Pierwszy skład nie zmienił się za bardzo. Mam nadzieję, że zajmiemy lepsze miejsce niż czwarte. Nie poddajemy się na starcie. Zrobimy wszystko, by ta Legia była i inna, i lepsza.
Jednak czy to Wisła wciąż jest największym faworytem ligi?
- Po jej porażce w Gdyni można powiedzieć, że nie.
To jednak tylko Puchar Polski.
- Tylko? W poprzednim sezonie wygrali wszystko. Teraz zaczęli od porażki. Zobaczymy, jak będzie w lidze. Na pewno ciekawie.
Paweł Janas zapowiedział, że powoła Pana na mecz z Estonią, który odbędzie się 20 sierpnia.
- Pierwsze słyszę. Ale to kolejny bodziec mobilizujący mnie do pracy. Lubię, jak coś się dzieje wokół mnie. A powrót do kadry byłby wielką sprawą. Żal mi było patrzeć na mecz ze Szwecją. Szkoda straconych punktów. Zawsze kibicowałem Polsce, interesowałem się meczami, wynikami. Obojętnie, kto grał, kto był trenerem.
Rozmawiał Robert Błoński
Wywiad
W Legii się odrodziłem
wtorek, 5 sierpnia 2003 09:06
Marek Saganowskiźródło: Gazeta Wyborcza