Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Widzę stały postęp

poniedziałek, 11 sierpnia 2003 14:51
Dariusz Kubickiźródło: Gazeta Wyborcza

Maciej Weber: O co w tym sezonie gra Legia? O mistrzostwo, udział w europejskich pucharach? A może jest jakiś inny cel, minimalny?

Dariusz Kubicki: Aby określić to precyzyjnie, chciałbym zobaczyć, jak zespół prezentuje się w trzech początkowych ligowych kolejkach. Ale pewnie kibice zdziwiliby się, gdybym nie powiedział, że Legia gra o mistrzostwo. Taki cel jest tutaj co roku. Kadrowo drużyna wygląda na bardzo podobną do tej, która walczyła w ubiegłym sezonie. I uważam, że stać ją, by powalczyć z każdym rywalem. Z poprzedniego składu na razie ubyli tylko Adam Majewski i Cezary Kucharski. W dodatku przy zmianie ustawienia potrzeba nam mniej pomocników, a za Czarka jest Argentyńczyk Garcia. Nadal nie opuszcza nas Stanko Svitlica. Jesteśmy tak samo silni jak wcześniej, a jeżeli dodamy do tego więcej konsekwencji - ostatnio za dużo punktów traciliśmy ze słabymi rywalami - to nie powinno być źle.


Legia przechodzi z ustawienia 3-5-2 na grę z czwórką obrońców. Czy to zdaje egzamin?

- To nie ustawienie gra tylko zawodnicy. Jednak na pewno istnieją różnice, które trzeba sobie przyswoić, choćby w prowadzeniu ataku. Od pierwszego sparingu we Francji widzę jednak stały postęp, ale tak naprawdę to chwalić będzie można tylko wtedy, jeżeli osiągniemy dobre wyniki w lidze. Mecz z Odrą w Wodzisławiu sporo nam powiedział. Trudny teren, trudny przeciwnik.


We Francji graliście z dobrymi przeciwnikami, ale mimo to martwią wyniki. Większość meczów tam Legia przegrała.

- Każdy chce wygrywać, ale wyniki w sparingach nie są najbardziej istotne. Poza tym na początku zgrupowania musieliśmy rozegrać trzy mecze przez trzy dni z rzędu, w różnych miejscowościach, co na pewno nie ułatwiało sprawy. Ze względów szkoleniowych na pewno nie było to najlepsze rozwiązanie, ale musieliśmy to zaakceptować. Za plus można uznać to, że zobaczyliśmy, jak gra się nowocześnie w piłkę. Byliśmy tam równorzędnymi przeciwnikami. Rzeczywiście, większość spotkań przegrywaliśmy. Może o tę odrobinę, bo porażki nie były wysokie, liga francuska jest lepsza od naszej.


O tych trzech sparingach rozegranych w ciągu trzech kolejnych dni długo jeszcze się mówiło. W zdecydowanie negatywnym kontekście.

- Gdy planowaliśmy zgrupowanie we Francji, myślałem, że będę miał do dyspozycji 24 zawodników. Potem jednak pojawiły się kłopoty. Mieliśmy trochę kontuzji, niektórzy ze zgrupowania musieli wyjechać, niektórzy nie dotarli. Dlatego koncepcja, by kolejne mecze rozgrywać różnymi składami, musiała upaść. Ale za to po tej dawce spotkań mieliśmy dwa dni kompletnego relaksu, by zawodnicy mogli wrócić do normy i dlatego nie sądzę, by to potem odbiło się na naszych przygotowaniach.


Legia miała mieć bombowy atak. Tymczasem wszystko się posypało. Marcin Mięciel wybrał Iraklis Saloniki, przyszłość Stanko Svitlicy wciąż jest niepewna, a Manuel Garcia musiał latać do Argentyny i nie wrócił na czas, by zagrać z Odrą w Wodzisławiu. Jak by tego było mało, Adam Cieśliński doznał kontuzji. Z klasycznych napastników został Panu tylko Marek Saganowski. Prowizorka.

- Ja za te sprawy w klubie nie odpowiadam. Poza tym pewnym rzeczom przeszkodzić nie można. Na szczęście od następnej kolejki będę mógł już liczyć na Garcię.


W okresie przygotowawczym przez Legię przewinęło się wielu obcokrajowców. Z nowych zostali tylko Garcia i Dickson Choto. Którego z tych, którym podziękowano w innych okolicznościach, wziąłby Pan do Legii?

- Na pewno spore możliwości miał Okyere. Niestety, w dwóch sparingach, w których wystąpił, nie umiał potwierdzić oczekiwań i dlatego z nim się rozstaliśmy. Ma jednak spory potencjał. Bardzo korzystnie wypadł w meczu z Le Havre, ale ogólnie nie był lepszy od tych, którzy już byli w zespole. A obcokrajowiec, abyśmy go wzięli, musi być wyraźnie lepszy od naszych piłkarzy. Na początku przygotowań pojawi się u nas Bułgar Zdrawko Stankow. Uznałem, że znajdę lepszego od niego lewego obrońcę, ale potem okazało się, że nie znalazłem.


A po co Panu lewy obrońca? Tomasz Jarzębowski prezentuje się bardzo dobrze.

- Oczywiście, że tak. Zdarzają się jednak kontuzje, przetasowania w kadrze i chciałem jakoś tę pozycję zabezpieczyć.


Na zgrupowanie we Francji miał dołączyć Chorwat Zvonimir Krznić. Ale nie dołączył. Dlaczego?

- Miał kontuzję i dlatego nie dotarł. Potem jego sprawa upadła.


Patrząc na obrońców Legii, trudno nie zwrócić uwagi na dwójkę stoperów. Przy całej sympatii dla Jacka Zielińskiego i Marka Jóźwiaka obaj mają po 36 lat. To ewenement na skalę światową.

- Obaj doskonale wiedzą, na czym ta gra polega. W meczach z naprawdę silnymi przeciwnikami formacja obrony była bardzo chwalona przez przedstawicieli tych zespołów, z którymi graliśmy. Nie wiek powinien tutaj decydować. Myślimy jednak o przyszłości i dlatego w kadrze zespołu pojawiło się kilku młodych obrońców, jest Dickson Choto. Poza tym próbowaliśmy w defensywie Jacka Magierę. Pojawił się też Chorwat Andy Bara. Przyglądamy się mu, chociaż nie będę krył, że w tej chwili jest kilku zawodników, którzy są w hierarchii przed nim.


Kwestia opaski kapitana. Po odejściu z klubu Kucharskiego wydawało się, że kapitanem po dwuletniej przerwie zostanie Zieliński, ale nie chciał. Zostało więc dwóch kandydatów - Jóźwiak i Łukasz Surma. Nieoczekiwanie wybrał Pan tego drugiego, młodszego. Jóźwiak na zakończenie kariery nie chciał być kapitanem?

- Może i Marek by chciał, ale uznałem, że drużynie przyda się powiew młodości, inne spojrzenie. Przecież nigdzie nie jest powiedziane, że kapitanem drużyny musi być piłkarz najstarszy. Dlatego Łukasz wyprowadzi zespół na boisko w Wodzisławiu, chociaż nie jest to funkcja dożywotnia i jak sobie nie będzie radził, to może to się zmienić. Jacek i Marek są w radzie zespołu, mają ogromny autorytet i nadal bardzo wiele do powiedzenia.


Jóźwiak ostatnio wypowiadał się bardzo pozytywnie na Pański temat, a kiedy ponad półtora roku temu próbował do Legii wrócić po raz pierwszy i mu się nie udało, miał do Pana jakieś pretensje. Czy decyzja o tym, że nie został kapitanem, nie wpłynie znowu na pogorszenie waszych układów?

- Byłoby dziwne, gdyby wtedy miał do mnie pretensje, bo to właśnie ja przekonywałem Dragomira Okukę, by zatrudnić Marka w Legii. Wówczas jednak mieliśmy bodaj sześciu obrońców i dlatego pierwsza próba jego powrotu na Łazienkowską się nie powiodła. Ale zimą sytuacja się zmieniła i Marek przyszedł. Od ponad roku jest naszym silnym punktem. I wszyscy są zadowoleni.


A jak sytuacja z bramkarzami? Młody, zwłaszcza jak na tę pozycję, Artur Boruc i doświadczony Andrzej Krzyształowicz. Ten drugi słynie z obrony rzutów karnych. Czy to fachowcy na miarę Legii?

- Nie ulega wątpliwości, że to bardzo dobrzy bramkarze. Większe szanse na grę ma Boruc, ponieważ kończył sezon z tą drużyną, jest tutaj dłużej. Ale obaj prezentują podobny poziom.


Na łamach prasy piłkarze bardzo chwalą sobie treningi z Panem. Mówią, że zajęcia są bardziej urozmaicone niż u trenera Okuki.

- Wszyscy, to znaczy ja oraz trenerzy Gawara, Brychczy i Dowhań staramy się te treningi urozmaicać. Prowadzimy je tak, by były jak najbardziej przyjemne i by zawodnicy żadnego dnia nie wiedzieli, czego mogą się spodziewać. Ja nie mam żadnych zastrzeżeń do warsztatu trenera Okuki. Być może za jakiś czas moje treningi też zaczną się wydawać nużące. Też kiedyś byłem zawodnikiem i nauczyłem się nie przywiązywać wagi do tego, co oni mówią. Zawodnicy są jak pogoda - zmienni. Trzeba jednak im oddać, że chcą pracować, widać po nich zapał. To grupa bardzo dobra do pracy. Ale wiadomo, że jak kilka meczów zakończy się kiepskimi wynikami, to może okazać się, że treningi są złe. Tak już po prostu jest i trzeba z tym się pogodzić.


Gdy w roku 1999 po raz pierwszy prowadził Pan Legię, na początku ligi drużyna trzy mecze zremisowała. Teraz z takiego początku raczej nikt nie byłby zadowolony.

- Ja też nie byłbym zadowolony, aczkolwiek to tylko sport i niczego nie można wykluczyć. Ten zespół przy odpowiedniej koncentracji i determinacji stać na to, by większość meczów wygrywać.


Po przyjściu do klubu Jerzego Engela na stanowisko dyrektora klubu mówiło się, że dostał Pan "nadtrenera", który faktycznie będzie rządzić drużyną. Jak to w tej chwili wygląda?

- Mamy zupełnie inny zakres obowiązków. Trener czy może raczej dyrektor Engel odpowiada za sprawy organizacyjne, finansowe. Ja odpowiadam za sprawy szkoleniowe. Mam swój sztab, z którym konsultuję decyzje, ale gdyby była potrzebna pomoc, to pan Engel na pewno nam nie odmówi.


W tym sezonie na stadionie przy Łazienkowskiej grać będzie nie tylko Legia. Także Świt i Polonia.

- Mam tylko cichą nadzieję, że nie ucierpi na tym płyta boiska. Większość zespołów na naszym stadionie przeważnie się broni i wtedy trzeba stosować atak pozycyjny. A taki znacznie łatwiej prowadzić na dobrej nawierzchni. Tymczasem jesienią czy wczesną wiosną warunki pewnie nie będą najlepsze, a gdy w trakcie jednego weekendu na tym samym boisku będą się odbywać czasem i dwa mecze, to może to nie być dla nas korzystne.


A propos Świtu. Rozmawiacie czasem w klubie o aferze barażowej?

- Nie śledziłem tej sprawy na bieżąco. Przeczytałem werdykt, ale szczegółów za dobrze nie znam. Nie zauważyłem też, by ta sprawa budziła jakieś ożywione komentarze w gronie zawodników. Jesteśmy od tego daleko.


Sytuacja finansowa Legii. To od dawna kwestia znacznie bardziej drażliwa od jakichkolwiek problemów sportowych.

- Są niewielkie opóźnienia w wypłatach, ale to wszystko wydaje się do przyjęcia. Zawodnicy podchodzą do problemu bardzo rozsądnie. Kolejnego strajku raczej nie przewiduję. Zresztą podejrzewam, że Legia i tak jest jednym z tych nielicznych zespołów, w których wypłaty następują w najbardziej regularny sposób.


Rozmawiał Maciej Weber

Podaj ten news dalej: