Przychodzi sobie medalista olimpijski i wielokrotny mistrz Polski na stadion, zasiada na trybunie honorowej, poprawia klapy fraka, zdejmuje cylinder, przerzuca szal (biały jedwabny!) przez ramię... a tu buch. Cegłówka w potylicę. Jak mawiał Andrzej Gołota walony nieraz telefonem komórkowym w głowę: robiłem za wolno uniki. Bo wszystko co honorowe drażni, nawet trybuna. Tym samym ceniący sobie wolną przestrzeń na trybunach kibice Polonii wprowadzili nowy zwyczaj bycia gospodarzem w gościach. Jeśli ta najbardziej z warszawskich publiczności narzuci ów standard szerszej społeczności, już niebawem swojska blacha w czoło zastąpi nam niepotrzebną wymianę kurtuzaji w relacjach gość – gospodarz np. przy powitaniach lub wymianie uprzejmości.
Mam dla Państwa quizowe pytanie: po co władze i sztab szkoleniowy Legii oddały młodych zdolnych zawodników do innych klubów? Otóż dlatego, aby móc w ich miejsce sprowadzić młodych zdolnych zawodników z Pomorza i zagranicy. Tych także w krótce odda. Tym sposobem Legia przestała być trampoliną do kariery na Zachodzie dla wyróżniających się seniorów, a stała się trampoliną dla wyróżniających się młodych graczy trzecioligowych - do klubów pierwszoligowych. Robin Hood zabierał bogatym, a dawał biednym, nie pomijając siebie, tymczasem nasz ukochany klub zabiera biednym i daje mniej biednym, ale pominąwszy siebie. Marek Pol byłby nami zachwycony.
Derby boiskowe nudne jak cholera. Drapieżne gesty radości Kubickiego po ostatnim gwizdku oddawały w pełni grozę sytuacji. Otóż nasz czołowy klub wymęczył zwycięstwo z outsiderem ligi, dopuszczając by okoliczności były dramatyczne, a walka wyrównana. Dzięki zwycięstwu legioniści uniknęli plag, na które z całą sumiennością zasłużyli.
Otóż Legia Kubickiego do złudzenia przypomina Legię Kubickiego – z poprzedniego podejścia. Jej cechą było zmaganie się z dowolnym zespołem ligi jak równy z równym. Czy to Odra, czy Łęczna, czy Wronki - Legia podejmuje heroiczną, wyrównaną walkę odartą z elementów piłkarskich i jakiejkolwiek radości gry. A losy każdego meczu z naszym udziałem - ku uciesze kibiców z Polkowic czy Gorzyc - ważą się do ostatniej minuty.
Legia gra defensywnie (nawet z Polonią!), nie wykorzystuje momentów, kiedy można zepchnąć rywala do obrony. Atakuje nieśmiało, najczęściej jednym – dwoma zawodnikami, przy czym tylko Saganowski czuje się dobrze na desancie. Garcia jest typem zbliżonym do Svitlicy i potzebuje dokładnej piłki w pole karne. Tych nie ma i nie będzie przy takim (bez)stylu gry.
Trzy podania, to wszystko co udaje się wymienić w środku bez straty piłki. Potem walczy o jej odzyskanie, ale rytmu gry odzyskać już nie umie. Dochodzi do kuriozalnych zagrań polegających na przekopywaniu z jednej strony boiska na drugą – do przeciwnika.
A jeszcze niedawno ta sama Legia słynęła z szybkiej gry z klepki i prostopadłych podań otwierających drogę do bramki. Teraz gracze kurczowo trzymają się własnych pozycji i panicznie boją przemieścić w inny rejon placu. Jedyne dwa gole, które udało się zdobyć, padły po podaniach... od obrońców rywali.
Młodszym uświadomię, że wdrażany z takim szumem system 4-4-2 nie jest żadną rewolucją w piłkarstwie europejskim. Legioniści grali w tym ustawieniu w latach 80, kiedy był to system obowiązujący, tyle że z wysuniętym libero. Nowatorski był 3-5-2, który doprowadził do licznych modyfikacji w stylu 3+2+2+2+1 itp. Zresztą nie w cyferkach tkwi diabeł, tylko w rozumieniu tego co się gra i po co. A nasze asy poza tym, że wiedzą gdzie stać na boisku, kompletnie nie wiedzą którędy biegać, czy grać podaniami czy przerzutami i czy prostopadle czy krzyżowo. Najlepiej wychodzą im bliżej nieprecyzyjne wykopy do przodu, które gdzieś tam spadają. Z Bożą pomocą czasem ktoś do nich dobiega. Pod warunkiem, że nie nazywa się Jacek (ła)Magiera. Wnisek jest taki, że skrzydłami to lepiej grała Legia Okuki, mimo że miała tam tylko dwóch piłkarzy. Teraz jest czterech i nic z tego nie wynika. Najskuteczniejszy to Tomasz Sokołowski właściwy, co spędza mi sen z powiek, bo oznacza to, iż regres w Legii dokonuje się szybciej niż przypuszczałem.
W piątek nadjeżdza poznańska lokomotywa i warto by jej wysłać pociąg powitalny naprzeciw. Ale nie mamy ani maszynisty, ani palacza. Jedyne co pozostaje to liczyć, że uda się rozkręcić tory... Ale kibiców bardziej interesuje, czy zorganizujemy więcej flag niż Lech przywiezie. Rozumiem, ich futbol już dawno przestał być sprawą pierwszoplanową.