Stanko Svitlica (cechy szczególne: 70 występów w Legii, 40 zdobytych bramek) wyszedł z domu i nie wrócił. Nie wrócił, ponieważ zapakowawszy do plecaka przykurzony medal za zdobycie tytułu Mistrza Polski oraz nieco mniej zużytą wałówkę, wsiadł do pociągu, pardon, samolotu byle jakiego, który wylądował dopiero na ciepłych piaskach Dubaju. Tak, tak, Serb będzie teraz markował grę dla znanego na całej pustyni klubu Al-Nasr, w zamian za co, w ramach kontraktu, otrzyma pewnie służbowego wielbłąda i trzynaście żon (do zwrotu po wygaśnięciu umowy) z wymianą na klimatyzator. Szczęście spotkało go niebywałe, a zawdzięcza go przekleństwu pod tytułem: Król Strzelców Ligi Polskiej.
Svitlica nie jest, niestety, pierwszym, ani ostatnim zwycięzcą tej ponoć wielce prestiżowej klasyfikacji, która w najmniejszym nawet stopniu nie wpływa ostatnio na rozwój kariery i wzrost aspiracji zawodników. Tytuł polskiego Króla Strzelców ma w świecie renomę na poziomie miana Miss Mokrego Podkoszulka w domu starców przy zakonie norbertanek, edycja: lato 2003, czy drugiej nagrody dla najgłośniej chrapiącego brodacza o imieniu Roman w gminie Piszczelowo. Przypadek Stanko tylko utwierdza nas w tym przekonaniu.
Poprzedni laureaci tej klasyfikacji również zawrotnej kariery raczej nie zrobili. Taki choćby jeden z trzech zwycięzców tego konkursu z 1998 roku, Arkadiusz Bąk (wówczas Polonia Warszawa), dla którego szczytem przygody z piłką było udeptywanie rozmoczonej murawy podczas trudnego do zapomnienie meczu reprezentacji Polski z Portugalią na koreańskim boisku. Ten niespecjalnie postawny (dorastał w czasach, gdy o akcji: „pij mleko, będziesz wielki”, można było tylko pomarzyć) napastniko-pomocnik ma na swoim koncie także pobyt o charakterze turystyczno-wypoczynkowym w angielskim Birmingham, klubie do potentatów wyspiarskiej piłki raczej nie należącym. W Wielkiej Brytanii Arek zachwycił się możliwością podziwiania urozmaiconej architektury ławek rezerwowych na kolejnych stadionach First Divison, jednak trenerzy i menadżer już tak bardzo tym faktem nie byli uradowani. Przy pierwszej okazji odesłali piłkarza Bąka listem poleconym i na tym angielska przygoda się skończyła. Obecnie zawodnik czaruje odwiedzające wroniecki stadion-gigant tłumy kibiców. Wszyscy trzej są pod wrażeniem.
Wraz z Arkiem Bąkiem, w 1998 roku w klasyfikacji zwyciężyli Mariusz Śrutwa (Ruch Chorzów) i Sylwester Czereszewski (Legia Warszawa) Ten pierwszy zdążył w międzyczasie zaliczyć wybitnie nieudaną przygodę z Legią, o czym świadczy choćby to, iż mało kto z kibiców pamięta, że w ogóle kiedykolwiek figurował w składzie meczowym Wojskowych. Niedawno wyleciał za to z hukiem z Ruchu Chorzów, do którego zaraz ściągnięto go z powrotem, żeby koniecznie ratował Ekstraklasę, ale szczęście tym razem już mu nie dopisało. W wolnych chwilach zajmuje się firmą kominiarską. Podobno z większym powodzeniem.
Sylwester Czereszewski, jako Król Strzelców, znalazł się w orbicie zainteresowań potęg światowego futbolu w rodzaju: Jiangsu Shuntian, czy AEL Limasol. Jednak w Chinach, ani na Cyprze nie okazał się piłkarskim mesjaszem. Podobnie było w Lechu Poznań, gdzie najczęściej statystował na ławce rezerwowych. Obecnie trener Zieliński z Górnika Łęczna wystawia go w charakterze czarnego konia. A może chodziło o owcę? Nie pamiętam.
Niespecjalnie wiodło się także Adamowi Kompale (Górnik Zabrze), który zwyciężył w tej klasyfikacji w 2000 roku. Zaraz po zdobyciu tytułu Króla Strzelców, co bardziej pomysłowi menadżerowie wysmarowali mu piękną laurkę i przeznaczyli na rynek naszych zachodnich sąsiadów. Niemieccy trenerzy, zarówno z klubów pierwszej jak i drugiej ligi, nie poznali się jednak na naszym rodzynku, który ostatnio, z braku lepszych pomysłów, wybrał ofertę Szakowianki Jaworzno. Przynajmniej poczucia humoru odmówić Adamowi nie można.
Zdecydowanie lepiej mają się Tomasz Frankowski (dwukrotny Król Strzelców: w roku 1999 i 2001) oraz Maciej Żurawski (zwycięzca sprzed roku), obaj z Wisły Kraków. To, że dzisiaj należą do napastników o wyrobionych nazwiskach, wciąż zaliczając się do ligowej czołówki, zawdzięczają głównie temu, iż w przeciwieństwie do swoich kolegów – laureatów z innych lat, nie usiłowali na siłę zmieniać klubu i próbować szczęścia w śmiesznych ligach. Dziś do spółki nadal stanowią o sile ataku krakowskiej Wisły, podczas gdy pozostali Królowie wciąż nie wylizali ran.
Chyba będziemy musieli pogodzić się ze smutnym faktem, iż tytuł Króla Strzelców naszej ligi nie stanowi biletu do bram nieba, ba, nawet do furtki średnio poważanych lig europejskich. Czołowi polscy snajperzy wbrew wszystkiemu postanawiają jednak szukać swojego szczęścia w nowych klubach, najczęściej lądując na końcach ławek rezerwowych, skąd prosta droga prowadzi do transferu do FC Zapomnienie. Zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby zamiast histerycznie wyrywać się z dotychczasowych drużyn, dalej strzelali mnóstwo goli dla swoich klubów, przynajmniej pozornie podnosząc poziom naszej ligi. Oczywiście, ku ogólnemu zadowoleniu.
Felieton
Królowie Życia
środa, 27 sierpnia 2003 23:25
Kuba Myszkorowski