Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Felieton

Żegnaj Portugalio?

poniedziałek, 8 września 2003 09:29
Gizmo

Pełen obaw usiadłem przed telewizorem, aby obserwować, co też
ciekawego wymyślą nasi reprezentanci tym razem. Obawy nie były
bezpodstawne, bowiem do piątej minuty Łotysze robili co chcieli
na boisku, a ukoronowali to przetestowaniem słupka bramki, w
której stał Dudek. Ale gdy po chwili Krzynówek zrobił to samo po
drugiej stronie boiska pomyślałem, że może nie będzie tak źle. A
jednak było. Po dziesięciu minutach meczu byłem pewny jednej
rzeczy – obaj nasi napastnicy nadawali się tylko do zdjęcia ich
z boiska. Kryszałowicz biegał bezproduktywnie jak dziecko
zagubione we mgle, zresztą przez całe pierwsze 45 minut.
Żurawski niby szarpał, biegał, ale tak jakby mu związali nogi.
Od najlepszego (według niektórych źródeł) polskiego napastnika
można chyba wymagać więcej niż kilka strzałów (bardziej
anemicznych niż ja sam, kiedy się rano obudzę) i jednego pójścia
za piłką w stronę bramkarza. To może świadczyć o ambicji, ale
raczej nie o umiejętnościach. Tak więc strzelcy wyborowi sami
nadawali się do odstrzału. Trzy minuty, które wstrząsnęły Rygą i
moim blokiem, kiedy dwa razy rozległ się głośny
krzyk „JEEEEST!!!” były podobno elementem wyćwiczonym na
treningach. Być może, chwali się piłkarzom, że konsekwentnie
biją do bólu rzuty wolne na treningach, ale proponuję popracować
również nad rzutami rożnymi, bo przy tej ilości „rogów”
wykonywanych przez biało-czerwonych grzechem śmiertelnym jest
nie wpakować z nich chociaż jednej bramki. Chwała i największy
szacunek dla Mirka Szymkowiaka, który rozegrał bodaj najlepszy
mecz w reprezentacji i był tam gdzie być powinien. Ale
największym i najbardziej szokującym „hitem” tego meczu było
wystawienie na prawej pomocy Mariusza Lewandowskiego. Wydaje mi
się, że Karwan nawet bez formy byłby na tej pozycji o niebo
lepszy. Tak więc Lewandowski był dla mnie trzecim muszkieterem
do zmiany w przerwie. Naprawdę nie wiem czym się kierował nasz
selekcjoner dokonując tego wyboru. Ale też wtedy nie wiedziałem,
że w sumie ten piłkarz jeszcze się na boisku przyda. Przerwa
obudziła w mojej pamięci najgorsze wspomnienia, a mianowicie
oczami wyobraźni ujrzałem ostatni pucharowy mecz Wisły Płock. A
ponieważ Polacy, a zwłaszcza piłkarze, mają głęboko zakorzenione
poczucie samozadowolenia z wyników, do oglądania drugiej połowy
meczu przystąpiłem z niemniejszymi obawami. I tu czekała mnie od
razu miła niespodzianka. Nie zobaczyłem już na boisku „króla
Wronek”, dostrzegłem za to znajomą twarz Saganowskiego. Niestety
nie zrekompensowało mi to smutku z powodu widoku piłkarzy z
numerami 10 i 11 wchodzących dumnie na murawę. Co było dalej
wszyscy widzieli, a jedno co naprawdę zapada w pamięć z drugiej
połowy, to czerwona kartka dla Laizensa. Do tej pory nie potrafię
zrozumieć jak ten cherlawy kurdupel staranował naszego „górnika
z Doniecka” (dla mniej wtajemniczonych Szachtar to po polsku
Górnik). Trzeba jednak przyznać, że Laizens na kartkę pracował
bardzo ambitnie, ponieważ kilka chwil wcześniej bezkarnie dwa
razy przetestował kostki Tomka Hajto. Ja jednak bardziej niż się
ucieszyć osłabieniem Łotyszy, zmartwiłem się nim. „Mózg” drużyny
łotewskiej zafundował sobie wolne w meczu swojej drużyny ze
Szwecją, co mnie osobiście nie nastraja optymistycznie. Jednak
zdając sobie sprawę, że nie należy się oglądać na innych, tylko
grać nachodzi mnie smutny wniosek, że jest już trochę za późno.
Bo jakkolwiek źle potoczyłyby się dla nas środowe wydarzenia
na „Śląskim” to pamiętajmy, że nie tym meczem przegramy
eliminacje. Bez względu na wynik, przegraliśmy je z Łotwą i
Węgrami (o zgrozo!!! na własnych śmieciach). I do końca
eliminacji te pamiętne porażki (bo remis z Węgrami też nią jest)
będą się za polskimi piłkarzami ciągnąć jak przysłowiowy „smród
po gaciach”. A nie oszukujmy się, że mamy drużyną mogącą wygrać
baraże. Bo nie mamy. Świadczy o tym chociażby fakt, że mając
przewagę jednego zawodnika Polacy zamiast dobić przeciwnika
grali tak, jakby byli na treningu i chcieli sobie poćwiczyć nowe
zagrania i ustawienie. Nie przekonuje mnie również wypowiedź
Selekcjonera Janasa, że „cieszy się z bramek po stałych
fragmentach gry”. A gdzie chociaż jeden gol zdobyty po
normalnej, sensownie skonstruowanej akcji??!!
Póki co zdobyliśmy trzy punkty w Rydze. Cieszmy się tym,
choćbyśmy się mieli cieszyć tylko trzy dni. Każda radość jest
nam potrzebna, a każde zwycięstwo jest świętem.
Na koniec mała dygresja do komentarza pana Basałaja. Otóż, Drogi
panie komentatorze oglądaliśmy chyba inne mecze, bowiem
opiewanie naszych stoperów i pańska pewność, że „mając takich
obrońców na środku nie musimy się obawiać o mecz ze Szwedami”
zakrawa mi na kpinę. O ile Tomek Hajto w całej swojej
ślamazarności był dość dokładny i spokojny, to już Jacek Bąk
drugi mecz z rzędu (z Estonią również) gra niepewnie,
niedokładnie i zachowawczo. Jeśli więc to ma być filar defensywy
to obawiam się, że Szwedzi rozjadą nas jak walec.

Podaj ten news dalej: