- Jak to się stało, że Legia zmiażdżyła Wisłę?
Jacek Zieliński: Liczyłem na to, że wygramy, ale skromnie, jakieś 1:0, nigdy nie 4:1. Przyznam, że po meczu sami byliśmy trochę zdziwieni. Już nie pamiętam, kiedy mieliśmy okazję tak sobie postrzelać. Tym bardziej że w tym sezonie nie zdobywaliśmy zbyt wielu goli.
- Czy po piątkowym zwycięstwie bawiliście się do rana?
- Miałem zarwaną noc, ale nie z powodu zabawy. Po każdym meczu, a szczególnie po takim, długo nie mogę zasnąć. Tym razem też położyłem się po trzeciej, ale czasem, jak się zacznę przekręcać z boku na bok, to schodzi mi i do piątej rano. Po samym meczu weszliśmy tylko do baru pod trybuną główną, żeby wypić po piwie, ale niestety zabrakło (śmiech). Nie wiem, może koledzy świętowali dłużej - ja wróciłem do domu. Czasem jednak gdzieś razem wyskoczymy. Mamy taki swój ulubiony lokal, ale jego nazwy nie podam, bo nie chcę "spalić" kolegom tego miejsca.
- Ale dzisiaj jest sobota wieczór, wygraliście mecz z Wisłą, w niedzielę nie ma treningu, a Jacek Zieliński siedzi w domu. Dlaczego nie nakłada Pan porcji żelu na włosy, nie wkłada odjazdowej koszuli i nie idzie się bawić na dyskotekę?
- O, kiedy byłem ostatnio na dyskotece? Na takich imprezach to ja się meczę. Za dużo hałasu, a tańczyć ani specjalnie nie potrafię, ani nie za bardzo lubię. Jeśli już miałbym wyjść, to zdecydowanie wolę wypad z kolegami z drużyny. Wtedy siedzimy, nawet przy piwie, i długo gadamy o meczu. Chłopaki czasem się ze mnie śmieją, a celuje w tym Łukasz Surma, bo jak się rozgadam, to w ogóle nie dopuszczam ich do głosu. Sam się czasem na tym łapię i obiecuję im, że następnym razem będę mniej mówił. Rozmawiamy sporo o taktyce, o tym, co ktoś zagrał źle, co można poprawić. A jak czasem coś się uda wykorzystać z tych pogadanek na przyszłość, to tylko dobrze.
- Naprawdę rozmawiacie tylko o piłce, a nie o kobietach i samochodach?
- Zdarza się, ale rzadko. Najbardziej zajmuje nas futbol.
- A jak było w szatni zaraz po zwycięstwie? Śpiewaliście?
- Pierwszy zaczyna zawsze Artur Boruc. Tym swoim donośnym głosem intonuje przeciągle: "Ce! Ce! Ce! Wu! Ka!", a reszta się dołącza: "Ce Wu Ka Es! Legia!". A potem to już samo idzie. Trenerowi Kubickiemu też udzieliła się euforia, bo nawet odwołał sobotni rozruch. To taka drobna, ale miła dla nas nagroda za zwycięstwo.
- Mieliście okazję porozmawiać po meczu z piłkarzami Wisły?
- Zamieniłem dwa słowa z Maćkiem Żurawskim. Dziwiłem się, że tyle strzeliliśmy, a przecież mogliśmy zdobyć jeszcze więcej goli. Jak się zwycięża, to oczywiście należy się cieszyć, ale nie można się śmiać z przeciwnika. Wisła zasługuje na szacunek. Tym razem lepsza była Legia, ale może się kiedyś tak zdarzyć, że i my dostaniemy w czapkę. Wisła będzie pewnie miała w tym sezonie więcej wpadek niż w poprzednim, ale to obok Groclinu nasz główny rywal do mistrzostwa Polski.
- To zwycięstwo było dla was o tyle ważne, że bilans bezpośrednich spotkań z Wisłą będzie dla was raczej korzystny.
- Jeśli cały nasz zespół zagra w defensywie tak jak teraz, trudno mi sobie wyobrazić, żebyśmy stracili w Krakowie kilka bramek. Ale to nie jest zasługa tylko obrońców. Pomocnicy są w środku pola bardzo aktywni i bardzo agresywni, a to pozwala nam wygrywać większość piłek.
- Przestał Pan być kapitanem drużyny, ale Pana rola w zespole jest ciągle duża. Czy z racji swojego doświadczenia uspokaja Pan młodszych kolegów przed meczem z tak silnym rywalem jak Wisła Kraków?
- A co by to pomogło? To tak, jakby powiedzieć dziecku: "Nie bój się psa" - wtedy od razu dostaje ono sygnał, że jest się czego obawiać. Z piłkarzami jest trochę podobnie. To są zawodowcy i albo sobie dają radę, albo nie. Na mnie np. nigdy nie działały mobilizacyjne odprawy trenerów, albo gdy zawodnicy przed meczem chwytają się za ramiona, stają w kółeczku i pokrzykują. Może są tacy, którym to pomaga, ja tam koncentruję się samotnie i spokojnie. Mnie się wydaje, że takie bodźce emocjonalne działają na krótko, a jak się dłużej pomyśli o rywalu, o nadchodzącym meczu - to człowiek jest w stanie więcej z siebie wykrzesać. Choć przyznam, że sam kiedyś słyszałem po odprawie, na której trener zrobił niezłą pogadankę - to ściszał głos, to go podnosił, odwoływał się do wyższych wartości - jak jeden piłkarz mówił do drugiego: "Ty, tobie też tak ciarki przeszły po plecach?".
- Jak to się dzieje, że Legia potrafi wygrać z Wisłą 4:1, a nie potrafi pokonać zespołów z Polkowic i Łęcznej? Lekceważycie takich rywali?
- To tylko część prawdy. Dla mnie styl gry takich drużyn to zwykłe kunktatorstwo - bronią się w dziesięciu na 30. metrze od bramki, wybijają piłkę po autach i nawet nie myślą o skonstruowaniu akcji. Czego chcą się przy takiej grze nauczyć młodzi zawodnicy? Pewnie gdyby zatrudniano trenerów na dłuższy czas, to szkoleniowcy dbaliby o to, by ich zespół grał lepiej, ale oni są zmuszani do zrobienia jedynie wyniku. Styl gry nikogo nie interesuje. Z takim podejściem do futbolu daleko nie zajedziemy. Ludzi do przeszkadzania zawsze się znajdzie, ale skąd mamy brać zawodników kreatywnych?
- Ale dlaczego gubicie punkty w meczach z takimi rywalami?
- Gdy wychodzimy na Wisłę, to nikogo nie trzeba już mobilizować. Są pełne trybuny, jest spektakl i gra o prestiż. Wtedy to samo przychodzi - płynie z człowieka. A jak się pojedzie w Polskę na mecz, który jest rozgrywany o 15 lub 13, człowiek czuje się jak na pikniku. Ludzie skubią słoneczniki, dookoła rozchodzi się zapach kiełbasy z grilla, a do tego wszystkiego przygrywa górnicza orkiestra... Trudno w sobie wyzwolić adrenalinę. Czasem sobie powtarzamy, że to są ważne punkty, że trzeba się skoncentrować, zmobilizować, ale trudno to nam przychodzi. Na pewno jednak nigdy nie udajemy pewniaków, dla których każdy rywal to byle kto, a my jesteśmy wielka Legia.
- Myśli Pan, że Górnika Łęczna stać na sprawienie niespodzianki w lidze?
- Chyba tylko takiej, jaką zrobiły w Pucharze UEFA Dospel Katowice i Wisła Płock. Nie chcę nikogo urazić, ale nie podoba mi się taki sposób gry. I nie wiem, czy komukolwiek się podoba.
- Jak się czuje stoper, który wie, że za nim jest już tylko bramkarz i każdy błąd może się skończyć utratą gola?
- Nie można sobie pozwolić na nonszalancję. Często wiem, że prawdopodobnie mógłbym wyjść z opresji w jakiś bardziej widowiskowy sposób, ale mnie nie wolno ryzykować, ja muszę czasem wybijać piłkę w trybuny.
- A to wstyd dla piłkarza?
- Nie, dawno już się go wyzbyłem. Trenerzy rozliczają mnie z błędów. Jeśli ich nie popełnię, to mogę sobie kopać w trybuny do woli. Gdy graliśmy z Hiszpanią, Fernando Hierro w sytuacji zagrożenia tak mocno kopnął piłkę, że przeleciała ona nad dachem i wypadła poza stadion. Ludziom strasznie się to podobało, a stoper Hiszpanii dostał olbrzymie brawa.
- Skoro jesteśmy przy reprezentacji... Zbliża się mecz z Węgrami, tymczasem za czerwoną kartkę z kadry wypadł Tomasz Hajto, a Arkadiusz Głowacki po kontuzji nie wrócił jeszcze do gry...
- Szansa gry jest. Tyle tylko, że cierpliwy to byłem zawsze. I zawsze czekałem na swoją szansę. Czy to u Janusza Wójcika, czy to u Jerzego Engela musiałem wykazywać swoją przydatność dla zespołu i czekać. Teraz to już za bardzo nie mam na co czekać, bo jestem za stary. Sam się nawet zastanawiałem, czy nie skoncentrować się tylko na grze w klubie.
- Czy takie myśli pojawiły się po nie najlepszym dla Pana meczu w Estonii?
- Byłem zdegustowany tamtym spotkaniem. Nawet nie chciałem tego oglądać na wideo. Oceniam się bardzo krytycznie i wiem, dlaczego popełniłem dwa spore błędy. Źle podszedłem psychicznie do tej gry. Czułem się dobrze fizycznie i wydawało mi się, że jest okazja się pokazać. Wszedłem w końcówce spotkania i zachowałem się jak junior. Chciałem brać udział w każdej akcji, być wszędzie, grać. A jak człowiek tak się zachowuje, to i błędy muszą się zdarzyć. I tak było w Estonii. Chęci i ambicja stłumiły rozsądek.
- To była taka pokerowa zagrywka o miejsce w kadrze. Nie powiodła się, a ja słyszałem, że dobrze Pan gra w karty...
- To prawda. Tyle że w pokera gram spokojnie. Zastanawiam się, analizuję, spoglądam na rywali. Ten, kto myśli, wygrywa. Nie tylko w pokera.
Rozmawiał Dariusz Tuzimek
Wywiad
Wisła zasługuje na szacunek
niedziela, 21 września 2003 21:04
Jacek Zielińskiźródło: Gazeta Wyborcza