Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Wiek nie powinien mieć znaczenia

wtorek, 30 września 2003 20:03
Tomasz Sokołowski Iźródło: Gazeta Wyborcza

- Najsłabszym punktem reprezentacji jest prawa pomoc. Co Pan na to?

Tomasz Sokołowski I: Co ja na to? Moim zdaniem najlepszym polskim prawym pomocnikiem do niedawna był Bartek Karwan, który obecnie z takich czy innych przyczyn nie może znaleźć miejsca w Hercie. Jest grający w Turcji Roman Dąbrowski. Jego także zabrakło w meczach z Łotwą i Szwecją. W tych spotkaniach grał więc zawodnik nie mający praktyki na tej pozycji. Dlatego ostatnio wyglądało to trochę kulawo.


- Ale przecież nie tylko ostatnio, z prawą pomocą kłopoty zaczęły się jeszcze przed mundialem. Dyrektor sportowy Legii Jerzy Engel pytany o to jakich graczy powołałby na spotkanie z Węgrami wymienił m.in. pańskie nazwisko.

- Pan Engel ma najbliżej na Łazienkowską, więc może stąd znalazłem się w gronie wymienionych przez niego. W każdym razie ja się nie narzucam, robię swoje.


- Czy to znaczy, że kadra to temat zapomniany? Ostatni raz zagrał Pan w niej dość dawno temu.

- Jest kilku obiecujących zawodników, młodszych ode mnie, ale przecież przed nikim nie można zamykać drogi. Jeżeli prezentuje się dobrą dyspozycję, to wiek nie powinien mieć znaczenia. Chyba, że sam zawodnik nie chce grać w kadrze.


- Jak pański były kolega z Legii, obecnie grający w Groclinie Tomasz Wieszczycki.

- W Niemczech swego czasu takie stanowisko prezentował Stefan Effenberg. Niedawno z reprezentacji zrezygnował Tomek Hajto, a potem mu się odmieniło. Każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie. Ja nie mówię nie. Gdyby uznano, że mogę pomóc...


- Jacek Krzynówek i Kamil Kosowski tracą sporo na wartości, gdy ustawi się ich na prawej stronie boiska. Panu taka zmiana nigdy nie robiła różnicy. Historia zna przypadki, że Tomasz Sokołowski był ustawiany po prawej stronie, po lewej, a także na środku boiska.

- Można powiedzieć, że jestem wszechstronny. Moim zdaniem na ogół prawonożnym zawodnikom łatwiej przystosować się do zmian pozycji. Typowy zawodnik lewonożny ma większe kłopoty, nawet biegając po prawej stronie będzie przeważnie przekładał piłkę na lewą nogę i jest łatwiejszy do rozszyfrowania. Chociaż wiem, że Kosowski potrafi równie dobrze kopać zarówno prawą jak i lewą nogą. Dlatego jego kłopoty są dla mnie niezrozumiałe. Z drugiej strony zauważyłem, że z rzutów wolnych strzela lewą nogą.


- W ubiegłym sezonie, gdy do klubu przyszedł Ajazdin Nuhi, Pan musiał pogodzić się z rolą rezerwowego. Pozostał żal do trenera Okuki?

- Człowiek siedzi na ławce, patrzy i widzi, że konkurent nie robi na boisku nic nadzwyczajnego, a ma miejsce w składzie. Wiem jednak, że w takich przypadkach na poglądy wpływ może mieć rozgoryczenie. Nie tylko ja byłem w takiej sytuacji, także Marek Saganowski. Na szczęście doczekał się swojej szansy, ja też się doczekałem. Starałem się nie rozpatrywać sytuacji w takich kategoriach, że trener z Jugosławii foruje rodaka. Wiadomo bowiem, że jak trener ustawia drużynę pod siebie, to ma to krótkie nogi. W takim przypadku przychodzą złe rezultaty. W krótkim czasie nie ma trenera i zawodnika.


- Pana również mogło teraz w Legii nie być, bo dwa lata temu przyszła oferta gry z Izraela.

- Trener izraelskiego klubu najpierw chciał mnie zatrudnić, a "za pięć dwunasta" zrezygnował. Po trzech miesiącach przestał tam być trenerem. Gdy graliśmy ostatnio sparing w Warszawie z tym klubem jego prezes i menedżer byli u mnie na kolacji. Porozmawialiśmy sobie, ale pewnych spraw już nie da się odwrócić. Tamten wyjazd do Izraela spowodował, że znowu musiałem odbudowywać pozycję w Legii, bo wróciłem do niej w trakcie sezonu, gdy wszystko w drużynie było już poustawiane. A potem znowu dostałem szansę, musiałem zdobyć mistrzostwo Polski, "Piłkarskiego Oscara" za najładniejszą bramkę roku w polskiej lidze. Takie jest życie. Coś za coś. Wiadomo, że trzy lata gry tam pozwoliłyby mi zabezpieczyć sobie przyszłość. Nie ma jednak tego złego. Tamta jesień nie była ostatecznie dla mnie taka najgorsza. Zdążyłem zagrać kilka niezłych spotkań, m.in. z Valencią.


- Gorsza była następna jesień, już po zdobyciu mistrzostwa.

- Przez tyle lat nie miałem żadnych kłopotów ze ścięgnami Achillesa, aż tu nagle przyplątało się jakieś zapalenie. Zacząłem jeździć po lekarzach, w międzyczasie próbowałem trenować. Gdybym skoncentrował się tylko na leczeniu ... I tak przeszła cała runda jesienna. Potem wiosnę zaczynałem znowu z pozycji rezerwowego, na szczęście później sytuacja się zmieniła.


- I kiedy wszystko wychodzi na prostą klub na pańską pozycję prawego pomocnika sprowadza młodego, zdolnego - już najmniej w tym wszystkim istotne, że kolejnego Tomasza Sokołowskiego.

- Tomek przez kilka lat występów w Amice i reprezentacji olimpijskiej wyrobił sobie niezłą markę. Nadarzyła się okazja, że można było wziąć go za darmo. Nie dziwię się więc włodarzom Legii, że skorzystali z okazji. Na lewej stronie mamy Tomka Kiełbowicza i Radka Wróblewskiego, a na prawej stronie zostałem sam. Jeżeli drużyna chce się liczyć, musi mieć szeroką kadrę. Mamy podobne umiejętności i bardzo dobrze, że Tomek tu trafił. W okresie przygotowawczym trener uważnie nas obserwował. Uznał, że miejsce w składzie mnie się należy.


- A nie drażni Pana to ciągłe mówienie o Sokołowskim pierwszym i drugim?

- Wydaje mi się, że można było wymyślić coś lepszego niż takie skatalogowanie. W protokołach meczowych nie ma Sokołowskiego I i II. Są tylko różne daty urodzenia. Tak czy tak gra Sokołowski. Każdy z nas jest jednak inny.


- Ostatnio Legia jest na fali. Wróciliście do systemu 3-5-2 i to daje efekty. A w ubiegłym sezonie mówiło się, że gracie nienowocześnie. Tak bywa, gdy oczekiwania są większe aniżeli wyniki.

- Zgadza się. System zawsze musi być dopasowany do zawodników, a nie odwrotnie. Nasze obecne 3-5-2 jest zresztą inne niż za trenera Okuki. Obrońcy nie kryją każdy swego, a wspomagani przez graczy środka pola mogą grać bardziej ekonomicznie. Nie muszą biegać za gościem z jednej strony boiska na drugą, tylko przesuwają strefę. Gry z czterema obrońcami uczyliśmy się dopiero podczas zgrupowania we Francji w lecie. Nasi defensorzy musieli przyswoić sobie podłączanie się do akcji ofensywnych, zgrać się z pomocnikami. Przez dłuższy okres graliśmy też praktycznie jednym napastnikiem, bo Stanko Svitlica zmarnował okres przygotowawczy, a Manuel Garcia musi mieć czas, by nie znając języka zaadaptować się do nowych warunków. Dlatego nasza siła w ataku nie była zbyt duża i dlatego najlepiej na razie odpowiada nam system jakim zaczęliśmy grać od pucharowego meczu z Górnikiem. Mamy skutecznych pomocników - w tym sezonie cała nasza piątka już strzeliła bramki. Wisła grała w poprzednim sezonie 4-4-2 z sukcesami, ale ustawiona niezwykle ofensywnie z Uche, Kosowskim i Kuźbą miała straszną siłę ognia. Teraz zostali im już tylko Szymkowiak i Żurawski, których wszyscy znają, a gdy skrzydła im przestały chodzić nagle okazało się, że są do pokonania.


- Ale 4:1?!

- Wyłączyliśmy "Szymka" i "Żurawia", uzyskaliśmy przewagę w środku pola. Do tego dołączyły się boki i żeśmy tę Wisłę nakryli czapką.


- Trener Bogusław Kaczmarek, który mecz z Wisłą komentował w Canal+ dziwił się, że na pozycji wymagającej naprawdę bardzo dobrej kondycji biega zawodnik 33-letni. Ten sam, którego 12 lat temu sprowadził do Stomilu Olsztyn z Łyny Sępopol.

- Wygląda na to, że nie mam problemu z wydolnością. No i dobrą podbudowę z okresu przygotowawczego.


- Nie zawsze grał Pan aż tak dobrze jak teraz. Czyżby przygotowania do innych sezonów były gorsze?

- Chyba po prostu mnie akurat służą metody trenera Kubickiego. Chociaż nie tylko mnie. Widać to po całym zespole. We wtorek graliśmy w Pucharze Polski z Górnikiem, już w piątek natomiast z Wisłą. Krakowianie w tym czasie odpoczywali, ale nie było tego widać. A te moje 33 lata wcale nie pozostają bez śladu. Im człowiek jest starszy, tym wydolność się zmniejsza. Każdy mecz kosztuje mnie bardzo dużo zdrowia. Człowiek wypompowuje się praktycznie na zero.


- Dawno nie strzelał Pan tylu goli co w obecnym sezonie.

- Nie wiem czy w jakimś sezonie ligowym strzeliłem więcej niż pięć. Jakoś tak częściej trafiam w pucharach. Może dlatego, że w lidze wszyscy świetnie mnie znają. Teraz też jednego gola zdobyłem w lidze, a już dwa w Pucharze Polski. Jest nieźle. Z tym, że oczekiwania trenerów wzrastają. I własne też, bo jak są trzy bramki, to dlaczego nie ma być czterech lub pięciu.


- Ta Legia jest lepsza od tej, do której Pan wchodził?

- Trudno powiedzieć. Ta obecna jest bardziej moja. W tej nie ma animozji, do wielu spraw podchodzimy z humorem. Tamci ludzie już coś osiągnęli, ja byłem na dorobku, oni najlepsi w Polsce. Ja dopiero wchodziłem do drużyny, oni weszli do Ligi Mistrzów, potem aż dziewięciu wyjechało grać za granicę. W polskiej lidze gdzie się nie pojechało, to waliło się przeciwników trójką lub piątką. Rywale mogli tylko prosić, jak już musicie lać, to nas lejcie. Byle delikatnie. Różnica polegała na tym, że graliśmy tak jak teraz z Polkowicami, tyle że strzelaliśmy gole. Bywało, że np. nie wystartował samolot, przyjeżdżaliśmy na mecz w ostatniej chwili, a zanim przeciwnik się zorientował na tablicy paliło się 3:0. To o czymś świadczy, ale ja wolę Legię dzisiejszą.


- Legia jest świetnie przygotowana fizycznie. To tym bardziej dziwne, że Pan przy swoich 33 latach wcale nie jest najstarszy w drużynie. Są przecież jeszcze 36-letni Marek Jóźwiak i Jacek Zieliński.

- Duże znaczenie ma sportowy tryb życia. Żadnych narkotyków, papierosów, alkohol w ograniczonych ilościach. Jacek to wiadomo - wzór. Marek przeszedł szkołę profesjonalizmu we Francji. Brakuje nam jeszcze tylko jakiegoś napastnika po trzydziestce. Takiego lisa pola karnego. To żart. Gdyby ktoś ze starszych zawodników odstawał od reszty, to by nie grał. W Legii nieważne, ile masz lat. Grasz, bo jesteś dobry.


- Markowi Jóźwiakowi wiele dał pobyt za granicą. A co z Tomaszem Sokołowskim? Poza tym krótkim pobytem w Izraelu nie spróbował Pan szczęścia w obcej lidze.

- Gdybym dostał propozycję w swoim najlepszym okresie... . Miałem 28 lat, ale nie dostałem, później na pół roku z gry wyłączyła mnie kontuzja. A potem, choć były w Legii pieniądze, to nie było drużyny, brakowało wyników i jakoś zainteresowanie nami minęło.


- A może wpływ na pańskie wybory życiowe miało skomplikowane życie osobiste? Teraz pańską grę cechuje entuzjazm, jeszcze jakiś czas temu wyglądało to blado.

- Ja wiem? Mój rozwód zbiegł się z ciężką kontuzją. Osiem miesięcy nie było mnie na boisku. Na pewno lepiej gra się, gdy życie się układa. W tym roku w drugim związku urodziła mi się kolejna córka. Ale bezpośredniego przełożenia na moją grę to nie miało. Trzeba dawać sobie radę bez względu na wszystko.


- Pan pomaga nie tylko sobie, także innym. Tomasz Sokołowski i akcje charytatywne, licytacje koszulek na jakiś szczytny cel to już norma.

- Staram się nie odmawiać. Legia jest najpopularniejszym klubem w Polsce. Ludzie nie mają nas na co dzień, nie mają okazji poprosić o autograf. I jeżeli to jest możliwe, trzeba im wychodzić naprzeciw. Niedawno ja i Tomek Jarzębowski byliśmy na olimpiadzie dzieci w Choszczówce koło Białołęki. Mogliśmy wylicytować koszulkę, piłkę, rozdać autografy. To miła strona tego, że jest się znanym piłkarzem.


- Przez ponad siedem lat pobytu w Legii widzieliśmy wiele twarzy Tomasza Sokołowskiego. Był Pan brunetem, blondynem, długowłosym i prawie łysym, z brodą i bez. Żaden piłkarz nie zmieniał tyle razy oblicza.

- Kilkanaście lat temu człowiek nigdy nie pofarbowałby sobie włosów, bo bałby się co ludzie powiedzą. A teraz są rozmaite trendy, większa wolność wyboru i jak coś zobaczy się w telewizji, to idzie się za modą. Jest w człowieku taka chęć, by co jakiś czas coś zmienić.


- Czy przychodząc do Legii spodziewał się Pan zabawić tu aż tak długo?

- Na krótko przed przeprowadzką do Warszawy nie wiedziałem nawet, że odejdę ze Stomilu. Ale przychodziłem do klubu numer jeden. Tylko Widzew mógł wtedy z nami się równać. Teraz Legia nadal jest numer jeden. Wisła może mieć odmienne zdanie, ale znowu tylko ona. Rywale się zmieniają, a Legia jest zawsze na szczycie.


- Jaki jest ten dzisiejszy "Sokół" w porównaniu z tym, który zimą roku 1996 przyjechał do Warszawy i na początek zamieszkał w hotelu "Solec"?

- To znaczy, czy jestem już człowiekiem stolicy? Pomału zapuszczam w Warszawie korzenie. Jest drugi dom, od dłuższego czasu druga rodzina. Z Legią mam kontrakt do 2005 roku. Ze wszystkich sił postaram się go wypełnić. Zobaczymy, gdzie potem los mnie rzuci, czy będę w stanie dalej grać w piłkę. Jeżeli tak, to nie chciałbym stąd odchodzić. Wiadomo, że jak ktoś z Legii odchodzi do innego klubu, to nie jest wystarczająco dobry. Na razie myślę o tym, co zdarzy się w najbliższym tygodniu. O tym, że przede mną kolejne mecze i że chciałoby się strzelić kolejną bramkę, znowu zarzucić koszulkę na głowę. Znowu błysnąć i polecieć wysoko.


Rozmawiał Maciej Weber

Podaj ten news dalej: