Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Śmieję się, że mogę być bramkarzem

środa, 22 października 2003 15:13
Dickson Chotoźródło: Piłka Nożna

- Jak w dalekim Zimbabwe zostaje się piłkarzem?

Dickson Choto: Chyba tak samo, jak wszędzie na świecie. Ja zacząłem grać regularnie, kiedy miałem dziesięć, może jedenaście lat. Ale to jeszcze nie był klub, bo rodzice chcieli, żebym się normalnie uczył w szkole, więc musiałem jeszcze pięć lat poczekać, zanim podpisałem pierwszy kontrakt. To był klub DT Africa United. I tam wypatrzył mnie trener - Polak, pan Wiesław Grabowski, któremu zawdzięczam wszystko, co do tej pory osiągnąłem.


- To znaczy konkretnie - co?

- Zabrał mnie do lepszej drużyny, której trenerem był Darryn T. a następnie do pierwszoligowego Unic Select Africa. Nie miałem jeszcze ukończonych osiemnastu lat, kiedy otrzymałem po raz pierwszy powołanie do reprezentacji Zimbabwe - mojej ojczyzny.


- Od razu ustawiany był pan na obronie?

- Tak, bo ja w grze w piłkę lubię najbardziej przeszkadzać. Ale moim pierwszym marzeniem było występować w bramce. I z początku mi się to nawet udawało. Potem jednak kolejni trenerzy uznali, że bardziej przydatny będę jako obrońca nie do przejścia.


- Ale bramkarz musi być wygimnastykowany jak akrobata...

- Ja właśnie taki jestem. To nie żarty. Naprawdę mogę występować w bramce. Gdyby się zdarzyło coś nieoczekiwanego, to w Legii też mógłbym zastąpić Artura Boruca...


- Raz już się tak zdarzyło. Pana obecny kolega - Marek Jóźwiak musiał zająć miejsce bramkarza w trakcie meczu Legii przeciwko Sampdorii w Genui, w europejskich pucharach.

- Coś na ten temat słyszałem. Gdyby znowu Legia znalazła się w potrzebie, to jestem do dyspozycji, nawet w pierwszej kolejności, przed Markiem.


- Skąd ta fascynacja grą w bramce?

- Pierwszym piłkarzem Zimbabwe, który zrobił światową karierę był Bruce Globbelaar - bramkarz Liverpoolu. Nie szkodzi, że on był biały, a ja nie. W czasach mojego dzieciństwa to był bohater narodowy. Każdy chłopak kopiący piłkę chciał być taki jak on.


- Jest kilka krajów afrykańskich, których piłkarze są wysoko w cenie w Europie, ale Zimbabwe do nich jeszcze nie należy. Dlaczego?

- Bo mamy skomplikowaną historię. W dawnej Rodezji panował rasizm i ta segregacja dotyczyła również sportu. Ale to się zmieniło. Teraz jesteśmy wreszcie naprawdę u siebie. Jednak do sukcesów droga jeszcze daleka. Ostatnio byłem w Harare w początkowych eliminacjach Mundialu 2006 z Mauretanią. Wygraliśmy 3:0. Mam nadzieję, że kiedyś zagram w finałach mistrzostw świata, jak nie za trzy lata, to za siedem. Będę wtedy jeszcze przed trzydziestką.


- A jak to się stało, że trafił pan do Polski?

- Oczywiście załatwił to pan Grabowski. Może bardziej wolałbym pojechać do Włoch albo do Anglii, ale wiedziałem, że to nierealne. A trener obiecał mi, że nie będę żałować i miał rację. To on mi znalazł klub - Górnika Zabrze.


- Obok Legii najsłynniejszy polski klub.

- O tym dowiedziałem się już na miejscu. Ale to musiało być dawno temu, bo jak trafiłem do Górnika, tam było już całkiem zwyczajnie i nie za bogato.


- A czy poziom gry wyższy niż w pana ojczyźnie?

- Tak, jednak nie miałem żadnych problemów z przystosowaniem się do stylu drużyny. Najbardziej przeszkadzał mi mróz! Przyleciałem do Polski na początku 2000 roku i chociaż pan Grabowski mnie ostrzegał, nie wyobrażałem sobie, że może tu być aż tak zimno. To jednak było już dawno, zdążyłem się przyzwyczaić.


- Czy nie doskwierała panu samotność? Nowy świat, obcy ludzie, nieznajomość języka.

- Na szczęście na miejscu był już Shingayi Kaondera. To wielki mój przyjaciel. Też był w Górniku, a teraz gra na Cyprze, przynajmniej ma tam ciepło.


- Kaondera nie zrobił w Polsce kariery.

- Może nie miał szczęścia, ale ja go bardzo cenię także jako piłkarza, kilka razy graliśmy razem w reprezentacji Zimbabwe.


- A czy pan to szczęście ma?

- Gram w obronie, więc nikt ode mnie nie wymaga, żebym zdobywał gole. A Kaondera cały czas był pod presją. I to niezależnie od tego czy trafiał, czy nie.


- Z Górnika przeniósł się pan na drugi koniec Polski - do Szczecina. Dlaczego?

- Bo miałem obiecane większe pieniądze i przez jakiś czas nawet je dostawałem. Ale to ciągle nie był klub, w którym mógłbym się rozwijać jako piłkarz.


- Dopiero w Legii spełnił pan marzenia?

- Dopiero! Wymyślił mnie w tej drużynie pan Engel i po rozmowie z nim pan Grabowski zadecydował o przeprowadzce do Warszawy.


- W stolicy jest ładniej niż nad morzem i na Śląsku?

- To wielkie miasto, a ja lubię taką atmosferę. Zabrze też lubię, ale z Warszawą nie ma żadnego porównania. Szczecin również nie wytrzymuje konkurencji.


- Teraz pytanie trudne, nawet nie przyjemne, ale trzeba je zadać. Czy przypadkiem nie ma pan problemów z tutejszymi rasistami?

- Nie, bo ja jestem duży i nikt nie chce ze mną zaczepki - to żart. A tak na poważnie, to nie miałem większych kłopotów. Czasem usłyszę coś nieprzyjemnego za plecami, bo już coraz więcej rozumiem po polsku. Ale z jakimś aktem bezpośredniej agresji się nie spotkałem i bardzo jestem z tego powodu szczęśliwy. Pamiętam, że nawet Emmanuel Olisadebe, chociaż niby go wszyscy kochali, został podczas meczu obrzucony bananami. Na mnie czasami gwiżdżą chuligani, zanim jeszcze zdążę dotknąć piłkę, ale to nic takiego strasznego.


- Na Łazienkowskiej też nie dokuczają?

- No nie! Publiczność Legii przyjęła mnie fantastycznie. Zresztą nigdzie i nigdy wcześniej nie spotkałem się z tak znakomitym dopingiem dla swojej drużyny. Mam wrażenie, że te pełne na każdym meczu trybuny to bez wyjątku nasi przyjaciele, nie tylko polskich piłkarzy Legii, ale również Stanko Svitlicy, Aco Vukovicia ale moi też. Jak wychodzę z szatni po meczu, to widzę same dookoła uśmiechnięte twarze. To co w tym dziwnego, że ja też do nich się uśmiecham?


- Gdzie pan mieszka?

- Na Ursynowie. Klub wynamuje mieszkanie, dla mnie w sam raz.


- A samochód?

- Suzuki, też klubowy. Nie mam żadnych problemów z dojechaniem na trening.


- Czy to prawda, że numer pana buta to aż 48?

- Nieprawda. Nie jestem jakimś dziwolągiem. Numer buta to 46 przy wzroście ponad metr dziewięćdziesiąt całkiem jest normalny.


- Dopóki nie pojawił się pan w barwach Legii, trudno było zauważyć pana w gronie najlepszych obrońców w polskiej lidze...

- Rzeczywiście, ale może dlatego, że nie miałem tak dobrych jak tu partnerów. Na Legię zwrócone są oczy całej Polski, więc łatwiej niż gdzie indziej zdobyć popularność i uznanie.


- Jest już pan rozpoznawany na ulicach Warszawy?

- O, tak. I to się zaczęło niemal natychmiast po moim pierwszym meczu. Idę do sklepu, albo czekam na światłach i słyszę ze wszystkich stron: Czoto, Czoto! Ale ci wszyscy ludzie sią dla mnie bardzo życzliwi, więc odpłacam im tym samym.


- Chce się pan w Legii zestarzeć?

- Nie. Zestarzeć to ja się chcę we własnym domu, w moim kraju. Jak już się nagram w Europie i zarobię dużo, bardzo dużo pieniędzy. Ale Legia to świetne miejsce, żeby się wypromować. Gdybym stąd trafił do Milanu albo do Manchesteru United, to pewnie wszyscy byliby bardzo zadowoleni: i Engel, i Grabowski, i ja oczwyiście też. To jednak dopiero przyszłość. Na razie postaram się zrobić wszystko, żeby w barwach Legii dostrzegli mnie menedżerowie tych jeszcze słynniejszych klubów.


Rozmawiał Janusz Atlas

Podaj ten news dalej: