Stanko Svitlica do Niemiec, Marek Saganowski do Francji, Aleksandar Vuković na Ukrainę, Artur Boruc do Rosji, Radosław Wróblewski do Hiszpanii. Niemożliwe? Niedługo na polskich boiskach kończy się runda jesienna, zaczyna się tzw. okno transferowe.
Na środowym meczu Legii z Groclinem trybuna honorowa stadionu przy Łazienkowskiej z trudem mieściła menedżerów zagranicznych klubów, znalazło się miejsce dla wysłanników z Zachodu, ale i ze Wschodu. Największym zainteresowaniem cieszył się Marek Saganowski (w piątek skończył 25 lat). To głównie dla niego do Warszawy przyjechał dyrektor FC Nantes Robert Budzynski. I po zakończeniu spotkania odbył z napastnikiem Legii krótką rozmowę. - W trakcie meczu nie myślałem o możliwości transferu. Myślałem tylko, jak zdobyć bramkę - mówił sam zawodnik. Ale bramki nie zdobył i choć francuski Polak obiecał, że jeszcze zadzwoni, wygląda na to, że to nie nastąpi. Nie pierwszy już raz bowiem Saganowski biegał, walczył, ale wynikało z tego niewiele. I Francuz wolał wpisać do notesu numer Andrzeja Niedzielana z Groclinu (choć ten niczym poza faulem na bramkarzu Legii tego dnia się nie odznaczył). Budzynski nie przyjechał do Warszawy obserwować Stanko Svitlicy, ale zwrócić na niego uwagę musiał, tak jak i inni menedżerowie. Na meczu z Groclinem był przedstawiciel Borussii Moenchengladbach, z którą Stanko w lecie wstępnie rozmawiał. Z Legią ma kontrakt do czerwca, ale nikt by mu na drodze nie stawał, gdyby Niemcy dali za niego 500 tys. euro. A w tej chwili to wcale nie jest nieprawdopodobne. Aleksandar Vuković spodobał się wysłannikowi Dynama Kijów jednak środkowy pomocnik Legii wschodniego kierunku nie bierze pod uwagę. Teoretycznie do Rosji czy na Ukrainę nie zamierza się wybierać Artur Boruc. Gdy jednak jakiś czas temu do Szachtara Donieck nie chciał jechać także jego przyjaciel Wojciech Kowalewski, a kontrahent wyłożył prawie 3 mln zł, to nikt się nie zastanawiał. - Ja na razie chcę ograć się w naszej lidze - mówił pytany o plany Boruc. W kołach zbliżonych do Legii dało się słyszeć, że transakcja młodego bramkarza przy niezbyt stabilnej sytuacji klubu byłaby potrzebą chwili. - Nikt nam takiej transakcji nie proponował. W tej chwili nie wydaje mi się to możliwe. Nie mamy nikogo na jego miejsce. Ale oczywiście menedżerowie mogą mieć rozmaite plany - stwierdził jednak menedżer Legii Janusz Olędzki. Przyznał natomiast, że podczas zbliżającego się meczu reprezentacji młodzieżowych Polski i Białorusi pracownicy stołecznego klubu będą obserwować kilku białoruskich piłkarzy. Zwłaszcza lewego pomocnika. Jednym z lewych pomocników Legii Radosławem Wróblewskim jest bowiem zainteresowany beniaminek ligi hiszpańskiej - Murcia. Hiszpanie byli już nawet raz na obserwacji w Warszawie. Na razie nie złożyli oferty Legii, bo muszą się zastanowić, czy kwota 500 tys. euro za tej klasy gracza jest dla nich opłacalna. - Udało mi się ich zainteresować, ale jesteśmy realistami. Mają pod lupą co najmniej ośmiu podobnych zawodników, a poza tym na naszą niekorzyść przemawia fakt, że Radek ma z Legią jeszcze półtora roku kontraktu i trzeba byłoby za niego zapłacić - mówił menedżer Jarosław Kołakowski, który opiekuje się Wróblewskim. - To wcale niełatwe zainteresować zachodni klub piłkarzem z polskiej ekstraklasy. A już zupełnie trudno piłkarzem rezerwowym. Ale jak Hiszpanie pytali, dlaczego Wróblewski jest tylko rezerwowym, odpowiedziałem, że gdybym ja był trenerem, to by grał. I to wystarczyło - dodał. Skoro tak, to naprawdę wszystko możliwe. Już niedługo otwiera się okno transferowe.
Odejdą z Legii?
niedziela, 2 listopada 2003 21:56
źródło: Gazeta Wyborcza