Nasza kadra uskutecznia demolkę. Dopadła pogrążonych w żałobie, zmarzniętych Włochów, pogoniła Serbów i Czarnogórców. Wyobraźcie sobie Państwo, przyjeżdżają ciepłolubni południowcy na piknik a tu bum! Nasi zaczynają grać na poważnie. „Jedziemy z frajerami” - jak pisał wieszcz z Bródna. Wślizg, wslizg i coś tam jeszcze.
I dysonans poznawczy mamy, same zwycięstwa. Z kolei jak Szwedzi postanowili pograć z naszymi w prawdziwą piłkę, to nasi odwalili scenki rodzajowe z filmu „Rejs”, skecze kabaretu Koń Polski i recital artystki Powierzy zarazem. Traf tu za takimi, ale kumaci wiedzą o co chodzi.
Nie wiadomo, co dokładnie wydarzyło się na trybunach, bo to wiedzą tylko kumaci, ale już słychać głosy, że kadra szybko w Płocku nie zagra. Przyznam się, że w dużej mierze umknęły mi te atrakcje listopadowego weekendu, gdyż nieopatrznie przełączyłem na Eurosport i trafiłem na mecz Szkocja – Holandia. Barażowy, grany bez wstawek kabaretowych. I szybko zreflektowałem się, że listopadowe sukcesy kadry Janasa można porównać do popisówki biesiadnika, który zwalił się pod stół po trzeciej kolejce, a poderwał o trzeciej nad ranem i dwoma ostatnimi kieliszkami zwalił pod stół pozostałych. Ten to ma łeb – zakrzyknęli w mediach. Ale kumaci wiedzą, że media mają przerypane jak Bolek trampki.
Na jednym z legijnych forów jakaś zbłąkana dusza czy inny prowokator zapytała jakiś czas temu, co będzie ze zgodą z Lechem. Tak - z Lechem Poznań. Post wzbudził zrozumiałe oburzenie i odgłosy pukania się w czoło. Wiele miesięcy temu jeden z redaktorów „Naszej Legii” dziwił się dlaczego kibice nielubiących się Borussi Moenchengladbach i Bayernu Monachium piją razem piwo przed meczem. I myślę, że minęło dość czasu od tego momentu, by odpowiedzieć, dlaczego. W Niemczech na stadionach przeważają niekumaci. U nas też jeszcze przeważają, choć tego na pierwszy rzut oka nie widać. Tyle, że ostatnie słowo należy zwykle do kumatych. I tylko oni wiedzą, co to za słowo. I w tym cały problem.
Otóż zgody z Lechem czy Wisłą w umysłach wielu kibiców funkcjonują od dawna. Istnieją sobie poza światem piąchy, miotania kamieniami, butelkami, petardami i słowem obelżywym.
Jeśli ktoś z Państwa zna jakiegoś kumatego, proszę spytać czy wie, o co toczona jest wojna z Lechem i gdzie wzięła początek. Zapewne osobnicy, którzy wykopali topór wojenny dawno już nie żyją lub zardzewiały topór zgubili po pijanemu i nie mogą znaleźć, by go z powrotem zakopać. Epigoni zaś pamiętają tylko siniaki i inne krzywdy zaznane z rąk innych kumatych w trakcie trwania walk i to dla nich wystarczająca przyczyna.
A wojny czy zgody są dokonywane w bardzo nieskomplikowanych okolicznościach. Polegają na działaniach odwetowych za działania odwetowe, czyli wpieprzu za wpierdol, natomiast zgody na wspólnym opróżnieniu wanny alkoholu z zaprzyjaźnionymi kumatymi, ewentualnie na wspólnym udziale we wpieprzach i wyprawach alkoholowych. Żeby skumać ten rodzaj ekspresji egzystencjalnej z kibicowaniem trzeba być koniecznie kumatym.
Dlaczego kumaci mają wpływ na decydowanie o tak ważnych dla kibiców sprawach? Otóż dlatego, że piąchą i słowem obelżywym stoi nasza liga, a i życie kibicowskie. I o wiele łatwiej przyjąć stereotyp rozpitego wandala w szaliku, niż szlachetnego pieśniarza o zapatrywaniach patriotyczno-sportowych. W pewnym momencie kumaci zadeklarowali wyniesienie się ze stadionów w celu uprawiania swego rzemiosła, ale nie do końca im się udało. Udało się za to postawić na baczność piłkarzy, Listkiewicza z całą świtą związkową i szkoleniową na meczu Legia – Amica, jeśli dobrze pamiętam.
Ponoć nastał czas budowy stadionów, pubów klubowych, instytucjonalizacji sklepików z szalami, gadżetami, czas tworzenia kultury dopingu i kształtowania pozytywnego wizerunku kibica. Oczywiście idylliczny ten obraz stanowi kontrast z długoletnią tradycją i utrwalanym wzorem kibica-bandyty z kodeksem honorowym z Rakowieckiej lub Wronek (nie amicznych bynajmniej). I dlatego oto trwamy w zawieszeniu. I ani do końca w prawo w stronę rozśpiewanego miłośnika futbolu, ani w lewo ku wzorcom z lat ubiegłych, gdzie w szalach dopingować mogli tylko nawaleni krojczy i przyjaciele królika. Przepraszam - kumatego.
Krótkowzroczność klubów bardzo pomaga w utrwalaniu takiego jałowego zawieszenia. Otóż dotarła do mnie ożywcza wiadomość z Legii, że władze kombinują jak dotrzeć z biletami do klienteli podwarszawskich miejscowości, gdyż ta grupa docelowa wykazuje wzmożoną aktywność przy zakupie biletów, czym pomaga reperować budżet klubowy. Zmyślni włodarze nie zdążyli zastanowić się, ilu kibiców wypłoszy ze stadionu taki jeden aktywny nabywca stacjokolejkowy. Ale dobrze kombinują: wychodzić z biletem do klienta. Tyle, że nie wiedzą dokładnie o jakiego klienta im chodzi. Najłatwiej zadziałać na zasadzie zapchajdziury – chwycić to, co pod ręką lub to, co samo się pcha i lezie pod bramę stadionu (tę z jednym wejściem). Trudniej skłonić tych, którzy z wyżej wymienionych względów omijają stadion szerokim łukiem.
Czego nie tylko kumaci pojąć nie mogą, wszak wiadomo, że na meczach panuje wzorowa atmosfera braterstwa i sportowej rywalizacji, a winne wszystkiemu są media.
PS. Jeśli redaktorowi o kryptonimie Kowalski wklepującemu czcionki do periodyku pt. Nasza Legia brakuje pomysłów na tytuły felitonów, chętnie mu kilka wymyślę, doprawdy nie musi „zapożyczać” tytułów moich felietonów - bez mojej wiedzy.
Felieton
Pozdro dla kumatych
wtorek, 18 listopada 2003 20:28
Genezyp Niekumaty Kapen