Ostatnie kilka lat historii Legii udowadnia zasadność powiedzenia, że
najtrudniej być prorokiem we własnym domu. Jeździmy za Legią wszędzie i
wszędzie widzimy, że Legia jest dla piłkarskiej Polski zjawiskiem
wyjątkowym. Każda wizyta Zielińskiego i spółki to bliskie spotkanie
trzeciego stopnia, regionalne dożynki. Poznań, Łódź, Kraków, Polkowice,
Wodzisław - wszędzie komplet gwarantowany. Nawet mecz w Płocku, w dużej
mierze dzięki nam, ma frekwencję pięciocyfrową. Wydaje się, że jak z Legią
będzie zupełnie źle, to cała liga złoży się na jej utrzymanie.
U siebie to samo. Co mecz to wydarzenie, dramaturgia, festiwal na trybunach.
Jak nie transparenty, to flagi, jak nie flagi to konfetti, jak nie konfetti,
to kartoniady, przy których wzory widziane na innych stadionach to najwyżej
nauczanie początkowe. Z drugiej strony brak awantur, brak rac na boisku i
coraz mniej negatywnego dopingu. Efekt przerasta oczekiwania, bo nawet
dziennikarze do tej pory nieprzychylni, pieją z zachwytu. Ba, chwalą spikera
Hadaja! Powiedzmy sobie wprost: mecze Legii w Warszawie urosły tej jesieni
do miana wydarzeń i skoro nawet "Rzeczpospolita" jest zdania, że "jeżeli
ktoś był na Łazienkowskiej po raz pierwszy, już tam będzie wracał", to tym
bardziej ja - w przeciwieństwie do innych - nie będę szukał kwadratowych
jaj. Jest dobrze! Przynajmniej, jeśli chodzi o nasz zakres obowiązków.
Przenieśmy się teraz na Plac Bankowy i zapytajmy uprzejmie: droga Władzo, co
Ty na to? Gdzie ten stadion? My, mieszkańcy Warszawy, życzymy sobie
oglądania meczów naszej drużyny w większej zbiorowości, bez gazety pod
tyłkiem, bez stawania na ławce i bez krat przed oczami. Już koniec czekania
i koniec proszenia! Co prawda kiedyś łudziliśmy się, że oddasz Legii jej
teren, że wielka tradycja przeważy nad brakiem formalnego dokumentu
własności, ale skoro nie stać Cię było na ten gest, to teraz przynajmniej
rządź! Rządź tak, żebyśmy zapomnieli, że żyjemy w kraju, w którym można było
wydać ciężką kasę na dwie nowoczesne strzelnice dla jedynego biathlonisty,
dla którego taszczenie karabinka nie stanowi śmiertelnego zagrożenia. W
kraju, w którym wybudowano tor kajakarstwa górskiego, ponieważ - jak
wiadomo - kajakarstwem górskim interesują się miliony Polaków.
Rządź, albo daj innym rządzić, bo z pewnością znajdą się chętni, którzy
wyręczą Cię w tym obowiązku. Albo inaczej, zróbmy deal! Otóż, gdzieś hen
daleko poza utartymi szlakami kibiców znajduje się stadion Polonii. Umówmy
się, zajmiesz się Polonią, a nam wystarczy, że nie będziesz przeszkadzać!
Nie będziemy mieli żalu, bo przecież nie można mieć żalu do lekarza, który
leczy beznadziejny przypadek. Już tam zresztą wpakowałaś 2 mln w "światła
miasta". I nic to, że za pół roku, z powodu dość specyficznego dachu, obiekt
ten ponownie nie spełni wymogów licencyjnych. Nieważne, że wydałaś 2 mln,
żeby zrobić radość tym kilku chłopcom i ich dziadkom. Nie mamy również żalu,
że sponsorujesz im plakaty i rozwieszasz na słupach. Nam plakatów nie musisz
sponsorować, bo sami znamy drogę na Legię. Wystarczy, że nie będziesz
przeszkadzać.
My, kibice Legii, mamy od lat niespełnioną wizję. Wyobrażamy sobie "żyletę"
dwa razy wyższą i zadaszoną, wyobrażamy sobie piękne, strome trybuny w
miejscu dzisiejszych łuków, a na nich 20 tysięcy pikników z rodzinami. Gdyby
dodać do nich armię reklamodawców, to mamy gotowy przepis na klub z budżetem
dorównującym jego tradycji i piłkarzami, którzy teraz na Legię nawet nie
spojrzą, bo wolą grać w Grodzisku dla gromadki fanatyków w kapeluszach.
Piękna wizja? Piękna, ale problem w tym, że jej realizacja wymaga minimum
decyzyjności od władz Warszawy. Tymczasem za ich sprawą jesteśmy sierotami
we własnym mieście. Co więcej, zanosi się na to, że prędzej Polonia będzie
miała cywilizowany dach, niż my strome trybuny. Niestety, my co prawda mamy
rację, ale oni wiceprezydenta Kozaka.