Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Piłkarz roku

wtorek, 30 grudnia 2003 19:28
Stanko Svitlicaźródło: Gazeta Wyborcza

Pierwszy zagraniczny król strzelców polskiej ekstraklasy, pierwszy kapitan cudzoziemiec w Legii. I teraz według "Gazety" jest Pan najlepszym piłkarzem Warszawy.

Stanko Svitlica: Pierwsze pół roku tutaj miałem bardzo trudne. Musiałem przyzwyczaić się do ludzi, nie rozumiałem języka. Kibice tego klubu są wspaniali, ale też wymagający. Trzeba być mocnym psychicznie, aby to wszystko wytrzymać. Jak przychodziłem do Legii, był w niej już co prawda Drago Okuka, ale przez to nie miałem o wiele łatwiej. To taki trener, u którego jak jesteś dobry, to grasz. A jak jesteś słaby, to nic ci nie pomoże. Niedługo po mnie przyszedł "Vuko", jednak każdy z nas musiał być samodzielny. Obaj za punkt honoru postawiliśmy sobie nauczenie się języka. To ważne, by pokazać, że szanuje się kraj, do którego się przyjechało. Teraz, w podobnej, może nawet trudniejszej sytuacji jest Manuel Garcia. To bardzo miły chłopak i bardzo dobry piłkarz, ale musi upłynąć jeszcze trochę czasu, zanim i on przywyknie. U was za szybko ludzie decydują - albo jest piłkarz, albo nie ma. W Legii na ogół długo aklimatyzują się Polacy, a co dopiero gracze z zagranicy. Jednak ja się zaaklimatyzowałem. Mój przykład powinien wpłynąć na niego pozytywnie. Początkowo szło mi u was różnie, a teraz zbieram owoce.


Ciągle słyszymy, że nawet gdyby teraz wyjechał Pan do zagranicznego klubu, to i tak tutaj by wrócił. Właściwie dlaczego Serb miałby kończyć karierę w Polsce?

- Jak miałem 18 lat, znalazłem się w Partizanie Belgrad, jednym z dwóch najlepszych serbskich klubów. A moja kariera zamiast w górę poszła w dół. Byłem potem i w Grecji, i we Francji, ale dopiero tutaj odżyłem. I jako piłkarz, i jako człowiek. No i miałem szczęście, że w Cukaricki Belgrad spotkałem Drago Okukę, który po pewnym czasie znalazł się w Warszawie. Powiedział mi: - Stanko mam do ciebie zaufanie, chciałbym, żebyś przyszedł do Legii. Dobrze mi doradził. Pobyt u was to dla mnie jakby powrót na wielką scenę. Zawsze będę o tym pamiętał. Wiem też jedno - każdy piłkarz z tej części Europy chciałby tu grać. No, może moim rodakom nadal marzą się Włochy czy Hiszpania, ale już dla Białorusinów czy Rosjan nazwa Legia jest przyciągająca. Tak więc ja nie kłamię. Mam świetny kontakt z kibicami. Jeżeli mówię, że wrócę, to wrócę. Chyba że za parę lat nie będą w Legii mnie chcieli.


A w Grecji się Panu nie podobało? Nawet we Francji?

- Jak przyjechałem do Francji, od razu złapałem kontuzję i przez półtora miesiąca nie grałem. Byłem tylko wypożyczony z Partizana do klubu drugoligowego, źle tam się czułem i szybko chciałem wracać. Bałem się, że może robię błąd życia. Na szczęście później się okazało, że jednak nie. W Grecji byłem rok i nawet nie czułem się źle. Zorientowałem się jednak, że nie mam szans dostać się do największych greckich zespołów, a dłuższy pobyt w bardzo przeciętnym klubie mnie nie interesował. Zdecydowałem, że jak mam nie walczyć o wyższe cele, to wolę być u siebie w kraju. W ubiegłym sezonie przyszła oferta z Emiratów. Wiedziałem, że pod względem sportowym to dla mnie śmierć. Pod względem finansowym byłbym ustawiony do końca życia, ale przedyskutowaliśmy ofertę z panem Zarajczykiem i uznaliśmy, że jeszcze na mnie nie pora.


Teraz dobre greckie kluby chętnie zatrudniłyby Stanko Svitlicę?

- Mam różne propozycje, rozmawiam z wieloma menedżerami, także greckimi. Za pół roku kończy mi się kontrakt z Legią, więc gdybym chciał, mógłbym teraz podpisać umowę wstępną z innym klubem. Chcę być w porządku, chcę robić wszystko, bym zadowolony był nie tylko ja, ale i Legia. Sprawy jednak nie ułatwiają tłumy menedżerów próbujących zarobić moim kosztem. Mam kilku zaufanych ludzi z Serbii, którzy czasem załatwiają dla mnie pewne sprawy. W Polsce jest kilku porządnych, ale sporo też hochsztaplerów. Np. w zeszłym roku dostałem propozycję od CSKA Moskwa, w tym samym czasie polski menedżer próbował dogadać się z Lokomotiwem. Przedstawiał się jako mój pełnomocnik, tylko jak pytali go, gdzie jest podpis Svitlicy, to rozkładał ręce. A gdy tacy ludzie próbują załatwiać jakieś interesy ze mną, to ja im mówię: O, tam jest mój klub - Legia. Jak tam się dogadacie, to wtedy wracajcie. Ale nie prędzej.


Czy po zakończeniu ubiegłego sezonu zainteresowanie klubów Panem było mniejsze czy większe niż teraz?

- Dużo mniejsze. Zostałem królem strzelców, graliśmy w pucharach, ale też wszyscy wiedzieli, że Legia chce za mnie spore pieniądze, i tylko sondowali. Teraz wszystko jest bardziej konkretne. Przedstawiciele klubów - ich prezesi, menedżerowie - sami ze mną rozmawiają, a nie przez pośredników. Stabilizacja formy na pewnym poziomie spowodowała też, że i proponowane pieniądze są coraz lepsze. Przed rokiem co prawda Rosjanie też nie żałowali, jednak - z całym szacunkiem - chciałbym jeszcze coś w piłce osiągnąć, a tamtejsza liga nie jest do tego najlepsza. Zostałem w Polsce i dobrze zrobiłem. Ja zawsze wyznawałem zasadę, że jak dobrze grasz, to pieniądze same do ciebie przyjdą.


Do Polski też przyjeżdżał Pan - nie oszukujmy się - dla pieniędzy. Czy żona chce siedzieć w obcym kraju, w którym ostatnio coraz mniej płacą? O zaległościach Legii wobec piłkarzy wiedzą już przecież wszyscy.

- Może u niektórych piłkarzy jest tak, że żony za nich decydują. Moja widzi, że mam co u was robić, i też jej tutaj się podoba. Co do finansów Legii, wierzę, że już niedługo wszystko się zmieni i braki zostaną nadrobione. Chociaż na pewno w takim klubie jak Legia zaległości nie powinno być. W każdym razie zawodnicy, nawet nieopłacani, walczą o mistrzostwo, o start w europejskich pucharach i za to należy im się szacunek. Ja, przychodząc do Legii, podpisałem kontrakt porównywalny z tym, jaki miałem w Cukaricki. Tu jednak był Okuka, moim zdaniem najlepszy trener na świecie. Bardzo cenię trenera Kubickiego, ale to Okuka mi zaufał i jestem tu, bo zapowiedział, że właśnie w Legii będę mógł się wybić. Za jego czasów do reprezentacji Polski z Legii trafili Bartek Karwan, Maciek Murawski, Czarek Kucharski i Jacek Zieliński. No, powiedzmy, że Jacek zawsze był w kadrze. Ale byłby też Czereszewski, gdyby nie złapał kontuzji. Takiego fachowca trzeba szanować.


Okuka powiedział, że gdyby został selekcjonerem reprezentacji Serbii i Czarnogóry, to Pan miałby w niej pewne miejsce. A z czasem może nawet byłby jej kapitanem.

- W Serbii 90 procent kibiców chciało, żeby Okuka został selekcjonerem. Człowiek, który zdobył mistrzostwo w swoim kraju, zdobył w obcym, zasługiwał na zaufanie. W mojej ojczyźnie woleli jednak ludzi pracujących już kiedyś z kadrą, i to bez sukcesów. Chcieć więc można wszystkiego. W życiu trzeba jednak ryzykować. Ja kiedyś zaryzykowałem, Legia też zaryzykowała, stawiając na Serbów. W sumie wszystkim się opłaciło.


Wierzy Pan jeszcze w powołanie? Wasza eprezentacja grała mecz w Płocku, wy byliście na miejscu. Lepszej okazji może już nie być.

- Tak jak w Polsce traktuje się ligę serbską, tak samo w Serbii ligę polską. To mało znaczące rozgrywki i ludzie niewiele o nich wiedzą. Także o nas. Po wygranym przez Polskę meczu 4:3 mówiono o zaskoczeniu, że polska liga jest taka silna. A skoro ja i Vuko tak dobrze sobie tutaj radzimy... Może więc powołanie jeszcze nadejdzie.


Gdy na mecz z Polską przyjechała reprezentacja Serbii i Czarnogóry, to Pan i Vuković długo rozmawialiście z rodakami. Czy któryś z nich ma w swoim klubie problemy choć trochę zbliżone do tych, jakie spotkały was w Legii?

- Oni przecież grają w bogatych zachodnich klubach. Tam taki temat jak zaległości finansowe w ogóle nie istnieje. Mladen Kristajić z Werderu Brema - mój najlepszy przyjaciel -opowiadał, że u niego jak pieniądze mają być na koncie pierwszego danego miesiąca, a tego dnia wypada niedziela, to mają płacone już 29.


Tamten mecz komentował Pan dla serbskiej telewizji, "Aco" Vuković dla polskiej.

- Gdy polska drużyna grała z Włochami, to wam kibicowałem. Ale Serbia jest w moim sercu i z takim nastawieniem komentowałem tamto spotkanie. To było ciekawe doświadczenie. Jednak w polskiej telewizji nie dałbym sobie tak rady jak mój kolega z Legii. On od początku pobytu jest tutaj sam i ma więcej okazji, by mówić po polsku. Mówi więc dużo lepiej ode mnie.


Do kraju na wakacje pojechał Pan kilka dni po tym, jak zrobił to Vuković.

- Jakoś tak wcale mi się nie spieszyło. Tak dobrze u was się czuję, że gdyby nie wyjazd żony i synka, to mógłbym nie wyjeżdżać w ogóle. Tutaj mam nazwisko, kibice zaczepiają na ulicy, pytają, jak Legia. Gdybym zmienił klub, musiałbym znowu poznawać drużynę, chłopaków. Nowe miejsce zamieszkania - wcale mnie do tego nie ciągnie. Ale wiem, że może być różnie, więc wolałem trochę pomarudzić z wyjazdem. Tylko, że w Belgradzie był mój synek Zvezdan. To on rządzi i w końcu musiałem jechać. To on jest teraz master.


Urlop spędza więc Pan w Serbii.

- W Belgradzie. Dawno mnie tam nie było. Nasze święta są trochę później niż u was. Takie same jak wszędzie, tzn. choinka, prezenty i tym podobne sprawy. Ale dopiero 6 stycznia, akurat tak, że zdążę na trening Legii 9 stycznia. Jak wy świętowaliście, to ja rozmawiałem sobie z zagranicznymi menedżerami.


A gdyby przyszła propozycja z innego polskiego klubu?

- To w ogóle nie wchodzi w rachubę. Wyjazd za granicę to coś zupełnie innego niż przeniesienie się do rywala Legii. Jestem pewien, że warszawscy kibice by mi tego nie wybaczyli. A i mnie ciężko byłoby to sobie wybaczyć. Na pewno w Polsce dla mnie liczy się tylko Legia.


Po zakończeniu poprzedniego sezonu, kiedy wydawało się, że Svitlicy już w Legii nie będzie, powiedział Pan, że następnym królem strzelców polskiej ekstraklasy będzie...

- ...Marek Saganowski. Gra bardzo dobrze, wykonuje na boisku mnóstwo potrzebnej pracy. Ja mu tylko czasem mówię: "Sagan", nie biegaj tyle, to więcej sił zostanie ci na strzelanie goli. Ale wierzę, że w końcu się odblokuje i bramki przyjdą same. Legia będzie je strzelać, nawet jak mnie już tutaj nie będzie.

Rozmawiał Maciej Weber

Podaj ten news dalej: