Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Skazany na dożywocie

poniedziałek, 26 stycznia 2004 10:00
Artur Borucźródło: Przegląd Sportowy

– Pamięta pan swój debiut w Legii?

Artur Boruc: Oczywiście. Był dla mnie o tyle łatwiejszy, że graliśmy w Szczecinie. Kiedy wyszedłem na boisko zapomniałem o całym stresie. Pomogło mi to, że Legia żyje w przyjaznych stosunkach z Pogonią, więc kibice nie byli przeciwko mnie. Nie było tego, co dzieje się choćby w Poznaniu. Kibice Legii też wiedzieli, że jestem młody, więc byli dla mnie wyrozumiali. Dzięki temu nie spaliłem się psychicznie na „dzień dobry”.


– Teraz jest pan numerem jeden w bramce. Jak układają się pańskie stosunki z Andrzejem Krzyształowiczem?

– Dobrze, bez zgrzytów.


– Musiał jednak uznać pańską wyższość.

– Wcale nie musiał! Ja przez jakiś czas siedziałem na ławce rezerwowych i jakoś to zniosłem. Myślę, że Andrzej też może sobie z tym poradzić. Rywalizacja jest nam potrzebna.


– Odszedł Łukasz Załuska, tutaj w Szczyrku jest was dwóch. Czy to nie za mała konkurencja?

– Jest jeszcze Łukasz Zaremba, który nie przyjechał tu z nami. Załuska zrobił krok w swojej karierze i to jest dla niego dobre, bo może się ogrywać. Będzie wreszcie bronił. Dwóch bramkarzy jeździ też na mecze, dlatego ja nie widzę w tym nic dziwnego. Uważam, że to jest całkiem normalny układ. Jeżeli będzie trzeci lub czwarty golkiper, to też nie będzie miało większego znaczenia, dopóki ja będę pierwszym bramkarzem (śmiech). Miejsce w podstawowej jedenastce nie paraliżuje mnie. Nie myślę, że ktoś czeka, aż popełnię błąd. To nie w moim stylu. Jestem raczej "luźny Ryszard". Ale zdaje sobie sprawę, że każdy mój błąd jest widoczny, ja mam taką pozycję na boisku.


– Jesienią nie puszczał pan wielu bramek. Tylko dwukrotnie zdarzyło się wyciągać piłkę z siatki więcej niż jeden raz.

– Tak, z Górnikiem w Zabrzu i z Wisłą Płock.


– Najgorszy moment poprzedniej rundy?

– Wszystkie porażki, bo wbrew pozorom mecz, w którym strzeliłem samobójczą bramkę, przeciwko Lechowi, nie był wcale taki zły. Ja jestem zadowolony ze swojej postawy w tamtym spotkaniu. Co najważniejsze nie miało to żadnych konsekwencji, bo wygraliśmy. Jeśli miałbym wyróżnić jakiś zły moment, to chyba strata bramki w Zabrzu. Popełniliśmy tam błąd, zabrakło na chwilę koncentracji i straciliśmy bramkę, a co za tym idzie dwa punkty.


– Analizuje pan na wideo swoją grę?

– Dosyć często.


– I czego panu jeszcze brakuje, by zbliżyć się do bramkarskiego ideału?

– Ciężko powiedzieć. Ci najlepsi na świecie też mają problemy z jakimiś elementami bramkarskiego rzemiosła. Człowiek uczy się całe życie. Na swoich błędach, na błędach innych.


– Najwięcej błędów przytrafia się podobno piłkarskim wariatom. Należy pan do nich?

– Błędy przytrafiają się najlepszym bramkarzom. Mnie do nich się jeszcze nie zalicza. Będę się cały czas uczył. U słabych bramkarzy nikt tych błędów nawet nie zauważa. Ja jestem na boisku bardzo spokojny. A poza nim? Nie lubię określenia, że ktoś jest głupi, ale może "trzepnięty". Każdy z nas jest w jakiś sposób "trzepnięty".


– To znaczy, że pana idolem jest Fabien Barthez?

– Właśnie nie. Nie lubię bramkarzy, którzy robią coś na pokaz. Coś im uderzy do głowy i to kosztuje utratę gola. Zdarza mi się powygłupiać na treningu, ale nigdy w czasie meczu. Lubię bramkarzy, którzy są efektywni, nie efektowni. Dla mnie takim bramkarzem był Peter Schmeichel – nie popisywał się, ale był skuteczny.


– Jest jakiś napastnik w polskiej lidze, który przyprawia Artura Boruca o koszmary?

– Nie. Miałem pewne przygody z Andrzejem Niedzielanem, ale raczej nie miały sportowego podłoża. To były takie zatargi boiskowe, on mnie kopnął, ja mu oddałem.


– Zmieńmy temat. Czy ITI to dla was finansowa przyszłość?

– ITI i pieniądze? Zaraz, co to ma ze sobą wspólnego? (śmiech). Poważnie mówiąc, wszyscy w to wierzymy, ja w to wierzę, bo jestem optymistą. Z tego, co ciągle słyszymy, to nie jest różowo. My piłkarze możemy tylko czekać. To jest sprawa tylko i wyłącznie zarządu klubu.


– A jak pan sobie radzi z zaległościami finansowymi w klubie?

– W moim przypadku jest tak, że nie zarabiam na tyle, żeby mieć oszczędności. Nie miałem pieniędzy, to się zapożyczałem. Był jakiś przychód z Legii, to oddawałem i tak w kółko. Czasem musiałem "wychodzić" swoje pieniądze. Wiadomo, jak bywa z panem Trylnikiem. Nie zawsze wywiązuje się, przepraszam, może powiem inaczej, rzadko wywiązuje się ze swoich obietnic. Mieliśmy obiecane pieniądze, nazwijmy to "na gwiazdkę", czyli w grudniu. Dostaliśmy tylko ich część. Denerwuje nas to, że prezes mówi: bądźcie cierpliwi. A to nie takie proste. Ale może już taka jego rola.


– Kończy pan niebawem 24 lata. Jakieś specjalne życzenie na te urodziny?

– Teraz? Chyba tylko zdrowia, stabilizacji, poukładania spraw finansowych i organizacyjnych w klubie. Szkoda, że nie mam ich wtedy, kiedy kończy się liga, bo mógłbym życzyć sobie mistrzostwa Polski.


– Czy w takim składzie jesteście w składzie tego dokonać?

– Oczywiście! Pokazaliśmy to już jesienią, wygrywając z Wisłą, z Amiką. Musimy się tylko koncentrować przed każdym meczem. Personalnie wcale nie jesteśmy teraz słabsi. Wręcz przeciwnie. Jest kilku młodych, którzy walczą o wejście do kadry Legii. Doszedł Piotrek Włodarczyk. Nie wiem, czy akurat dobrze zrobił (śmiech). Może trafić z deszczu pod rynnę, jak ktoś kiedyś ładnie powiedział.

– Uważa pan, że jest dziś w takim punkcie kariery, jaki pan sobie kiedyś założył?

– Na pewno zawsze mierzy się wysoko. Kiedy przychodziłem do Legii, to myślałem, że zawojuję świat, ale szybko sprowadzono mnie wtedy na ziemię. Potem słyszałem głosy, że byłem nieprzygotowany, ale ja myślę, że ktoś nie widział mnie wtedy w składzie Legii. Uważam, że jeśli masz potencjał i ktoś to dostrzeże, to nie ma znaczenia, ile masz lat.


– Ma pan kontrakt z Legią do 2007 roku...

– Tak, dożywocie (śmiech).


– Chciałby się pan związać się z tym klubem na zawsze, zostać kimś w rodzaju Paolo Maldiniego z Milanu?

– Maldinim to ja nigdy nie będę, bo stoję w bramce. A tak serio, chciałbym żeby ktoś kiedyś powiesił na płocie stadionu flagę z moją podobizną. Teraz jestem w Legii. W Polsce nie ma takiego klubu, w którym mógłbym grać poza Legią. Zagranica? Moim marzeniem jest Hiszpania lub Anglia. Kręci mnie Manchester United, lubię Barcelonę. Teraz, kiedy wejdziemy do Unii, może bardziej otworzą się dla nas granice. Jeśli zgłosiłby się kiedyś ktoś z konkretną ofertą...


Rozmawiał Przemysław Rudzki

Podaj ten news dalej: