Wkur...ni, czyli dla tych co wiedzą albo najbardziej wredny felieton o kibicach.
Kibic jest jak dziecko. Kwestie kibicowskie, bo nawet nie piłkarskie potrafi rozpatrywać tylko przez pryzmat swojego „ja”. Jak o Kalim pisać dobrze, to felieton być dobrze - jak źle to felietonista albo często i cała gazeta są przymuleni i nie maja pojęcia, bo krok od spodni noszą za wysoko albo spodnie mają bez lampasów, a i murzyńskich kapturów nie cenią. Podobnie rzecz ma się z piłkarzami – jak nasi wygrywać... itd.
„Ja” kibica łatwo urazić. „Ja” kibica to on sam, to tacy jak on, to w końcu cały klub. Nawet zadłużony po uszy i uszargany w różne aferki i swiństewka. Nieważne! - krzyczy „ja”. „Ja” są my. A my są klub. I basta!
Kibic taki (żeby nie było, że tak całkiem każdy, bo różni są nawet ci „ja” – jak się nie rozgraniczy, to „ja” będzie upierdliwy do ostatniej linijki, że to pewnie o nim, a on wcale znowu nie taki) jest wrażliwszy nieboraczek od pacholęcia po kąpieli przed talkowaniem pupy. Rozumuje również jak pacholę: skoro napisali, że kibice coś złego komuś kiedyś lub niedawno, a ja jestem kibicem, to znaczy do mnie coś mają. Znaczy, że co? Że ja gorszy albo nie taki jestem?
Trzeba być wyrozumiałym, wszak rozumek pacholęcia jest przeciążony rozważaniem kwestii jaki jest wizerunek prawdziwego kibica - najlepiej Legii. I tu wszystkie „ja” które są „my” są zgodne, że ów wizerunek zacny jest, choć szarga go ten i ów. Na pohybel temu „mu”, bo gdyby nie on, wizerunek w sobie sam anielskością raziłby jeno. Wzorem cnót i szlachetności byłby on. A tu pismak ów oksymorony składa: Legia i skin łączy, Legia i żul pisze, zadyma i kibic – scala. Straty materialne – doda. I dziwi się „ja”: ja to czy nie ja? A jak nie ja to kto? Wszyćkie „ja” są my, wszystkie my to klub (z wyjątkiem prezesów, piłkarzy i inwestora), a tu jakiś „ja” co na onego wygląda. A jak padnie słowo kibic hool... Obraza majestatu.
Kibica drażnią kibice, którzy kibicują, ale innym drużynom. Tu nawet najbardziej liberalny „ja” znajduje onych. I natychmiast podejrzewa, że dany żurnalista pisze w imieniu tych onych, bo przecież jaki ma interes, żeby o nas pisać źle lub błędy wytykać? Chwalić powinien, zachwycać się, przymilać, z pieśnią na ustach ginąć za klub ukochany, i nie baczyć, że tu i ówdzie ów jest ufajdany. Pewnie robi to, by my, czyli ja, czyli klub przegrał mistrza na wiosnę. Tu zaczyna się szlak wiślacki, tędy może wieść - co gorsza - szlak polonijny, gdzieś tu może brać początek spisek PZPN. Pacholę ma przeciążony umył tropieniem spisków. Jak na przykład czarno na białym stoi coś, czego pacholę nie ogarnia, a wydaje mu się, że ogarnia i że to przeciwko niemu stoi napisane, profilaktycznie demaskuje spisek: wyp...j na Polonię (albo do Niemiec) – załatwia sprawę.
Kibic nie może znieść, że są inni kibice, którzy choć kibice, czyli „ja”, nie są „my” tylko „oni”. Tłumaczy to sobie, że widocznie ci za lasem wszyscy mają sierść, jedną półkulę i jodłują. Kibica niepokoić powinna sprawa, która wobec przeciążenia mózgu pacholęcia do końca doń nie dociera. Mianowicie lepiej iżby ci za lasem, mając pod nosem swój klub, kibicowali naszemu czy też lepiej, iżby jak pan Bóg przykazał - kibicowali drużynie ze swojego miasta? Tu kibic uznaje, że skoro Stwórca dał tamtym inny klub to pewnie po to, żeby doznawali klęski i rozpaczy z ręki naszego klubu. I basta. Wszak tylko jeden jest kibic wybrany.
Aktywność kibica przejawia się na trybunach, a i poza nimi. I tu kibic czuje żal, bo mało kto tę aktywność docenia. W końcu sam kibic musi liczyć, ile czego odpalił i opublikować, żeby ci zza lasu nie myśleli, że zrobią wrażenie, gdy odpalą czegoś trochę mniej. W ogóle ci zza lasu noszą w sobie pierwiastek zła. Niebiański wizerunek „my” próbują pokalać, stwarzają sytuacje trudne, plwają słowem obelżywem, a i przedmiotem ciśniętym profanują, żeby duszę anielską do poziomu swojego piekiełka sprowadzić. Jak im się uda, to każdy „ja” wie, że to onych sprawka i anielskość „ja” nie cierpi w ogóle na zstąpieniu do piekieł. Tylko w mediach wygląda to inaczej, a zatem media są po stronie onych, czyli zła. I chcą by anielskości nie było już i żeby każdy „ja” wyglądał jak z raju wygnany. Filmy kręcą, artykuły piszą, brukowcowe nagłówki formułują. A „ja” rozpoznaje ich i wie, że to wszystko przeciw „ja” pisane jest. Bo każdy „ja” chce być ja wzorcowym. Jak kibic to „ja”.
Oczyszczenie ze zła następuje przez Zmotoryzowane Oddziały Milicji Oprewencjonowanej (w skrócie HWDP), które powodują że każdy oczyszczany zza lasu staje się jednym z nas. Czyli dochodzi do katharsis oraz do równowagi między dobrem a złem. Ale tylko do następnego meczu.
Wobec zamętu filozoficznego, który wkradł się w rozważania, zapytam nieretorycznie: Jaki według szanownego Państwa jest słuszny i właściwy wizerunek kibica, który powinny uwzględniać media za każdym razem? I jak mają tłumaczyć, że po raz piętnasty w ostatnich dwóch latach oczyszczenie nastąpiło dziwną wolą Niebios - znowu na stadionie? Lub znowu dotyczyło „my” i onych zza lasu poza stadionem? I gdy nie wolno w tych relacjach używać słowa kibic?
Jeśli kwestia jest za trudna, podaję łatwiejsze zagadnienie: proszę wyjaśnić, co to korba, nie używając rąk.
Felieton
Wkur...ni
wtorek, 10 lutego 2004 12:43
Genezyp Kapen