Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Stanko sprzedany w...saunie

wtorek, 10 lutego 2004 20:16
Andrzej Zarajczykźródło: Piłka Nożna

- Dlaczego koncern ITI i Pol-Mot wydały oświadczenie, że przejęcie akcji zostaje odroczone? I to nie wiadomo na jak długo?

Andrzej Zarajczyk: Na niedotrzymaniu terminu zawartego w umowie przedwstępnej zaważyły dwie kwestie. Brakuje opinii z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów czy czasem nie monopolizujemy rynku. To jednak tylko kwestia formalna. Gorsze jest to, że nadal brakuje umowy z zarządem miasta w sprawie dzierżawy gruntów i założenia spółki, która zbuduje nowy stadion. To jednak nie oznacza, że będziemy w nieskończoność odwlekać podpisanie - bądź nie - umowy z ITI. Końcową datą, którą sobie wyznaczyliśmy jest 6 marca.


- A nie obawia się pan, że ITI - podobonie jak to miało miejsce w przypadku rozmów koncernu medialnego z Widzewem - wycofa się w ostatniej chwili?

- Jestem przekonany, że sfinalizujemy negocjacje. Przedstawiciel ITI, Jan Wejchert, odpowiedzialny za konsultacje z Legią, przekazał optymistyczne informacje. Co prawda nadal istnieją rozbieżności między naszymi firmami dotyczące oszacowania długów klubu, ale sytuacja jest dynamiczna. Za Stanko Svitlicę dostaniemy od Hannoveru 96 ponad milion złotych, więc niespłacone zobowiązania Legii w tym momencie się zmniejszą.


- A dlaczego zdecydował się pan na transfer Serba i osłabienia klubu tuż przed wyzbyciem się akcji Legii?

- Bo tego wymagała sytuacja ekonomiczna. To ja prowadziłem negocjacje i wraz z szefami Legii podjąłem decyzję o finalizacji transferu. Wszystko przebiegłoby zresztą znacznie szybciej szybciej, gdyby na oficjalnej stronie internetowej Hannoveru 96 nie ukazała się informacja, że Niemcy mogą zapłacić jedynie 100 tysięcy euro i jest to suma ostateczna. Gdy dotarła do mnie ta wiadomość, potwierdzona następnie przez Niemców, natychmiast przerwałem rozmowy z kontrahentem z Bundesligi. Trzeba się szanować.


- Dlaczego więc negocjacje zostały wznowione?

- Bo Niemcy zreflektowali się tuż przed zamknięciem okienka transferowego. Najpierw przysłali faksem wyrazy ubolewania, a potem zadzwonił do mnie prezydent niemieckiego klubu, przeprosił i stwierdził, że zaakceptował naszą ofertę, a więc sumę odstępnego wynoszącą 270 tysięcy euro.Byłem wtedy w saunie i szczęśliwie się złożyło, że akurat w towarzystwie Edwarda Trylnika. Właściwie ograniczyłem się do przyjęcia przeprosin, a uzgodnienie szczegółów transakcji pozostawiłem prezesowi Legii, któremu przekazałem telefon.


- Nie konsultował pan tej decyzji z ITI?

- Ależ uzgadniałem sprzedaż Svitlicy z panem Wejchertem! Poinformowałem kontrahenta o planowanym transferze, dyskutowaliśmy na ten temat i nie padło nawet jedno słowo sprzeciwu.

- Transfer Stanka stał się jednak kością niezgody w klubie, doszło do ostrego spięcia między prezesem Trylnikiem i dyrektorem sportowym klubu, Jerzym Engelem.

- Nie dostrzegłem żadnego konfliktu między oboma działaczami, rozmawiają normalnie i podają sobie ręce. Inna sprawa, że cały czas oczekuję sprostowania ze strony pana Engela w prasie, po tym jak powiedział, że sprzedaż Svitlicy była działaniem na szkodę spółki. Wszystko wskazuje na to, że obaj moi podwładni dali się po prostu poszczuć na siebie dziennikarzom. Niektóre wypowiedzi przy okazji ubarwiono i stąd atmosfera w klubie zrobiła się w pewnym momencie gęsta.


- Tyle że transfer Svitlicy to nie jedyna rozbieżność między Trylnikiem i Engelem. Obaj panowie mają zupełnie inne zdania na temat zakupu Piotra Włodarczyka.

- Rozbieżność nie są wcale duże. Zresztą nie widzę problemu i to z dwóch powodów. Po pierwsze po sprzedaży Svitlicy klasowy napastnik jest Legii potrzebny, a po drugie Engel zapewniał, że kasę na transfer wyłoży prywatny inwestor.


- Podobno to Andrzej Fijałkowski czyli ten sam, który kiedyś zapłacił za kartę Svitlicy, a po kilkunastu miesiącach z zyskiem odsprzedał Legii.

- Nie znam szczegółów, ale jeśli rzeczywiście chodzi o tego biznesmena, to wszystko jest OK. Naprawdę nic nie mam przeciw Fijałkowskiemu, w trudnym momencie pomógł klubowi, na pewno nie naliczył sobie kosmicznych odsetek za tamtą transakcję. To on zapłacił Serbom z Cukaricki Belgrad i dał nam sporo czasu na rozliczenie się z korzystnej transakcji.


- Kiedy przestanie pan być właścicielem Legii?

- Liczę, że jeszcze przed startem rundy wiosennej. Mam nadzieję, że do trzynastego marca będzie po sprawie. Jestem trochę przesądny, więc nie obrażę się, jeśli wszystkie formalności załatwimy dwa dni później. Jestem kibicem Legii, ale nie głupim ani tym bardziej fanatycznym. Przekażę klub w lepsze ręce, bo ITI został niedawno wzmocniony kwotą 200 milionów euro. Będzie miał więc środki na zbudowanie wielkiego zespołu.


- A co się stanie, jeśli koncern medialny wycofa się jednak z transakcji?

- Zastosujemy awaryjny plan Trylnika i na pewno nie pozwolimy Legii upaść.


- Zainwestuje pan wówczas pieniądze uzyskane ze sprzedaży gruntów Hiltona?

- Za wcześnie na takie deklaracje. I tak w Legię włożyłem znaznie więcej pieniędzy niż mam odzyskać od ITI. W tym momencie na dokładanie do działalności z prywatnego konta, po prostu mnie nie stać.


- Ile pieniędzy utopił pan przy Łazienkowskiej? Więcej niż pięć milionów euro?

- Dużo, ale szczegółów nie zdradzę - choć dysponuję dokładnymi wyliczeniami - bo Rada Nadzorcza Pol-Motu, której członkowie i tak mieli prawo już mnie znielubić za sympatię okazywaną Legii, mogliby wyrzucić na bruk.


Rozmawiał Adam Godlewski

Podaj ten news dalej: